Nasi za granicą: Przemysław Norko. "W Albanii trenowaliśmy na piachu"

08.05.2017

W naszym cyklu gościliśmy już niejedno egzotyczne miejsce. W poprzednich odcinkach byliśmy m.in. na Malediwach, w Azerbejdżanie czy na Islandii. Dzisiaj zapuściliśmy się na południe Europy, gdzie występował nasz dzisiejszy gość. Przemysław Norko, który grał w Pogoni Szczecin opowiedział nam o swoich przygodach w Albanii czy Grecji.

Historia rozpocznie się nad morzem, ale nie Egejskim czy Adriatyckim, a naszym Bałtyckim. W Szczecinie. – Kończył mi się kontrakt z Pogonią. To nie był najlepszy czas dla „Portowców” – spadliśmy z ligi, było dużo długów. Mieliśmy bardzo nierzetelnego sponsora, który skrzywdził wielu chłopaków, którzy tam wtedy grali. Pół roku zostałem bez klubu i tak trafiłem do trzecioligowego Ruchu Wysokie Mazowieckie. Opcją powrotu miał być GKS Katowice, jednak i tam poleciano sobie w kulki. – Niby wszystko było okej, ale tuż przed ligą mi podziękowali. Do dziś nie wiem, o co chodziło, czy kłopotem były zbyt wysokie zarobki, czy co. Miałem żal, zostawili mnie na lodzie, zaraz rusza liga, kadry wszystkich klubów są już zamknięte...

Wtedy właśnie pojawiła się zagraniczna propozycja. Nie było lepszego czasu, by wybrać się do Grecji – triumf na mistrzostwach Europy, za chwilę rozpoczynały się Igrzyska Olimpijskie w Atenach. Kiedy jeśli nie teraz? – Nie miałem nic do stracenia. I tak jechałem z myślą, że zaraz wracam do Polski. Dla mnie to była liga bardzo egzotyczna, jedyne co wiedziałem to, że bronił tam w Panathinaikosie kiedyś Józef Wandzik czy strzelał Krzysztof Warzycha i grają tam jeszcze Olympiakos Pireus i AEK. Chciałem wyjechać, zarobić, żeby się lepiej żyło.

Akratitos dopiero, co spadł z greckiej ekstraklasy. W drugiej lidze był oczywiście potentatem i to mimo kłopotów formalnych. Federacja na początku sezonu odjęła im dziewięć punktów, co jednak nie przeszkodziło im mieć siedem oczek przewagi już po połowie sezonu. Nie może być jednak zbyt kolorowo, więc pojawiły się dwa kłopoty.

Nasz dotychczasowy prezes kupił w połowie sezonu Iraklis Saloniki. Nowy właściciel zmienił prawie cały skład. Przez te zawirowania nasza sytuacja się troszkę zachwiała, ale w ostatniej kolejce i tak zrobiliśmy awans. A ja zerwałem więzadła krzyżowe. Musiałem szukać czegoś innego.

Mimo wszystko, Przemysław Norko wspomina ten czas bardzo dobrze. Życie w małym klubie w kraju z zupełnie inną mentalnością było idealne. W szczególności, że zaplecze greckiej ekstraklasy nie odstawało aż tak poziomem. – Ludzie są tam bardzo specyficzni i trzeba się było do tego przyzwyczaić. Sami zawodnicy byli bardzo dobrze wyszkoleni technicznie. Mieliśmy kameralny stadion i skromną bazę treningową. Ale mieliśmy tam to co najważniejsze. Trzy dobre boiska.

To czego mogło brakować najbardziej to tysięcy kibiców. Jak przyznaje nam były bramkarz Pogoni Szczecin, niemal całe Ateny kibicują Panathinaikosowi, dzielnica Pireus Olympiakosowi, a swoją „działkę” ma również AEK. Na Akratitos przypadała więc jedynie garstka zagorzałych kibiców. Było ich jednak na tyle mało, że rok po jego odejściu na jednym z ich meczów pojawiło się... 26 kibiców. Nawet jeśli to tylko skrajny przypadek, rozmawiamy o greckiej ekstraklasie!

***

Po roku pojawiła się opcja gry dla albańskiej superdrużyny, Partizani Tirana. Kilkanaście mistrzostw kraju, kilkaście pucharów – te liczby mówią same za siebie, że nie był to lokalny przeciętniak. O tamtejszej przygodzie nasz rozmówca opowiada jednak z dużym uśmiechem. Nic dziwnego, po tylu przeżytych przygodach. – Nie było wiadomo, kto tak naprawdę rządzi. Jeden prezydent firmował to swoim nazwiskiem. Drugi dawał tylko pieniądze. Pierwszy z nich był zasłużony dla klubu, ale miał chyba jakieś problemy z ich fiskusem.

