Sunday Talk: Bartosz Ślusarski. "Im byłem starszy, tym więcej robiłem głupot"

23.04.2017

W dzisiejszym Sunday Talk piłkarz trochę zakurzony, może odrobinę zapomniany, ale też taki, którego znamy chyba wszyscy. Charakterystyczny i charakterny. W swoim czasie słynący ze spektakularnej nieskuteczności, ale też i wielu goli. O dystansie do samego siebie, imprezach w Groclinie z Ivo Kriżanacem czy śmiesznych pieniądzach, które zarabiał w Lechu, opowiedział Bartosz Ślusarski – kolejny gość w cyklu Sunday Talk. 

Rozmawiamy, bo ma pan 34 lata, grał pan kilkanaście lat na wysokim poziomie, a nie natrafiłem na ani jeden ciekawy wywiad.

Jakoś specjalnie o to nie zabiegałem. Zdarzało się, że umawiałem się na rozmowy, a potem rezygnowałem, starałem się wykręcać. Nigdy mi jakoś na tym nie zależało. Wśród piłkarzy jest wielu o barwniejszych życiorysach czy karierach, którzy pewnie mają więcej do powiedzenia. Ja gdzieś tam pograłem, ale generalnie nie zrobiłem wielkiego szału.

Błąd. Wywiady z piłkarzami, którzy osiągnęli najwięcej, są najnudniejsze.

Coś w tym jest. Też wolę czytać biografie kogoś innego niż Lionel Messi czy Ryan Giggs. Bardziej podobała mi się na przykład ta Zlatana Ibrahimovicia.

Sam pan widzi. Grał pan w różnych miejscach, ale nigdy nie ukrywał, że jest kibicem Lecha.

Dorastałem w Pobiedziskach, 24 kilometry od Poznania. Lechowi kibicowała cała Wielkopolska. Jako dzieciak marzyłem o tym, żeby kiedyś zagrać w Lechu. Jeździłem też na mecze Kolejorza, siedziałem w Kotle. To były lata dziewięćdziesiąte, więc czasy, kiedy stadion nie był najbezpieczniejszym miejscem w mieście. Rodzice nie chcieli nas puszczać. Musieliśmy uciekać, kombinować. Mama się wkurzała i kiedyś powiedziała:

– Jak skończysz osiemnaście lat, to będziesz mógł sobie jeździć na te swoje mecze!

I rzeczywiście, jeździłem, ale już jako piłkarz Lecha Poznań.

Debiuty w Lechu, jak na osiemnastolatka, miał pan całkiem udane. Cztery mecze, cztery bramki.

To wszystko było słodko-gorzkie. Na tamten tydzień czekałem całe życie. Wcześniej chodziłem na treningi pierwszej drużyny. Przyglądałem się, jak trenują przy światłach, na głównej płycie. Marzenie. Zwierzałem się wtedy bratu, który kompletnie we mnie nie wierzył. Mówił, że takich jak ja są tysiące. Że nie dam rady. Do dziś mu to wypominam. To był inny Lech niż dzisiaj. W klubie źle się działo, nie było pieniędzy. Gdyby dobrze prosperował, pewnie nie daliby szansy mnie, młodziakowi. Wszedłem nieźle, ale spadliśmy do ówczesnej drugiej ligi, co było katastrofą.

Dziś to kompletna abstrakcja. Podejrzewam, że kibice mocno po was jechali.

Zdarzały się nieprzyjemne sytuacje. Wizyty kibiców na treningach i tak dalej…

Jako junior pewnie grał pan za kieszonkowe.

Była grupka nas, wchodzących, która zarabiała mało, ale to normalne. Bywało, że problemy sprawiały, że nie dostawaliśmy nawet wspomnianego kieszonkowego, ale jakoś sobie radziłem, pożyczałem pieniądze z domu. Nie potrzebowałem wiele do szczęścia, ale na pewno nie miałem okazji niczego odłożyć.

