Nasi za granicą: Dariusz Łatka. "Na Łotwie piłkarze zarabiają po kilkaset euro"

24.04.2017

W jakich okolicznościach rzucił wszystko w Polsce i wyjechał grać w piłkę na Łotwie? Czy żałował swojej decyzji po pierwszym treningu? Dlaczego Ekstraklasa powinna grać w systemie wiosna-jesień? Jak to możliwe, że kluby z Łotwy osiągają takie same wyniki w eliminacjach do Ligi Europy jak polskie? W czym najlepszy na Łotwie byłby Górnik Łęczna? Dlaczego nie traktuje przygody w europejskich pucharach w kategoriach sukcesu i z jakiego powodu śmiał się z Janusza Filipaka? Na te i na inne pytania odpowiada kolejny gość poniedziałkowej serii „Nasi za granicą”, Dariusz Łatka.

Cała przygoda z Łotwą - wszystko przez żonę…

Dostała propozycję objęcia menadżerskiego stanowiska w firmie Wizz Air w Rydze. Ciekawe, perspektywiczne i opłacalne zajęcie. Decyzję o wyjeździe podjęliśmy wspólnie. Mieliśmy dziecko, ale do tamtej pory w Polsce mieszkaliśmy oddzielnie, a ten wyjazd miał to zmienić i tak się stało. Postawiliśmy na karierę żony, co też wpłynęło pozytywnie na scalenie naszej rodziny.

I zbiegło się to z zakończeniem kontraktu z Podbeskidziem.

Zaczęły się rozmowy w sprawie przedłużenie umowy, ale nie byłem zadowolony z ich przebiegu. Nie miałem jednak parcia, nie zamierzałem zabijać się w tych negocjacjach. W Ekstraklasie rozegrałem 130 spotkań. To spory kapitał. Dużo widziałem, trochę pokopałem, trzydzieści kilka na karku miałem, wiedziałem, że już nie będę lepszy. Żona miała większe możliwości.

Łatwo było porzucić Ekstraklasę dla słabszej o kilka poziomów ligi?

Wtedy myślałem już bardziej o tym, żeby w ogóle zawiesić buty na kołku, więc nie dramatyzowałem, że kończę z Ekstraklasą, ale później, gdy już znalazłem nowy klub na Łotwie, pewien żal się pojawił. Takie decyzje nigdy nie są łatwe. I te związane z zakończeniem tego, co kochasz i te związane ze zmianą, czegoś z czymś się identyfikujesz.

Jak znalazł pan klub na Łotwie?

Nie miałem żadnej oferty z Ekstraklasy, co mnie ucieszyło, bo nie musiałem się zamartwiać, że coś tam tracę przez te przenosiny. Podjęliśmy taką decyzję i musieliśmy się z tym pogodzić. Szybko, sprawnie, bez długiego namysłu. Tak w życiu jest najlepiej. Dobrze dla zdrowia. Człowiek nie zamęcza się gdybaniem. W znalezieniu klubu w nowym kraju pomógł mi kolega, Ernest Konon, były piłkarz Korony Kielce.

Długo szukaliście nowego pracodawcy?

Szukaliśmy zespołu z Rygi. Mieliśmy w niej mieszkać, sytuował się tam odział firmy żony, więc treningi też chciałem mieć na miejscu. Ernest wziął telefon, zadzwonił do znajomego, dostał od niego numer do jakichś trenerów i załatwił mi propozycje z dwóch zespołów. Najpierw byłem na treningu w Daugavie Ryga. Mieli akurat mecz w pierwszej rundzie kwalifikacji do Ligi Europy w Aberdeen, notabene przegrany 0:5. Nie było tam jakichś idealnych warunków, ale lokalizacja mi pasowała, oni też byli zadowoleni i mieli zadzwonić. Wszystko potoczyło się inaczej.

Spóźniali się z telefonem, a tego samego dnia mieliśmy jeszcze umówione spotkanie z trenerem FK Jelgava. I przekonał mnie. Duża część zawodników tego klubu mieszkała w Rydze, on też, nie było problemów z dojazdem, a klub był większy, miał świetną bazę treningową i był lepiej zorganizowany. Po pierwszym treningu i spotkaniu z dyrektorem sportowym wiedziałem, że wolę grać dla Jelgavy.

Co pan myślał zmieniając Podbeskidzie na FK Jelgava? Że to już właściwie koniec poważnego grania?

