Nasi za granicą: Łukasz Sosin. "Na Cyprze czułem się jak król życia"

17.04.2017
fot. Pressfocus

Na Cyprze był królem życia. Na lotnisko wchodził bez paszportu, w restauracjach nie musiał płacić, a w aptece poznawały go nawet 80-letnie kobiety. Nic dziwnego, bo gole strzelał seryjnie. Królem strzelców tamtejszej ligi był czterokrotnie, a ze swoim klubem awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Wszystko to uczyniło go jedną z legend tamtejszego futbolu. Kolejnym gościem poniedziałkowej serii „Nasi za granicą” jest Łukasz Sosin.

Byłeś ambitny jako piłkarz?

Gdybym nie miał ambicji, to nie byłbym piłkarzem. Każdego dnia trzeba pokazywać swoją wolę i chęć do rozwoju. To cześć piłki, która leży w specyfice tego zawodu, ale domyślam się, że to pytanie nie padło przypadkowo.

Niektórzy mają wątpliwości, co do tej ambicji w twoim przypadku.

Powielany jest stereotyp, iż fakt, że spędziłem swoje najlepsze lata kariery właśnie na Cyprze, jest oznaką leniwości i strachu przed spróbowaniem swoich sił w lepszej lidze. Mówi się, że to nie jest kraj do grania w piłkę. Kojarzy się raczej z rekreacją, odpoczynkiem czy relaks, a już na pewno nie z futbolem. Może nie jest to najsilniejsza liga w Europie, ale słaba też na pewno nie. Oprócz tego, nie jest tak, że nie próbowałem dostać się do klubów z zachodu. W 2001 roku byłem na testach w St. Pauli. Później w 2006 zaprosił mnie Sunderland, który grał w Premier League.

Dlaczego nie wyszły wspomniane testy?

W Bundeslidze po prostu ze mnie zrezygnowano po kilkunastu jednostkach treningowych i jednym sparingu, a w Anglii testy zaproponował mi trener, który kilka dni po moim przyjeździe odszedł, a jego następca nie owijał w bawełnę i wprost powiedział mi, że nie zamierza mnie oglądać i ryzykować tracenie czasu na zastanawianie się nad moim angażem.

To był 2006 rok. Byłeś w życiowej formie. Tytuł króla strzelców, mistrzostwo kraju. Ofert pewnie trochę było.

Nigdy nie grałem lepiej. W lidze strzeliłem więcej goli niż zagrałem meczów, w Apollonem Limassol sięgnąłem po mistrzostwo, a w międzyczasie zdążyłem zadebiutować w reprezentacji Polski. Telefon się rozdzwonił. Pojawiły się sygnały z Polski i Grecji. Oferty były nawet ciekawe, ale nie chciałem zmieniać otoczenia. Cypr gwarantował niezły poziom piłkarski, a rodzina czuła się na nim komfortowo, co nie byłoby powiedziane, gdybym postawił gwałtowanie rzucić dotychczasowe życie i wrócić do ojczyzny. Zdecydował czynnik familijny, ale sportowo też niewiele straciłem, bo aż takiej przepaści między ligami nie ma, żeby decydować się na taki destabilizacyjny dla życia prywatnego krok.

Powiedziałeś kiedyś, że czujesz się na Cyprze królem życia. Co to oznacza w praktyce?

Jeśli przychodzi się na lotnisko i nie trzeba okazywać paszportu, to znaczy, że osiągnąłeś sporą popularność. I ja tak na Cyprze miałem. W najlepszych latach mojej kariery nie było miejsca, w którym, ktoś by mnie nie poznał, ale to nie było nachalne. Byłem na granicy rozpoznawalności uciążliwej, kiedy nie możesz spokojnie przejść przez ulicę. Ja nie miałem przykrych wydarzeń związanych z tym, ze ktoś mnie rozpoznał. Same przyjemne. Tu ludzie są bardzo otwarci. Podejdą, spytają „co u ciebie” czy „wszystko w porządku”, uśmiechną się i od razu człowiekowi milej. W Polsce tego nie ma. Jak ktoś cię będzie kojarzył z boiska, to prawdopodobnie tylko wskaże cię palcem i przejdzie dalej.