Miłość – miłością, ale w pewnym momencie powiedział pan, że jest „więźniem Lecha“. Siedział pan na ławce i jednocześnie nie mógł odejść do Wisły Płock.

Najchętniej spędziłbym tam całą karierę, ale nie grałem i rozrywała mnie ambicja. Byłem zły, ale kilka dni później okazało się, że Lech jest dogadany z Groclinem, za większe pieniądze, dlatego nie chcieli puścić mnie gdzieś indziej. A to był dobry kierunek, zarówno sportowy, jak i finansowy. Lech też był zadowolony, bo sporo na mnie zarobił.

Pamiętam, że po jednym z treningów doszło do sprzeczki między piłkarzami. O jakąś pierdołę. Podszedł do nich Waldemar Kryger, uspokoił i zwrócił się do mnie:

– Ślusarz, cały jesteś, nic cię nie boli?

Powiedziałem, że wszystko gra, to odetchnął z ulgą. Mój transfer dał chłopakom trochę oddechu, spłacił część zaległości klubu wobec piłkarzy.

W Dyskobolii było inne życie. Podwyżka chyba całkiem spora.

Bez dwóch zdań. W końcu mogłem pospłacać długi, które zaciągnąłem podczas gry dla Lecha. Stworzyłem fajny duet z Adrianem Sikorą, mieszkałem blisko. Tak naprawdę w ogóle nie odczułem, że gram gdzieś indziej. Jedyne, czego się nie udało, to wyprzedzenie Wisły w lidze. Wtedy nie było na to szans.

Rozmawiałem z kilkoma piłkarzami, którzy grali wtedy w Groclinie. Luz, bo bez fanatycznych kibiców, duża kasa, zawsze na czas. Żyć nie umierać.

Nie było presji kibiców, ale właściciela już tak. Byłem młodym chłopakiem i kontrakt, który podpisałem, rzeczywiście mógł mi namieszać w głowie. Pieniądze zupełnie inne niż w Poznaniu, mogłem pozwolić sobie na dużo.

Sergio Batata mówił mi kiedyś, że za pieniądze właściciela klubu latał na imprezy na Ibizę.

Ja może aż tak nie szalałem, ale zdarzały się luźniejsze momenty. Od czasu do czasu zdarzały się wypady do Poznania. Muszę to powiedzieć… W Groclinie trafiłem na Ivicę Kriżanaca…

Legendarnego kompana.

Dokładnie. Ivo, który mógł balować do rana, a potem normalnie iść na trening i kompletnie nie miał z tym problemu. Spokój był tylko wtedy, kiedy odwiedzała go żona, która studiowała w Chorwacji. Miesiąc siedział w domu, potem zawoził ją do Berlina i dzwonił jeszcze tego samego dnia.

– Jedziemy do Poznania?

– Nie, daj spokój, chce się wyspać.

Ledwo wróciłem z treningu do domu, a on już czekał na dole, dobijał się, dzwonił i mówił, że mam pięć minut na zejście na dół, bo ruszamy na miasto. Wspominam go jako pozytywnego wariata, ale akurat wtedy, mimo wypadów, graliśmy bardzo dobrze.

Po Groclinie przyszła zagranica. Najpierw portugalska Uniao Leiria. Poszło chyba całkiem nieźle – siedem goli, piłkarz sezonu w klubie. Mieli za mało kasy, żeby pana wykupić.

Nigdy nie byłem bardzo technicznym zawodnikiem, a trafiłem do technicznej ligi. Trochę się bałem, do tego klub mocno średni. Bramki, które tam zdobywałem, były chyba najładniejsze w całej karierze. Wydaje mi się, że zabrakło kilku trafień do tego, żeby zwrócić uwagę wielkich portugalskich klubów.

Czytałem pana wypowiedzi, chciał pan tam zostać. Luz, słoneczko, winko do obiadu. Tak to wyglądało?

