Sunday Talk: Paweł Golański. "W Legii dostawaliśmy tylko zapomogi na przetrwanie"

16.04.2017
fot. Pressfocus

Do wielkanocnego Sunday Talk zaprosiliśmy Pawła Golańskiego. Byłego reprezentanta Polski i piłkarza takich klubów jak Legia Warszawa, Korona Kielce czy Steaua Bukareszt. O dorastaniu na łódzkim blokowisku, straconym czasie w Legii czy rzuconej przez kibica cegle, która mogła go zabić. 

Trudno dorastało się w Łodzi w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych?

To nie były łatwe czasy. Wychowałem się na Starym Polesiu, niedaleko stadionu ŁKS-u. Rodzice prowadzali mnie tam od najmłodszych lat. Niewielu chłopakom z moich okolic udało się wypłynąć na szersze wody, tym bardziej to dla mnie powód do dumy. Całe dnie spędzałem na grze w piłkę. Na podwórku, nie na sztucznej nawierzchni, jak to jest dziś. Potem przy szkole zrobili nam asfaltowe boisko, to był wielki szał.

Z tego, co wiem, Łódź nie jest najbezpieczniejszym miastem w Polsce. Wtedy, podejrzewam, było jeszcze gorzej.

Moja dzielnica jest jedną ze starszych w mieście i ma raczej średnią renomę. Dużo bram, kamienic. Sporo osób zgubiło tu swoją drogę i miało poważne problemy. Jako młody chłopak też próbowałem wielu rzeczy, ale uczyłem się na błędach i wyciągałem wnioski. Miałem starszych kolegów, którzy wiedzieli, że trenuję w ŁKS-ie i nawet, jak mieli jakieś grubsze wyjścia, to celowo nie zabierali mnie ze sobą.

Miał pan szacun na dzielni.

Trochę duże słowo, ale rzeczywiście, chodziłem na stadion, kibicowałem. Dość często zdarzało się, że kibice Widzewa przychodzili na nasze osiedle i szukali wrażeń. Najczęściej kończyło się na paru siniakach. Dochodziło do osiedlowych zadym. Zdarzało się, że zimą trenowaliśmy w innej części miasta. Po drodze stało paru chłopaków, pytali za kim jesteśmy. Nie pękałem, mówiłem, że za ŁKS-em, dostawało się z buta i przechodziło do porządku dziennego. Takie czasy.

Potem dość nienaturalna ścieżka. Trafił pan do Legii Warszawa.

Koledzy związani z ŁKS-em, których mam masę, kibicowali mi w tym. Legia nie była dla nich problemem. Gdybym poszedł do Widzewa, to by mi tego nie wybaczono. W Warszawie byłem tylko pół roku i kariery nie zrobiłem. Na sparingu przed sezonem skręciłem kostkę, rozerwałem torebkę stawową. Tydzień przed pierwszą kolejką. No i nie wyszło. To było stracone pół roku. Dwa czy trzy razy siadłem na ławce rezerwowych, nie zdążyłem nawet zadebiutować.

A to nie było tak, że zajechał pana ówczesny trener Legii, Dragomir Okuka?

Nie dzielił piłkarzy. Młody, stary, chudy czy gruby. Wszystkich wrzucał do jednego worka. Treningi biegowe miałem z Tomkiem Kiełbowiczem, który miał żelazne płuca i Jackiem Magierą, który mógł biegać cały dzień. Pamiętam swój pierwszy trening w lesie. Wróciłem, usiadłem na łóżku i nie miałem siły iść się wykąpać. Przyszedł do mnie Jacek Zieliński i powiedział:

– Młody, wiem, że chcesz nadrabiać charakterem, ale czasem musisz też popracować głową.

No właśnie, wtedy Legia miała wiele silnych, polskich postaci. Zieliński, Kiełbowicz, Magiera, Kucharski. Trudno było odnaleźć się w tamtej szatni?

Sprawę trochę ułatwił mi mój wujek, Zbyszek Robakiewicz, który przez wiele lat grał w Legii. Zadzwonił do starszych chłopaków, przekazał, że jesteśmy rodziną i na pewno pomogło mi to w aklimatyzacji. To były zupełnie inne czasy.

Fala pana ominęła?

Znałem miejsce w szeregu i obowiązki. Dziś młodzi piłkarze często obrażają się, że ktoś każe im poskładać pachołki czy znaczniki. Wtedy Legia była bardzo doświadczoną drużyną. Najmłodsi byliśmy ja i Mariusz Zganiacz. Jak wychodziliśmy na trening, to wystawały nam tylko nosy. Tak byliśmy obładowani sprzętem. Nie płakałem z tego powodu.