Zdarzyło się nie musieć płacić za obiad w restauracji?

Siedzimy sobie na rodzinnym obiedzie, a nagle podchodzi uśmiechnięty kibic w koszulce klubu i mówi: „Dziś jecie na mój rachunek. Musimy się jakoś odpłacić za to, co robisz na boisku”. Z takimi sytuacjami mieliśmy do czynienia raz na jakiś czas. Niesamowicie przyjemne.

Czyli lokalna społeczność interesuje się tam piłką.

Bardzo! Pamiętam taką sytuację, jak wszedłem do apteki i od razu dostrzegła mnie 80-letnia pani.

- O, Lukas Sosin. Znam pana. Ja kibicuję innej drużynie, ale doceniam pana grę.

I chwilę porozmawialiśmy. W Limassolu są trzy drużyny AEL, Aris i Apollon. Tu każdy gdzieś przynależy, którąś ekipą się identyfikuje. Wbrew pozorom ta wyspa żyje piłką.

Apollon ma najwięcej fanów?

Limassol jest podzielony na pół. Jedna część należy do AEL-u, a druga do Apollonu. Proporcje są nieznane.

Wróćmy do początku. Co myślałeś będąc w kwiecie wieku i mając za sobą dobry sezon w Odrze Wodzisław decydując się na transfer do Apollonu?

Decyzja o wyjeździe była motywowana tym, że nie grałem w Wiśle, a wszystkie kluby w Polsce chciały mnie co najwyżej wypożyczyć. Nikt nie chciał „Białej Gwieździe” za mnie zapłacić. Co oferta, to czasowe wypożyczenie, a ja chciałem zerwać kontrakt z Wisłą. Był długi. Bardzo długi, bo pięcioletni, a ja absolutnie nie wiedziałem dla siebie przyszłości przy Reymonta. Tam był mocny skład. Był Tomasz Frankowski, Maciej Żurawski, Olgierd Moskalewicz, a później Paweł Brożek. Nie miałem szans na grę, a znajdowałem się w bardzo dobrej formie, co pokazał sezon w Wodzisławiu, gdzie strzeliłem 12 goli. Inna sprawa, że nie tylko względy czysto rywalizacyjne zdecydowały. Wcześniej strzeliłem dwa gole Wiśle, co nie spodobało się władzom i dostałem jasny sygnał, że już w tym klubie nie zagram. Jedyną drużyną, która była w stanie za mnie zapłacić i wyrwać mnie ze szpon tego horrendalnie długiego kontraktu był Limassol.

Tak po prostu? Przyszła oferta z Cypru i od razu ją przyjąłeś? Jako pierwszą lepszą?

Moje myślenie było takie: pojadę na trzy lata na Cypr, skończy się umowa, będę wolnym zawodnikiem i wtedy wracam do Polski.

W 2002 roku Wyspa Afrodyty była dość popularnym kierunkiem transferowym wśród polskich piłkarzy.

Jak przychodziłem to Polską miała sporą reprezentację na Cyprze. Był Radek Michalski, Wojtek Kowalczyk, Sławek Majak i jeszcze kilku innych. To był dość popularny kierunek transferów, ale przez wielu uważany za rekreacyjny i związany z emeryturą. Ja miałem inne zdanie. To było dla mnie duże wyzwanie piłkarskie, co potwierdził pierwszy mecz w barwach Apollonu. Popołudnie, 35 stopni Celsjusza i brak cienia. Koszmar. Kwadrans pobiegałem i zadyszka złapała mnie taka, że nie odpuściła już do ostatniego gwiazdka. Powiedzieć, że oddychałem rękawami, to nic nie powiedzieć. Wtedy w 15 minucie pomyślałem: „Jak teraz, ktoś mi powie, że to łatwa liga, to będę z nim walczył, aż zmieni zdanie”. Po latach to wyszło. W Polsce lekceważyło się rozgrywki na Cyprze, a tamtejsze kluby mają lepsze wyniki w europejskich pucharach niż te z Ekstraklasy.