Zawsze podchodzę do piłki z szacunkiem. Gdybym przychodził do nowego zespołu z nastawieniem, że chcę pół-amatorsko sobie pokopać, to byłym niepoważnym człowiekiem. Podchodzę do futbolu jako do pasji. Nie do zawodu czy obowiązku. Nieważne, czy gram w Ekstraklasie, czy w III lidze, staram się tak samo. Są kluby, które dadzą mi 10 tysięcy złotych, a są takie, które mają mniejsze możliwości i ta pensja będzie wynosić 700 złotych, ale dla mnie to jest drugorzędny. Będę poświęcał się tak samo. Nigdy nie podejdę lekceważąco do tego sportu.

Pierwszy poważny trening na Łotwie. Myśl „co ja tu robię” czy raczej miłe zaskoczenie?

Bardzo mi się spodobało. Inny sposób treningów. W Polsce nie miałem z tym do czynienia. To nie było nic specjalnego, ale tam na futbol patrzy się nieco inaczej. Lepiej czy gorzej? Nie wiem, ale byłem mile zaskoczony poziomem.

Nie trenował pan wtedy kilka tygodni przed przejściem do Jelgavy. Braki były widoczne na tle słabej ligi?

Futbol to pod kondycyjnym względem brutalny sport. Niezależnie od poziomu widać braki w przygotowaniu fizycznym. Zadyszka pojawia się bez względu na ligi, w których się występuje. Ja wielkich braków nie miałem. Trener wprowadzał mnie spokojnie, wolno się odbudowywałem, a do tego trochę to trwało za nim został zarejestrowany na Łotwie jako piłkarz. Jak już zadebiutowałem, to byłem w optymalnej dla siebie formie.

W ogóle to stereotyp, że tam szkoleniowcy są beznadziejni. Nie są. To tak samo niesprawiedliwe jak powiedzenie, że Polscy trenerzy są dużo słabsi od tych z zachodnich lig. Nie, po prostu materiał, którym dysponują jest nieporównywalnie słabszy. Liga łotewska naprawdę nie jest słaba. Przecież drużyny stamtąd w eliminacjach do Ligi Europy odpadają zazwyczaj w mniej więcej tej samej rundzie, co ekipy z Polski. Oczywiście nie mówię, że to porównane rozgrywki, bo zakładam, że na dziesięć spotkań łotewskiej i polskiej drużyny z czołówki, dziewięć wygrałby zespół z Ekstraklasy. Takie są realia.

No właśnie, gdyby Jelgava grała w Polsce, o co i w której lidze by walczyła?

Jaki budżet ma najbiedniejszy klub w Ekstraklasie?

Pewnie między 12-15 milionów złotych.

FK Jelgava ma budżet około 350 tysięcy. Także… takie porównanie. Wszystko odstaje od Polski, ale nie narzekałem. Stadion miejski, obok baza treningowa, na miejscu była siłownia, odnowa biologiczna, sztuczne boisko. Warunki przyzwoite. Prezes zawsze dbał o wszystko. Pieniądze zawsze były na czas, były stroje, piłki, kontrakt z Nike podpisany. Złego słowa nie można powiedzieć. Problemem była szerokość składu. Najlepsze kluby dysponują jedenastoma zawodnikami na niezłym poziomie. I to tyle. Na ławce siedzą młodsi i niedoświadczeni piłkarze, którzy nie wnoszą za wielkiej jakości. W Polsce trenerzy nawet najsłabszych ekip dysponują 16-20 graczami zdolnymi do zachowania odpowiedniego poziomu.

W lidze łotewskiej gra tylko osiem zespołów.

Jak jeszcze tam grałem to było to dziesięć ekip. Teraz zdegradowano Skonto Ryga i jeszcze jeden zespół. Korupcyjne sprawy. Wszystko się zagmatwało. Powstały jakieś dwie konkurencyjne rozgrywki, ale nie zagłębiałem się w to.

A za pana czasów jak wyglądał rozkład tych rozgrywek? Byli jacyś potentaci czy raczej spłaszczona tabela?

W walce o najwyższe cele liczyły się cztery zespoły, a reszta stawki nie miała większych możliwości i umiejętności, by skutecznie rywalizować o czołowe lokaty. Najlepsze to: Jelgava, FK Liepaja, FK Ventspils i najbardziej utytułowana Skonto Ryga. Z tym, że akurat Liepaja miała świetny, choć jednorazowy sezon, bo wcześniej i później bywało z tym różnie. W czterech meczach z nimi, przegraliśmy trzy razy i tylko raz zremisowaliśmy. Na papierze wyglądało to fatalnie, ale we wszystkich tych spotkania traciliśmy gole w doliczonym czasie gry. To było niepojęte. Zawsze to samo. Mecz na styku, sędzia coś dolicza, a oni nam pakują bramkę. Dlatego nie byliśmy w stanie zdobyć mistrzostwa. Odbijaliśmy sobie te niepowodzenia w Pucharze Łotwy. Wygrywanie go to specjalność Jelgavy.