Łódź to duże miasto, ale to Warszawa jest stolicą piłkarskiej balangi. Panu, młodemu chłopakowi, nie zaszumiało w głowie od podwyżki i nocnego życia?

Nie, z bardzo prostej przyczyny. Legia miała problemy finansowe. Na papierze rzeczywiście miałem dostać niezłą podwyżkę, w porównaniu z tym, co zarabiałem w ŁKS-ie. Bodajże pięciokrotną. Poczułem, że zwojuję świat, ale rzeczywistość była brutalna. Przez pierwsze dwa miesiące dostawaliśmy tylko jakieś zapomogi na przetrwanie, także nie miałem powodów, żeby zwariować. Z Warszawy nie wyjeżdżałem z poczuciem porażki, ale chciałem udowodnić, że się pomylili. Pomyślałem, że jak nie Legia, to inny polski klub.

Wrócił pan do ŁKS-u, a potem trafił do Korony Kielce. Wtedy zupełnie innego klubu niż dziś. Beniaminka Ekstraklasy, pod banderą świetnego sponsora – Kolportera. Ale wcześniej ponoć nie przeszedł pan testów w Zagłębiu Lubin. Prawda czy fałsz?

Po pobycie w Legii pojechałem z Zagłębiem na obóz na Węgrzech. Nie będę wspominać o warunkach, w jakich nam przyszło wtedy mieszkać, bo to był kompletny hardkor…

Śmiało.

Mieszkaliśmy po czterech w jednym pokoju. Boisko treningowe mieliśmy obok jakiegoś kompleksu zbiorników wodnych. Wyobrażasz sobie, ile tam było komarów i muszek? Masażysta musiał jechać po jakieś maści, bo byliśmy niesamowicie pogryzieni. Prawdziwa szkoła przetrwania. Czuliśmy się jak na biwaku pod namiotami. Ale mimo wszystko był efekt „wow”, że w ogóle wyjechaliśmy gdziekolwiek za granicę.

Rozumiem, że obóz zniechęcił pana do dalszej współpracy, bo kontraktu z Zagłębiem pan nie podpisał.

Na mojej pozycji grał Andrzej Szczypkowski, kapitan zespołu. Trener dał mi jasny sygnał, że sezon zacznę na ławce, więc podaliśmy sobie ręce. Powiedziałem, że pakuję się i wracał do Łodzi. Spakowałem torbę i wsiadłem w autobus na dworzec. Do Polski wróciłem pociągiem.

Tak sam, na własną rękę?

W portfelu miałem jakieś dziesięć złotych, ledwie starczyło na bilet. Pociąg był stary, tragiczny. Do tego przepełniony handlarzami, którzy w tamtych czasach jeździli na Węgry z towarem. Wszyscy mieli takie rosyjskie, wielkie torby. Stresowałem się, że mnie skroją. Przez całą drogę torbę miałem przywiązaną do nogi. Ostatecznie dotarłem, nogi mi nie odcięli, więc mogłem dalej grać w piłkę.

Potem Korona, dla której w sumie zagrał pan dziewięć sezonów.

Miałem 24 lata i uznałem, że najwyższy czas w końcu zadebiutować w Ekstraklasie. Korona zapłaciła za mnie pół miliona złotych, więc jak na tamte czasy całkiem sporo. To był klub poukładany od A do Z. Nie musieliśmy się niczym martwić. Potem wybudowali nowy stadion, pierwszy taki w Polsce. W tamtych czasach na każdy mecz Korony przychodziło kilkanaście tysięcy kibiców. Na meczach z Wisłą czy Legią, bilety były wyprzedane dwa tygodnie wcześniej. Piękne czasy.

Nie zawsze było tak pięknie. Z panem i Koroną jest trochę jak ze starym małżeństwem. Były chwile piękne, ale i beznadziejne.

Źle było pół roku po moim powrocie do Korony ze Steauy. Byłem na wakacjach w Bułgarii i dostałem telefon od dyrektora sportowego, że muszę zgodzić się na obniżkę pensji o połowę, albo ląduje w drugim zespole. Dotknęło mnie to, że nikt ze mną nie porozmawiał. Po prostu postawiono mi ultimatum. Nie zgodziłem się, wylądowałem w drugim zespole u trenera Gąsiora, który od razu wziął mnie na rozmowę i powiedział, że nie ma zamiaru mnie poniżać i kazać mi biegać z młodymi chłopakami. Wytrzymałem dwa miesiące i poszedłem do ŁKS-u, gdzie też nie było kolorowo.