A poziom czysto piłkarski bez czynnika klimatycznego?

Przez pierwsze kilka kolejek nie strzeliłem gola, co może świadczyć o tym, że nie było tak łatwo. Inna sprawa, że przyjechałem z wybitym barkiem. Tej kontuzji nabawiłem się jeszcze w Odrze. W konsekwencji nie trenowałem trzy miesiące, co też nie pomogło mi w szybkim wkomponowaniu się do drużyny. Pierwszy obóz w Apollonie miał miejsce w Serbii. Przyjechałem rano, a popołudniu grałem już 90 minut w sparingu, a ja właściwie dziewięćdziesiąt dni bez regularnych treningów!

Wojciech Kowalczyk powiedział, żeby nie lekceważyć ligi cypryjskiej. Trzy słabsze mecze i już nie grasz do końca sezonu.

Na początku nie strzelałem w ogóle nic, ale wcale nie prezentowałem się słabo. Eksplozja formy była kwestią czasu. Potwierdziła to czwarta albo piąta kolejka, kiedy skompletowałem hat-tricka. Otworzyłem worek z bramki i dalej poleciało. Strzelałem, strzelałem i strzelałem, aż poczułem się na tyle komfortowo, że pomyślałem, iż nie warto stąd odchodzić. Niezła liga, dobra atmosfera i satysfakcjonujące pieniądze.

Nie wierzę jednak, że przy transferze nawet w minimalnym stopniu nie wchodził w grę walor turystyczny.

Nie dałoby się najpierw wylegiwać na plaży, a potem wstać i pójść na trening. W wolny dzień można było pójść nad morze, ale w innym wypadku nie ma mowy. Żeby tutaj grać w piłkę na optymalnym poziomie trzeba być jeszcze lepiej przygotowanym fizycznie niż na innych europejskich boiskach, bo dopiero podczas biegania przy trzydziestostopniowym słońcu, wychodzą braki kondycyjne.

Po kilku meczach na Cyprze uważałeś, że liga wcale nie jest słaba, ale czy dziwisz się osobom siedzącym w Polsce i głoszącym takie sądy, bo pewnie sam będąc w kraju nie miałeś najlepszego zdania o tych rozgrywkach?

Wyspa Afrodyty nie była moim wymarzonym kierunkiem, ale z drugiej strony patrzyłem, kto tam gra. Ilu reprezentantów Polski? Ilu zawodników, których w Polsce uważało się za czołowych ligowców? Naprawdę wielu, ale w moim wypadku nie to decydowało. Po trzech latach przecież miałem wrócić…

I co się stało, że plan nie został zrealizowany?

Znałem realia, dostałem dobrą ofertę przedłużenia kontraktu w Apollonie. Nie odmówiłem, ale obiecałem sobie, że jeszcze dwa lata i wracam. Znów nie wyszło (śmiech). I tego nie żałuję.

Pewnie w podejmowaniu decyzji pomagały też pieniądze.

Na Cyprze zarabiałem więcej niż dostawałbym w Ekstraklasie, ale nie dlatego, że tamtejsze kluby miały o wiele większe możliwości, a po prostu dlatego, że byłem tam bardziej ceniony. Czterokrotny król strzelców, dwukrotny zdobywca mistrzostwa kraju - nie mogło być inaczej.

Apollon zawsze - podobnie jak inne czołowe klubu z Cypru - stawiał na zagranicznych. Ekipa opierała się na Brazylijczykach, Portugalczykach i Polaku…

Polak w liczbie pojedynczej, a Brazylijczycy i Portugalczycy w mnogiej. Dokładnie. Lepiej tego powiedzieć się nie dało. Co roku z drużyny odchodziło piętnastu zawodników i przychodziło innych piętnastu. Właściwie tylko ja utrzymywałem się w drużynie z sezonu na sezon. Tu trudno się utrzymać. Cztery słabsze mecze i możesz nie grać do końca kampanii. O mnie na początku też zaczynano mówić, że może mój transfer był nieporozumieniem, ale udowodniłem swoją wartość. W pierwszym sezonie trafiłem osiemnaście razy.