Korupcja była problemem?

Problem powstał szybko. Zatrzymania pojawiły się natychmiastowo, klub ekspresowo został zdegradowany, my nawet nie zdążyliśmy z nimi zagrać. Czy była tam korupcja na szerszą skalę? Chyba nie, nie miałem z nią styku, nie widziałem, żeby kiedykolwiek, ktoś się podkładał.

Jak w tamtejszej lidze się zarabia? Słyszałem o zarobkach na poziomie 2-3 tysiącach euro miesięcznie dla ponadprzeciętnych graczy, czyli całkiem niezłe pieniądze.

Mówi pan o złotych?

Euro.

Nie sądzę. Tam jest troszeczkę inny system, dostaje się nieporównywalnie inne pieniądze od tych dostępnych w Polsce. Nigdy nie zaglądałem kolegom do portfeli, jak ktoś potrafił stanąć pięć minut przed prezesem i wynegocjować sobie bajeczny kontrakt, to brawa dla niego, ale zwykle były to mniejsze kwoty. Kiedyś było coś opublikowane oficjalnie o zarobkach i mówiono właśnie o takich pieniądzach, jak pan wymienił, ale z tego co chłopcy rozmawiali, większość sum było powyciąganych. Gdzieś w tych graniach mogą oscylować pensje kadrowiczów, którzy mają jeszcze dofinansowania z federacji, ale w gruncie rzeczy te zarobki były niskie. Pamiętam, że jak mistrzostwo zdobywała Windawa to oni tam dostawali przed sezonem pensje wynoszące 600-700 euro. I to są chyba pieniądze, do których można się odnosić.

Piłkarze Jelgavy musieli zarabiać w innych miejscach czy utrzymywali się tylko z piłki?

Nie mieli innych miejsc pracy. Wystarczało im na utrzymanie tylko z piłki. Znaczy było dwóch starszych piłkarzy, którzy dorabiali gdzieś tam w szkole, ale to były skrajne przypadki i też nie jakieś szokujące, bo po prostu szykowali się do pracy po karierze. Z zarobków z samego futbolu można było przeżyć.

Jelgava składała się bardziej z Łotyszy czy z obcokrajowców?

Z rodzimych graczy, ale trochę tej zagranicznej gwardii było. Był Cypryjczyk, reprezentant kadry U-21, ja, Nigeryjczyk, w następnym sezonie doszedł jeszcze jeden zawodnik tej narodowości i Senegalczyk. Obcokrajowców nie było za dużo. Często grali tam Afrykańczycy, którzy Łotwę traktowali jako szansę na zawitanie w Europie i przebicie się na zachód. Zagranicznych zawsze było z pięciu.

Z tego co wiem, to nie ma transmisji telewizyjnych z ligi łotewskiej?

W TV nie ma. Teraz można obejrzeć niektóre mecze w Internecie, ale nie da się ukryć, że to nie jest sport narodowy. Mało kto w ogóle fascynuje się piłkarzami. Nie ma popularności. Nic dziwnego, że telewizja spasowała z pokazywania tamtejszych rozgrywek, bo po prostu brakuje pasjonatów, którzy nabijaliby oglądalność. Najważniejszy jest hokej, potem koszykówka. Na lód przychodzi 15 tysięcy osób.

Na Górnik Łęczna - to najniższa frekwencja w Ekstraklasie - przychodzi ponad 3 tysiące. W Virslidze byłby to rekord?

Na pewno. Na stadion Skonto, gdzie gra reprezentacja czasami może przyjdzie nawet więcej osób, ale to też rzadkość. Jak graliśmy w el. Ligi Europy, to na mecz z Liteksem Łowecz przyszło 1200 kibiców. Czasami śmieję się, że niektórych piłkarzy z Polski czy innej dobrze opakowanej ligi należałoby wysłać na tydzień do bardziej egzotycznego miejsca, gdzie gra się w piłkę, takiego jak Łotwa. Taki ktoś doceniłby od razu, to co ma u siebie.