Nigdy nie lubiłem wina, a w Portugalii się tego nauczyłem. Tam było naturalne, żeby napić się trochę nawet w dniu meczu, do obiadu, podczas sjesty. Miałem też mnóstwo gości, którzy chcieli skorzystać na tym, że mieszkam w pięknym, słonecznym kraju. Wszystko było jak w bajce. Chciałem tam zostać, a menedżer mówił mi o Anglii. Wróciłem do Grodziska na dwa miesiące, a potem przeniosłem się do West Bromwich Albion.

Anglia w pana przypadku to niewypał.

Byłem w wielu klubach, ale dopiero tam poczułem zapach Anglii, kolebki futbolu. Niby Championship, a jak był termin reprezentacji, to zostawało nas pięciu. Dużo fajnych piłkarzy, ciężko było się przebić. Nie będę ściemniał. Nie dałem rady, przegrałem rywalizację. Było zabawnie, bo z Johnem Hartsonem grałem w rezerwach. Potem trafiłem na wypożyczenia do Blackpool i Sheffield Wednesday, które walczyły o utrzymanie. Szczególnie podobało mi się w Sheffield. Barwy Kolejorza, świetni kibice. Nie raz widziałem na trybunach Polaków z szalikami Lecha. Chcieli żebym został, ale odmówiłem.

Dlaczego? Bez sensu, skoro się panu podobało. Może w końcu udałoby się odpalić?

Byłem zrezygnowany. Nie byłem zadowolony, w cudzysłowie, z moich angielskich „sukcesów“. Przestałem wierzyć w siebie. Trener mnie nie rozumiał.

– Chcesz wracać do Polski? Teraz?

Muszę powiedzieć, że w Anglii nie byłem sobą. W Polsce zawsze potrafiłem znaleźć sobie miejsce w szatni, wypracować pozycję. Zawsze byłem wyszczekany. W Anglii byłem spokojny, pokorny, cichutki. Nie byłem jakiś mocny sportowo, to była silna liga. Może dlatego straciłem pewność siebie.

Nie miał pan pretensji do menedżera, że wciągnął pana w tę Anglię? Powiedzmy sobie wprost – wsadził pana na wysokiego konia. Zbyt wysokiego.

Absolutnie nie. Dzięki temu, że Jarek Kołakowski miał kontakty, udało mi się trafić do ligi, w której nie grało wielu Polaków. Nigdy nie byłem top napastnikiem, mega skutecznym, natomiast Jarkowi wydawało się, że nadrobię to siłą fizyczną. Zobaczyłem co znaczy piłka na najwyższym poziomie. Oglądałem West Brom po awansie w Premier League, trenowałem z tymi chłopakami. Czułem, że same treningi w tym towarzystwie, dały mi bardzo dużo. Nie mam sobie nic do zarzucenia, ciężko pracowałem. Zabrakło mi może zimnej głowy, może właśnie talentu.

Bez pomocy Jarka w ogóle nie wyjechałbym z Polski. O Portugalii dowiedziałem się, kiedy wszystko było już gotowe. Jeśli chodzi o Anglię, powiedział mi tylko nazwę kraju i od razu zripostowałem, że to przecież niemożliwe. A jednak. Kiedy grałem w Cracovii, zadzwonił i powiedział, że jest opcja powrotu do Lecha, to zabiłem go śmiechem i powiedziałem, że to nierealne. Jestem mu bardzo wdzięczny.

Rozmawiamy na luzie, widzę, że ma pan do siebie sporo dystansu. To chyba przydatna cecha, szczególnie, kiedy po powrocie do Lecha zaliczał pan spektakularne pudła i stał się obiektem nieprawdopodobnej szydery.