A potem się potoczyło. Mistrzostwo i trzy tytuły króla strzelców w Apollonie…

I jeszcze potem po jednym z tych tytułów dołożyłem w Anorthossis Ammochostou. Mam satysfakcję z tego, że nie byłem jednorazowym strzelcem. Gościem, który miał jeden świetny sezon, a potem słabował.

Jak było z rywalizacją o tytuł króla strzelców? Było z kim się licytować?

Tylko w sezonie 2005-06 byłem bezkonkurencyjny. Co ja tam wyprawiałem? Miałem więcej strzelonych goli niż rozegranych meczów. 26 do 28. Nikt nie mógł się ze mną równać. Nie zawsze tak było. Dwa razy przecież wygrywałem kategorię dla najlepszego strzelca ligi ex quo z kimś innym. W 2004 roku dzieliłem tytuł ze Słowakiem, Jozef Kozlejem, a w 2008 z Brazylijczykiem, Costą.

Jesteś rekordzistą pod względem tytułów króla strzelców w historii ligi cypryjskiej?

W latach 90. grał taki napastnik Rainer Rauffman i on też zdobył koronę cztery razy, ale Sotiris Kaiafas kiedyś zdobył nawet Złotego Buta dla najlepszego strzelca Europy. On wygrał klasyfikację najlepszego snajpera ligi dwa razy więcej od nas.

W 2006 roku zadebiutowałeś w reprezentacji Polski, ale nie udało się zaczepić w kadrze na dłużej. Nigdy nie byłeś brany pod uwagę w dłuższej perspektywie, bo piłkarsko Cypr nie był brany na poważnie?

Nie da się tego ukryć. Nikt nie interesował się ligą cypryjską. Później jak weszliśmy do Ligi Mistrzów z Anorthossisie, to gdzieś tam czasami, ktoś się odezwał, ale to już było dla mnie za późno, bo swoje najlepsze lata miałem za sobą. Mam świadomość tego, że gdybym grał w innym kraju, to złapałbym trochę więcej występów z orzełkiem na piersi.

Była szansa w kulminacyjnym punkcie kariery…

Pojechałem na mecz z Arabią Saudyjską za Pawła Janasa i strzeliłem dwa gole, ale nie odbiło się to szerokim echem. Dostałem jeszcze szansę w trzech meczach i na tym stanęło. Sam fakt, że z Cypru dostałem się do kadry, uważam za sukces.

Co po golach z Arabią Saudyjską powiedział Paweł Janas? Zbliżały się Mistrzostwa Świata…

Pogratulował mi, był wobec mnie serdeczny, widziałem, że coś we mnie widzi. O tym może świadczyć fakt, że powołał mnie na ostatnie zgrupowanie przed samym Mundialem, na którym miał ogłaszać skład na turniej. Nie znalazłem się w kadrze, którą selekcjoner ogłosił w telewizji, ale nie dramatyzowałem. Spodziewałem się tego. Gorzej czuć mógł się Tomek Frankowski, z którym byłem wtedy w pokoju. Zresztą potem, wracaliśmy razem do Krakowa.

Wcześniej wiedzieliście o decyzji sztabu szkoleniowego?

W przypadku „Franka” to było spore zaskoczenie, ale on sam wiedział już wcześniej, bo odbył z Janasem rozmowę, w której ten zakomunikował mu swoją decyzję. Ja do końca nie wiedziałem o decyzji na mój temat, bo wcześniej dostałem tylko wiadomość, że przy moim nazwisku powstała gorąca dyskusja. Brać czy nie brać? Skończyło się na drugim.

Rok później rozwiązał pan kontrakt z Apollonem? Skoro wszystko było tak pięknie, to skąd taka decyzja?