Jak na Łotwie tłumaczy się sens systemu gry wiosna-jesień?

Nigdy się nie zastanawiałem nad tym, ale naprawdę nie rozumiem krytyków takiego rozwiązania. Naprawdę nie wiem, czy to nie byłby dobry system dla Polski. Tam okres letni był bardzo krótki. Jakieś dwa tygodnie trenowaliśmy ciężej. To nam pomagało w europejskich pucharach. Liteks miał przerwę, tak samo jak zespoły w Polsce i nie był zbyt dobrze przygotowany do walki w Europie. My byliśmy w rytmie. Oni kończyli ciężki sezon, zaczęli odpoczywać, a zaraz trzeba było wracać i budować formę od zera, a my byliśmy w środku sezonu. I to przynosi dobre efekty. Liga łotewska jest nisko w rankingu UEFA, nie dysponuje wielkimi pieniędzmi, ma wąską kadrę, a w pucharach osiąga porównywalne wyniki do bogatszych ekip z np. Polski. Rok temu Zagłębie odpadło w 3. rundzie eliminacji. W tej samej co Jelgava. O czymś to świadczy.

Do tego zima w Polsce jest sroga, a kluby w Ekstraklasie nie mają bazy, a muszą przecież w tygodniu trenować, bo samymi meczami człowiek nie żyje. Trzeba odbyć pięć jednostek treningowych. Ok, raz można pójść na siłownię czy na salkę, ale resztę trzeba zrobić na boisku. Nie mamy w Polsce podgrzewanych muraw na bocznych boiskach. Obraz w naszej lidze zamazuje opakowanie rozgrywek i to, że mamy piękne stadiony, a rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Daleko nam do Niemczech.

Jak było z tym Liteksem? Zlekceważyli was?

Przyjechał nas oglądać trener Liteksu Łowecz, Krasimir Bałakow. My akurat graliśmy z FS Metta. Zagraliśmy fatalnie. Oddaliśmy chyba dwa strzały na bramkę, oni ani jednego. Ten Bałakow w jakimś wywiadzie pomeczowym nie mógł powstrzymać się od śmiechu! Naprawdę. Był rozbawiony i pewny zwycięstwa, ale nie dziwię mu się. Ja na jego miejscu też nie spodziewałbym się wielkich schodów. Nie dziwię mu się, ale my ostro trenowaliśmy przez ten czas i na mecz z nimi wyszliśmy w innej dyspozycji. Dwa remisy, 1:1 u siebie i 2:2 u nich dały nam awans. Oni mieli dużo lepszy skład. Ściągali zawodników z ligi portugalskiej, może nie najlepszych, ale takich solidnych, a na pewno lepszych od naszych chłopaków. Taki jest futbol. Nie wszystko jest takie, jak się może początkowo wydawać.

Mógł się pan w ogóle spodziewać odchodząc z Podbeskidzia, że będzie panu dane próbować swoich sił w eliminacjach do Ligi Europy?

Nie przykładaliśmy do tego wielkiej wagi. Nie traktuje to w kategoriach jakiegoś wielkiego sukcesu. Zwykła przygoda. Ani wielkie wyzwanie, ani coś chwalebnego. Wcześniej żartobliwie rozmawiałem z kolegami, którzy rok wcześniej grali z Rosenborgiem:

- Eee, czym wy się podniecacie. Takie mecze jak z tym Rosnborgiem w Lidze Europy, to ja grałem zimą z moim polskim klubem na zwykłym zgrupowaniu przed rundą wiosenną.

Dokładnie. To nie było nic wielkiego. Dostali tam 0:4 i 0:2. Dla Jelgavy te mecze nie były wielkim wydarzeniem, raczej coraz częściej zdarzającą się przygodą, którą należało traktować, jako wypróbowanie swoich sił w spotkaniach z silniejszymi drużynami. Mogliśmy sprawić niespodziankę, a jak przegrywaliśmy to dramatu nie było. Nie mogliśmy tam osiągać wielkich wyników. Nie mieliśmy klasowego napastnika, bo wcześniej nasz najlepszy strzelec odszedł na Estonię. Odpadaliśmy w następnej rundzie z Rabotnickim Skopje. W Macedonii nas zgnietli. Potem przeszli rundę z Trabzonsporem, także można gdybać, co by było, gdybyśmy przeszli…

Macedończycy byli wiele lepsi?