Jakbym się poddał i mega odczuł, to pewnie bym się załamał. Reakcja byłą taka, że w następny sezonie się odbiłem. Na pewno trochę mnie to dotknęło, ale byłem dojrzałym piłkarzem. Czasy, kiedy się załamywałem, miałem za sobą. Poradziłem sobie z tym. Nawet jeśli działo się to u mnie w domu, w moim ukochanym klubie. Wiedziałem, że sobie nie radzę i mówiłem do siebie: kurde, mają mnie za to głaskać? Nie zaprzątałem sobie tym głowy. Nagonka była, kłóciłem się z kibicami. Czy sytuacja z Pogonią Szczecin, którą kumple wypominają mi do dziś. A ja wtedy włączam YouTube i pokazuje im piłkarzy klasy światowej, którzy też nie trafiali do pustaka. Gdybym nie miał do siebie dystansu, to bym się poddawał, załamywał. Zawsze zdawałem sobie sprawę z własnych niedoskonałości. Zawsze starałem się to nadrobić charakterem.

Późno się pan ustatkował, będąc już po trzydziestce. Miał pan sporo czasu na robienie głupot.

Trener Topolski zawsze powtarzał, że dla piłkarza najlepiej, kiedy szybko weźmie ślub, postara się o dziecko, bo nie lata po mieście i jest ustatkowany. Teoretycznie największe głupstwa powinienem robić za szczeniaka, a u mnie, o dziwo, było na odwrót. Im byłem starszy, tym głupsze pomysły przychodziły do głowy.

Mercedes śni się po nocach?

Już tego nie rozpamiętuję. Czasami, jak jakiś stoi na parkingu, to znajomi się śmieją, czy nie chce sobie po nim poskakać. Wstydzę się tego i żałuję, to jasne, ale nigdy nie byłem święty. Ktoś może powiedzieć, że przez niewyparzoną gębę czy inne rzeczy, utrudniłem sobie karierę.

A nie utrudnił pan?

Może utrudniłem, ale przecież nie będę teraz siedział, płakał i wszystkiego rozpamiętywał. Żyję dalej, dalej mam uśmiech na gębie.

Ma pan jakiś kontakt z Patrykiem Rachwałem?

Szczerze? Nie chcę o tym szerzej rozmawiać. Wszystko zostało wyjaśnione w sądzie. Nie obrażam się, kiedy ktoś mi to przypomina, ale było – minęło. Podejrzewam, że gdybym to zrobił kiedyś, kilka albo kilkanaście lat temu, to nie byłoby aż takiej nagonki. Kiedyś było więcej takich wyskoków. Wydaje mi się, że niektórzy skakali i po rzędzie dziesięciu samochodów i nic z tego nie wynikało. Nie było telefonów z aparatami i tak dalej.

Wspomniał pan o niewyparzonej gębie, więc nie sposób nie przytoczyć sytuacji pożegnania z Lechem i tego, jak wygarnął pan kilka słów drugiemu trenerowi. Padło kilka słów za dużo?

Padło. Szczerze? Myślałem, że zakończę karierę w Lechu, a potoczyło się to zupełnie inaczej. Potem nie wróciłem już na najwyższy poziom. Był brak awansu z Arką, był GKS Bełchatów, Legnica…

Po prostu zjazd.

Można tak powiedzieć. Czy żałuję tego, co powiedziałem? Na pewno nie. Byłem, jestem i zawsze będę sobą. Jeśli bym żałował, to miałbym wrażenie, że byłem kimś innym. Miałem swoje zdanie, musiałem odejść. Czasem zastanawiam się tylko, czy nie powinienem zostać w Anglii, spróbować, ale to rozważania z uśmiechem na twarzy. Ze swojego niewielkiego talentu wycisnąłem sporo, ale gdybym był aniołkiem, może osiągnąłbym więcej.

Teraz już raczej końcówka. Tarnovia Tarnowo Podgórne, ale ekipa konkretna. Reiss, Kikut, Zakrzewski, Telichowski…

Kiedyś gramy mecz i myślę sobie, kurde… Grałem z Arkiem Kaliszanem, teraz gram z jego synem. Grałem ze starym Reissem, teraz gram z młodym Reissem. Trenował z nami młody Piskuła, a w Lechu grałem z Krzyśkiem Piskułą. Powiedziałem, żeby ściągnęli jeszcze tatę Zbyszka Zakrzewskiego, bo z nim jeszcze nie grałem.

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...