Nie rozwiązałem umowy z Limassolem. Po prostu wygasł dwuletni kontrakt i nie zamierzałem go przedłużać. W międzyczasie otrzymałem dużo lepszą propozycję z Anorthossis, a stanowisko Apollonu nie było poważne. Szantażowali mnie miłością kibiców do mnie. Próbowali odwołać się do ich chęci, żeby przepchnąć swoje niepoważne propozycje. Chcieli odtrącić mi z całościowej pensji i dodać zapiski o tym, że jak strzelę gola lub zrobię asystę, ale tylko w jakiejś konkretnej sytuacji, to dostanę z tego premię, a jak będę miał akurat gorszą kolejkę, to nie otrzymam nic. Nie zamierzałem tracić radości gry. Nie chciałem, żeby każda sytuacja bramkowa od razu kojarzyła mi się z forsą. Przykra sprawa.

Przyszedł transfer do Anorthossisu. Z ulubieńca kibiców Apollonu stałeś się wrogiem numer jeden. Bolało?

Moją intencją nie było odejście z Apollonu. Próbowałem przekonać włodarzy tego klubu, że ich propozycja umowy jest dla mnie niesatysfakcjonująca. Pokazywałem im oferty Anorthossisu i APOEL-u, który też mnie chciał, ale byli niewzruszeni. Nie mogłem grać na uwłaczających warunkach. To też byli inni ludzie. Nie ci, którzy wcześniej mnie sprowadzali, bo oni raczej nie pozwoliliby sobie na takie zagrania. Byłem profesjonalnym zawodnikiem, który musiał zarabiać na swoje życie, a nie amatorem, który oprócz kopania piłki, ma jeszcze inne stałe zajęcie.

Struktury władz klubów na Cyprze były porównywalne do europejskich standardów?

Sprowadzali mnie przekonujący i poważni ludzie. Problem w tym, że jak odchodziłem, to oni przestali działać w funkcje klubu i zaczął się rozgardiasz. Zmiany w zarządzie są co roku. Przyszli ludzie z mniejszym pojęciem o funkcjonowaniu klubu. Takie sytuacje zdarzają się wszędzie. To nie chodzi o to, że Cypr. Taki jest świat piłki. Pięć lat byłem w Apollonie i przyszedł czas na zmianę otoczenia.

Opłaciło się?

Zdobyłem mistrzostwo i króla strzelców, a w następnym sezonie awansowaliśmy do Ligi Mistrzów. Spełniłem swoje największe piłkarskie marzenie. Drugie obok debiutu w reprezentacji Polski.

W kluczowym dwumeczu eliminacji Ligi Mistrzów pokonaliście Olympiakos, a w pierwszym meczu zdobyłeś gola.

I dołożyłem asystę. To był dobry mecz w wykonaniu całej drużyny. Zdominowaliśmy faworyta z Grecji. Graliśmy wysoko, agresywnie, skończyło się 3:0. To był jeden z najlepszych meczów, jakie rozegrałem w swoim życiu. Bramkę z Olympiakosem sytuuje w swojej klasyfikacji tuż za trafieniami z Arabią Saudyjską.

Piłkarze z Pireusu musieli być mocno zdenerwowani. Taki łomot od nieznanego klubu z Cypru musiał ich zaboleć.

Zlekceważyli nas trochę. Myśleli, że na spokojnie wygrają z nami kilkoma bramkami i będą mogli zrelaksowani wrócić do kraju. A tu bach! Trzy bramki w plecy. Nam bardzo pomógł Traianos Dellas. Grek, który w tamtym okresie grał w Anorthossis. Znał realia i od ostatniego gwiazdka pierwszego spotkania tonował nastroje. Mówił: „Nie mamy prawa się cieszyć. Jedziemy do Grecji i oni zrobią tam wszystko, żeby z nami wygrać”. Dla nas „wszystko” było trochę takim frazesem zamkniętym do wydarzeń boiskowych. Jak się okazało miało to szersze znaczenie.