Cel stawiany przed taką drużyną mógł być tylko jeden – zajęcie najwyższego miejsca. W szczególności, że mieli naprawdę silną międzynarodową paczkę. Kilku Brazylijczyków, Polak, Kongijczyk, Nigeryjczyk i obywatel Zimbabwe – multi-kulti pełną gębą. Do tego jeden z bramkarzy był ostatnio na mistrzostwach Europy w kadrze Albanii. Mimo takiej kulturowej mieszanki wszyscy byli wobec siebie w porządku, a z wieloma z nich utrzymuje kontakt do dzisiaj. – Niektórzy ludzie myśleli, że mówię po albańsku i jak czegoś nie rozumiałem, to jak w Polsce, otwierali szeroko usta i dużymi literami próbowali mi to wytlumaczyć (śmiech). Kiedy przyszedł ramadan, to część przestrzegała tego bardzo ściśle, a część się tym nie przejmowała. Zupełnie jak w Polsce jest z katolikami – niektórzy są praktykujący i chodzą do kościoła, ale wielu nie.

Dużo mniej kolorowo było, gdy okazało się na jakich obiektach przyjdzie im trenować. – Boiska były piaskowe i ciężko trenuje się w takich warunkach, w szczególności po takim urazie jak mój. Autentycznie – nie było nawet jednego źdźbła trawy. W beach soccerze, by sobie tam świetnie radzili. Czasem jeździliśmy do ośrodka reprezentacji, ale to też było tylko sztuczne boisko. Zupełnie co innego niż murawa.

Kłopoty były nawet z kompletnie podstawowymi rzeczami, takimi jak pranie. – Po powrocie do hotelu po treningu, pierwsze, co się robiło to opłukiwało torbę i rzeczy z piachu, a dopiero potem trzeba było to wyprać, bo nawet czegoś takiego nie zapewniali. Jak jest człowiek młody-gniewny, pokory nie ma, myśli, że jest niezniszczalny, a tutaj zderzył się z kompletnie inną rzeczywistością.

Bohater dzisiejszego odcinka nie mógł jednak narzekać na finanse, które pojawiały się na czas. W szczególności, że do Partizani ściągał go prezydent odpowiedzialny za płacenie zawodnikom. Przekazywanie pieniędzy z rąk do rąk było tam czymś zupełnie normalnym. Najdziwniejsza sytuacja spotkała go jednak tuż po podpisaniu kontraktu. – Pojechaliśmy prosto do banku – gorąco, szyby było pootwierane, przyszedł, wrzucił je, powiedział, że to są moje pieniądze i każdy z nas pojechał w swoją stronę.

Po roku spokoju znowu pojawiły się kłopoty – zmęczenie notorycznymi treningami na piachu skierowało jego myśli ku odejściu do Polski. Działacze twierdzili, że były jakieś nieprawidłowości i Norko nie powinien wyjechać z kraju. Po trzech miesiącach „boksowania”, pomogło dopiero skierowanie sprawy do UEFA. A po upragnionym odejściu do Ruchu Chorzów... posłuszeństwa odmówiła łękotka.

 – Miałem już wtedy wszystkiego serdecznie dosyć z tego zmęczenia. Po kontuzjach ciężko byłoby mi wrócić na jakiś poziom, którego bym od siebie oczekiwał, więc poszedłem w inną stronę i zająłem się pracą z młodzieżą. Założyłem też własną działalność gospodarczą. W końcu Zawiszą Bydgoszcz zdobyliśmy potem Puchar Polski, Superpuchar.

Jak przyznaje „czas leczy rany” i mimo żalu do Albańczyków o szczegóły rozstania ma zamiar tam wrócić.  – Będę chciał pojechać znowu do Albanii, do Tirany zobaczyć jak to się tam rozwinęło, przejść się moimi uliczkami. Poszły tam duże pieniądze, dużo inwestycji było już jak ja wyjeżdżałem. Ostatnio widziałem, że budują nową bazę treningową, która ma kosztować 200 milionów leków, a to jest około 70 milionów złotych. Potrzebują tego na pewno, bo te warunki, które tam zastałem były katastrofalne. Niby trzy boiska, niby hotel, niby szatnie. Wszystko niby...

Niczego nie żałuję – tak Przemysław Norko podsumował naszą godzinną rozmowę. Ma za sobą spotkania w reprezentacjach młodzieżowych, kilkanaście meczów w Ekstraklasie, zwiedził kawał Europy. Co prawda, nie gra w piłkę do dziś jak Arkadiusz Głowacki czy Marcin Wasilewski, ale cóż...

Najwyraźniej życie miało na mnie inny plan.

***

Poprzednim gościem cyklu Nasi za granicą był Tomasz Stolpa, który grał między innymi w Szwecji, Norwegii czy Islandii. Jeśli przeoczyliście, klikajcie w obrazek i koniecznie nadróbcie zaległości!

Mateusz Sobiecki
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...