Dziś wszyscy wspominają tamten czas z uśmiechem, ale organizacyjnie ponoć rzeczywiście był hardkor.

Graliśmy w Ekstraklasie, a zamiast odżywek mieliśmy wodę z sokiem malinowym. Po sezonie wróciłem do Kielc, skąd zadzwonił do mnie Leszek Ojrzyński. Siedliśmy z panem prezydentem Lubawskim i kwestię umowy załatwiliśmy w dziesięć minut.

Okej, rozmawiamy o tym, że w kolejnych klubach były problemy z kasą, więc może warto poruszyć temat Steauy Bukareszt. Tam obsuw raczej nie było.

Przez dwa pierwsze sezony nie. Później właściciel Gigi Becali miał jakiś kryzys i było troszkę zawirowań, ale ostatecznie wywiązał się z umowy. Steaua przyciągnęła mnie dobrymi pieniędzmi i dobrymi warunkami sportowymi. Wtedy co roku grali w europejskich pucharach. Miałem oferty z silniejszych lig – włoskiej, francuskiej – ale to były średniaki albo kluby walczące o utrzymanie. Steaua miała być trampoliną, przystankiem. Liczyłem, że dzięki niej trafię do lepszego klubu.

Wspomniał pan Gigiego Becalego. Mega charakterystyczna postać, o której sporo pisało się nawet w Polsce. Pan miał z nim jakieś pozytywne czy mniej pozytywne przejścia?

I takie, i takie. Pamiętam jeden z pierwszych meczów. Zremisowaliśmy zero do zera. Po spotkaniu prezes wypalił, że sprowadzając Golańskiego za milion euro myślał, że będzie miał zawodnika pokroju Roberto Carlosa. Rozczarowałem go, nie grałem tak ofensywnie, jak by tego oczekiwał. Ale już po kilku miesiącach powiedział, że nie sprzeda mnie za żadne pieniądze. Miał straszne wahania.

Potrafił wejść do szatni i zrobić burdę po przegranym meczu?

Jasne, zdarzało się. Czasem wpadał już w przerwie. Raz graliśmy z ostatnią drużyną w lidze. Po 45 minutach wygrywaliśmy 1:0. Prezes wszedł do szatni i zaczął krzyczeć:

– Jak to jest, że wygrywacie tylko 1:0? Powinniście wygrywać trójką albo czwórką!

Wygraliśmy 4:0, ja zdobyłem jedną z bramek i później w prasie chwalił się, jakim znakomitym jest motywatorem.

Od czasów pana gry w Steaule minęło trochę czasu, ale czy dziś jest jakiś polski piłkarz, którego w Rumunii szanuje się bardziej niż Pawła Golańskiego?

Może zabrzmi to nieskromnie, ale raczej nie. Kiedyś kibice wywiesili flagę, życząc mi wszystkiego najlepszego. Innym razem był transparent „Golański respect”. Jako gościowi z innego kraju, było mi wtedy niesamowicie miło. Dlaczego traktowali mnie inaczej? Nie wiem. Może dlatego, że nigdy nikomu nie odmówiłem autografu, zdjęcia czy wymiany zdań. Piłkarzy Steauy znała cała Rumunia. Nawet, kiedy jeździliśmy na wyjazdy, pod hotelem czekali na nas kibice przeciwnych drużyn, po to, żeby zrobić sobie fotkę. Dobre kontakty, w całej Rumunii, pozostały mi do tej pory.

Tam pozwalali panu jeść Nutellę? Bo w Kielcach bywało z tym różnie.

Jeżeli ktoś mi zabrania przysłowiowej lampki wina do kolacji po meczu, to mogę iść do domu, gdzie nikt mnie nie pilnuje i wypić butelkę. W Polsce jest dziwna tendencja profesjonalizmu na siłę. Zobaczą kogoś przy piwie i napiszą, że wypił sześć i się zatacza. W Steaule nie było takich problemów. Pierwszy mecz wyjazdowy graliśmy w Costancy, nad morzem. Trenerem był Gheorghe Hagi, legenda rumuńskiej piłki i zatrzymaliśmy się w jego hotelu. Kiedy lecieliśmy tam samolotem, trener wstał i powiedział, że dziś nie jemy normalny kolacji, tylko jego przyjaciel zaprasza nas do swojej włoskiej restauracji.

Rozumiem, że nie serwowali tam chleba orkiszowego i potraw bezglutenowych.