Przyjeżdżając na trening na dzień przed rewanżem, policja dopuściła kibiców Olympiakosu do naszego autokaru. Trzęśli nim, rzucali kamieniami w okna, krzyczeli, wyzywali nas. Baliśmy się o swoje zdrowie od momentu, kiedy zobaczyliśmy, że ci ludzie otrzymali ciche przyzwolenie od służb porządkowych na zastraszanie nas. Cała sytuacja nie była przyjemna, ale paradoksalnie pomogła nam w zmotywowaniu się na spotkanie. Powiedzieliśmy sobie, że już po tym wszystkim nie ma możliwości, żebyśmy odpadli.

Na trybunach było gorąco?

Mniej niż przypuszczałem, choć jakieś starcia między kibicami obu drużyn były. My skupialiśmy się na boisku. Zagraliśmy gorzej niż u siebie, przegraliśmy 0:1, ale liczył się awans. Nie odrobili strat. Utarliśmy im nosa i zapisaliśmy się złotymi zgłoskami w historii cypryjskiej piłki, jako pierwsza drużyna stamtąd, która awansowała do Ligi Mistrzów.

Po meczu fani Pireusu „odprowadzali” was do szatni, bo takie praktyki są tam właściwie na porządku dziennym?

Odpuścili. Nie było nieprzyjemności po ostatnim gwizdku. Jeszcze wcześniej przed meczem, autostradą z lotniska do hotelu jechała z nami grupa motocyklistów fanatyków greckiej ekipy. W pewnym momencie zajechali nas w taki sposób, że zaliczyliśmy ostre hamowanie autokaru. To było niebezpieczne, ale nie zastraszyli nas.

W samej fazie grupowej Ligi Mistrzów zagrał pan tylko trzy razy. Dlaczego?

Specyfika naszego trenera Timura Kecbaji. Wtedy nie potrafiłem zrozumieć powodu, dla którego zagrałem tylko trzy razy - z Interem, Panathinaikosem i Werderem, a potem już tylko oglądałem poczynania kolegów z ławki. Teraz z perspektywy czasu znalazłem pewną przyczynę. W jednym meczu ligowy była 90 minuta i wynik 0:0. Mieliśmy karnego. Strzelałem go i nie trafiłem. Moje relacje z trenerem zmieniły się diametralnie. Gruzin miał do mnie żal i w ten sposób mnie ukarał. A my w Lidze Mistrzów zdobyliśmy sześć punktów. Najwięcej ze wszystkich drużyn w historii, które fazę grupową zakończyły na ostatnim miejscu. To ewenement, że nie weszliśmy nawet do Pucharu UEFA.

W Anorthossisie wszystko szło dobrze. Skąd więc decyzja o transferze do Grecji?

Dostałem bardzo dobrą ofertę z Kavali. Zadzwonił do mnie dawny kolega, Sinisa Dobrasinović i skutecznie przekonał do tego, że to właściwy kierunek transferu. Okazało się inaczej. Rządził tam człowiek związany z mafią. Długo to ukrywał, wszystkie jego interesy były tajne, ale ostatecznie wylądował w więzieniu. Ja jednak swoje przeżyłem. To był ciężki kawałek chleba. Był tam ze mną Ebi Smolarek i my sami wiemy, co tam się działo. Panowały tam chore zasady. Nie mogłem się w tej rzeczywistości odnaleźć. Byłem bez rodziny, źle się tam czułem, to było widać na boisku. Szybko podjąłem decyzję o tym, że chcę zerwać kontakt z Kavalą. Nie zamierzałem nawet domagać się od nich jakichś pieniędzy. Nie miałem zamiaru męczyć się z tymi ludźmi.

Co konkretnie miało tam miejsce?

Wolę tego nie wspominać. Pamiętam, jak skręciłem tam kostkę i podszedłem do trenera, żeby mu o tym powiedzieć.

- Trenerze, nie dam rady dzisiaj, mam skręconą kostkę - mówię mu pokazując sporą opuchliznę.

- Nie bądź panienką. Nie jest z tym tak źle. Zrób sobie kilkanaście kółeczek wokół boiska i wtedy zobaczymy co dalej.