Nie, ale różnica była. Zresztą jeszcze jedna ciekawa rzecz. W poprzednim roku w Macedonii odpadła Cracovia i prezes Filipiak tłumaczył, że było im trudno, bo na Stadionie Narodowym w Skopje było okropnie gorąco i nie dało się grać. Proszę mi uwierzyć, że my mieliśmy ciężej. Graliśmy o 9 przy 35 stopniach Cesjusza i przegraliśmy wcale nie wyżej od Krakowian, a pewnie dwóch najlepszych zawodników „Pasów” zarabia tyle, ile wynosi nasz cały budżet (śmiech). Trochę się pośmiałem czytając te wypowiedzi.

W Polsce był pan traktowany raczej jako człowiek od czarnej roboty. Przecinak. Odbiór i podanie do najbliższego kolegi. Na Łotwie mógł pan rozwinąć skrzydła?

Grałem trochę inaczej niż w Polsce. W Podbeskidziu narzekali, że bardziej kopię niż gram, często fauluję i generalnie jestem mało kreatywny. Mnie się wydawało inaczej, ale każdy ma prawo do swojej opinii. W każdym klubie, w którym grałem występowałem w pierwszym składzie, co też może świadczyć o tym, że wypełniałem zadania trenera. Nie każdy musi dryblować, błyszczeć, ja miałem inne zadania. Na Łotwie więcej rozgrywałem, ale dalej spełniałem swoje defensywne zalecenia taktyczne. Prezentowałem się solidnie.

Jeśli z czegoś miałby pan zasłynąć w czasie swojej kariery, to z żółtych kartek, bo trochę ich pan nałapał.

Nie liczyłem tego, ale raczej nie. Wydaje mi się, że nie wyróżniałem się jakoś szczególnie w tej kwestii. Łukasz Burliga łapał więcej, kilku innych też było zawodników, którzy dochodzili do 10 kartek w sezonie, a mnie raczej to się nie zdarzało. Ja żółtymi kartonikami karany byłem zazwyczaj za faule techniczne. Nie byłem zabijaką, rzeźnikiem, który wjeżdżał wyprostowanymi nogami na nogi szybszych rywali.

Pamiętam jak w Canal+ analizowali sytuację, w której Robert Jeż z Zagłębia Lubin w polu karnym uderzył mnie łokciem i dostał czerwoną kartkę. Andrzej Twarowski stwierdził, że Słowak tak zareagował, bo go prowokowałem. Bzdura, po prostu stałem blisko, a tego niektórzy zawodnicy ofensywni nienawidzą. Takich sytuacji było bez liku. Nikt nie lubi, jak się gra blisko. Wiadomo, że zdarzało się, iż byłem spóźniony i ratowałem się przewianiem, ale nie przypominam sobie, żebym kogokolwiek pokopał. Faul jest elementem gry.

Na Łotwie też był pan defensywnym pomocnikiem?

W tamtejszej lidze poznałem wiele nowych formacji. Graliśmy systemem 3-1-5-1. Oryginalnie. Jakieś wymyślne taktyki, pomysły, strefy. Kiedyś, któryś trener wymyślił kontrowersyjne ustawienie, w którym tylko jeden obrońca odpowiadał za jedną stronę boiska. Jakieś takie absurdy. Bywało tak, że w jednym meczu graliśmy dwoma formacjami. Jedną na pierwszą połowę i drugą na drugą część. Oczywiście, to wszystko wcześniej ustalone, nie tak, że szkoleniowiec reagował na wydarzenia boiskowe.

Trenerem był legendarny reprezentant Łotwy…

Tak, Vitalijas Astafjevs, rekordzista światowy, 167 występów w kadrze. Żyjąca legenda. Miał pojęcie o futbolu. Miał teorię, że zawodnik powinien umieć odnaleźć się w każdym systemie taktycznym. Ja zawsze grałem u niego na jednej pozycji. Jako „6”.

Tą całą przygodę wspomina pan jednoznacznie pozytywnie?

Świetny czas. Ryga jest pięknym miastem z cudowną secesyjną architekturą i klimatyczną starówką. Wszędzie blisko. Z rodziną zwiedziłem wiele pięknych miejsc. Niedaleko mieliśmy cudowną nadbałtycką miejscowość Jurmała. Do tego wszędzie jest blisko. Większość klubów usytuowanych jest w Rydze, a nawet jeśli poza nią, to podróż zajmuje kilka godzin. W dzień meczu się wyjeżdża i jeszcze w ten sam wraca. To duży komfort. Nie żałuje tego wyjazdu.

JAN MAZUREK

Redakcja
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...