Siedliśmy, patrzę, a na stoły normalnie wjeżdżają browary, karafki z winem. Pomyślałem sobie: kurczę, co tu się dzieje. Zamówiłem wodę, bo został mi nawyk z Polski, że lampka wina dzień przed meczem może przerodzić się w jakiś skandal. Przyszedł drugi trener i powiedział:

– Panowie, jesteście profesjonalistami. Każdy wie co może i ile może. Macie przyzwolenie na wszystko. Chcecie piwo? Proszę bardzo. Dwa, trzy? Nie ma problemu.

To była normalność. Do kolacji zawsze czerwone, wytrawne wino. Tak samo było z jedzeniem. Chciałeś krewetki? Szedłeś do kucharza, który z nami jeździł i robił ci krewetki. Trener Hagi wychodził z założenia, że każdy z nas najlepiej wie, co jest mu potrzebne. Zostawiał nam dużo swobody.

Totalny luzik.

U Hagiego tak, ale to sprawa indywidualna trenera. Jeden zabrania, drugi mówi, że może być lampka wina, a trzeci pomyśli, że jak da lampkę, to wypijemy szesnaście butelek. Kwestia zaufania do drużyny. W Koronie, za trenera Pachety, przyszedł właśnie pan Adamczewski i pojawiły się zakazy. Nie można słodzić, nie można solić, nie można pieprzyć. Nie tędy droga. Odżywianie jest bardzo ważne, ale trzeba uświadamiać, a nie zakazywać.

Kto mocniej baluje – piłkarze polscy czy rumuńscy?

Rumuńscy. Bardziej ich słychać, widać, są bardziej żywiołowi. Im przyznałbym koszulkę lidera.

Kibice w Rumunii też są chyba bardziej żywiołowi niż ci w Polsce. Szczególnie ci z Bukaresztu.

W stolicy są trzy kluby – Steaua, Dinamo i Rapid, które niesamowicie ze sobą rywalizują i to widać na każdym kroku. Kiedy przegraliśmy derby z Rapidem, bodajże 1:5, około sześciuset kibiców Steauy do nas przyszło, kazali nam wyjść, porozmawiać. Otoczyli nas w kółko, zrobiło się groźnie. Ja miałem o tyle szczęście, że wzięli mnie na bok, jako uprzywilejowanego. Dostałem parę wrzutek, ale akurat do mnie nie mieli większych pretensji.

Inaczej było, kiedy został pan ranny po ataku na autokar.

Rzeczywiście, zdarzyło się, że dostałem cegłą w głowę. Założyli mi trzy czy cztery szwy i jakoś się zagoiło. Szczęście, że nie oberwałem odrobinę niżej, bo ranę miałem w okolicach skroni. Wtedy mogłoby skończyć się to różnie. Być może byśmy dziś nie rozmawiali, ale skończyło się na szyciu i guzie. Potem w wywiadzie powiedziałem, że dla mnie rzucanie cegłami w autokar to kompletne tchórzostwo. Że nie rzucił tego chuligan, tylko zwykły tchórz, czym też zaplusowałem u naszych kibiców. 

Wspomnijmy też o pana ostatnim rumuńskim klubie, Targu Mures. Miało być pięknie, niezła kasa, niezły klub. Sukcesy skończyły się na zdobyciu Superpucharu Rumunii, który jest pana jedynym klubowym trofeum w karierze.

Ogromne problemy organizacyjno-finansowe. Przez pół roku dostałem jedną pensję. Resztę pobytu żyłem za swoje. Pojechałem z rodziną, trzeba było wynająć mieszkanie i godnie żyć. Straciłem masę pieniędzy, tak jak każdy z grających tam piłkarzy. Można powiedzieć, że byliśmy sponsorami tego klubu. Pieniędzy nie odzyskałem do dziś. Sprawa trafiła do sądu, ale klub ciągle ma problemy, więc pewnie już ich nie zobaczę.

Dziś ma pan już 34 lata na karku, nie gra od blisko roku. Zjazd do bazy?

Do Chojniczanki nie przyszedłem po to, żeby myśleć o końcu kariery. Wierzę, że awansujemy i że jeszcze zagram w Ekstraklasie. 

***

Poprzednim gościem cyklu Sunday Talk był piłkarz Lechii Gdańsk i reprezentacji Polski, Sławomir Peszko. Jeśli przeoczyliście wywiad z ulubieńcem polskich kibiców, kliknijcie w obrazek i życzymy miłej lektury!

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...