Biegałem pół godziny. Ból olbrzymi. Z grymasem podbiegam do szkoleniowca i pokazuję mu stopę jeszcze raz. Opuchlizna dwa razy większa. Pozwolił mi zejść, ale był wściekły i niezwykle zdziwiony faktem, że przez następne dwa tygodnie nie będę mógł grać. Takie historie nie były odosobnione.

Najgorszy okres w karierze?

Jedyny błąd, jaki popełniłem przy decyzjach o swoich transferach. Zdecydowanie żałuję tego ruchu, bo to był niewątpliwie stracony czas. Po roku wróciłem na Cypr. W Arisie Limassol wróciłem do formy, trochę postrzelałem, ale nie to było najważniejsze. Znów byłem w miejscu, w którym czułem się komfortowo. Tutaj dzieci chodzą do szkoły i tu mamy swoje miejsce na ziemi. Pograłem jeszcze dwa lata i zakończyłem karierę. Miałem 35 lat i chciałem robić papiery trenerskie. Swoje w piłce zrobiłem i zaczynałem nowy etap. Musiałem latać do Polski na kursy szkoleniowe, a jako czynny piłkarz nie mogłem sobie na to pozwolić.

Skończyłeś karierę jako legenda ligi cypryjskiej?

Legenda to trochę za duże słowo, raczej zarezerwowane dla jakiegoś lokalnego zawodnika, który spędził tu całą swoją karierę. Może ktoś na Cyprze uważa mnie za piłkarza legendarnego, ale ja sam raczej jestem daleki od takich stwierdzeń. Na pewno zapisałem się w historii tutejszego futbolu jako wielokrotny król strzelców i człowiek, który wszedł z pierwszą cypryjską drużyną do Ligi Mistrzów.

I zostałeś na Cyprze również po karierze. Dwa lata temu pracowałeś jako dyrektor sportowy akademii Apollonu Limassol, a teraz?

Zrezygnowałem z tamtej pracy. Kazano mi zwolnić trzech trenerów z tej akademii, czego nie wykonałem, bo odpowiadała mi ich wizja prowadzenia chłopców. Powiedziałem, że skoro już, ktoś ma odejść, to najlepiej, żebym był to ja sam. I na tym stanęło. Znalazłem sobie nowe zajęcie. Otworzyłem firmę, która organizuje ligę biznesową dla największych firm na Cyprze - banki z Limassolu, Forex Company itd. To jest mini-futbol. Grają na normalnych zorganizowanych zasadach. Są sędziowie, tabela, terminarz, nagrody. Chętny trochę jest.

A trenerka?

Chciałbym w to pójść, ale wymaga dużo poświęcenia. Trzeba mieć trzy lata praktyki trenerskiej, żeby zdobyć dostęp do kursu UEFA Pro. Dodatkowo będąc na Wyspie Afrodyty i robiąc ten kurs przez dwa lata musiałbym latać do Polski aż czternaście razy. Razem 28 lotów. To koszty, które znacznie wykraczają ponad moje możliwości finansowe. A nawet jakbym znalazł fundusze i chęci, to certyfikat UEFA Pro zdobyłbym dopiero za około pięć lat, a wtedy mało kto w ogóle pamiętałby, że był taki piłkarz jak Łukasz Sosin. Nie jest powiedziane, że znalazłbym pracę. Poszedłem w inną stronę.

Na koniec nieco abstrakcyjne pytanie - wiesz dlaczego nie mógłbyś szkolić się jako piłkarz w USA?

(śmiech) Faktycznie abstrakcyjne... Absolutnie nie wiem, co odpowiedzieć.

Pytam, bo dwa lata temu zakazano tam młodym chłopcom grać głową w obawie przed urazami wewnętrznymi. Ty dużą część swoich bramek strzeliłeś właśnie głową…

Co prawda, to prawda. Na Cyprze przede wszystkim często trafiałem do bramki rywala głową, ale nikt mi nie powie, że nie umiałem grać nogami. W najlepszych sezonach zdobyłem tyle goli, że te strzelone głową stanowiły nawet połowy całości.

JAN MAZUREK

Redakcja
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...