Nasi za granicą: Michael Sanni. "W Iraku kibice świętowali bramki strzałami z pistoletów"

10.04.2017
michalkuna

Przed nami kolejny odcinek cyklu, w którym rozmawiamy z polskimi piłkarzami, którzy grali bądź wciąż grają w rozmaitych miejscach. Nasz dzisiejszy gość to jednak nietypowy przypadek, ponieważ przyjechał do Polski mając już 20 lat, a obywatelstwo otrzymał dopiero w 2013 roku. Michael Olakitan Sanni, bo o nim mowa, znalazł tu żonę, założył rodzinę i został. W międzyczasie zwiedził kawał piłkarskiego świata. Malediwy? Indie? Nepal? Prosimy bardzo. Zapraszamy, jak w każdy poniedziałek, na następną odsłonę „Nasi za granicą”.

Przygodę z piłką Michael Sanni rozpoczynał w Nigerii, kraju swoich rodziców, gdzie swoje pierwsze kroki stawiał w szkółce Pepsi Football Academy.

- Jest to po prostu szkółka piłki nożnej dla dzieciaków. Treningi były organizowane dwa razy w tygodniu. Tak samo wygląda to w całej Nigerii, w każdym mieście. System rzeczywiście pomaga młodym piłkarzom, wyszedł z niej m.in. John Obi Mikel, który grał w Chelsea. Miałem tę przyjemność, że występowałem razem z nim. Przyjeżdżali menedżerowie, obserwowali i wybierali tylko najbardziej się wyróżniających, reszta nie miała szans – opowiada Sanni.

Selekcja piłkarzy to oczywiście coś zrozumiałego, ale w Nigerii, tak jak w całej Afryce, znacznie trudniej jest o przebicie się poza kontynent, o Europie nie wspominając. Michael dokonał jednak tej sztuki, ale do tego potrzebował znacznej cierpliwości i różnych znajomości. Swoje pierwsze pieniądze za grę w piłkę otrzymał w nigeryjskiej drużynie First Bank FC, z której udało mu się przedostać do Indii.

- First Bank FC to amatorska drużyna, ale mimo to dostawałem w niej pieniądze. W Nigerii ciężko nam wyjeżdżać do europejskich klubów, przede wszystkim dlatego, że jest duży problem z otrzymaniem wizy. Poza tym, na taką samą okazję czeka wiele utalentowanych piłkarzy czy to z Afryki, czy z Ameryki Południowej. Kiedy grałem w First Bank, dostałem okazję żeby wyjechać do Indii, ponieważ grał tam mój dobry kolega, Dudu. Potem występował także w Wiśle Kraków – zdradza nam pomocnik.

Umówmy się, ostatnie z czym mogą kojarzyć się Indie, to piłka nożna. Szczególnie, że drużyna, do której przeszedł Michael, delikatnie mówiąc nie należała do ligowych potentatów. Mimo to, zawodnik wypowiada się o tamtym okresie w samych superlatywach, chociaż... niekoniecznie skupia się na aspektach piłkarskich.

- W Indiach grało się doprawdy fantastycznie! Żyłem tam jak król, było wszystko co potrzebne do szczęścia: jedzenie tanie, zarobki duże, apartament z basenem… Tylko podróże dość męczące, długie, często samolotem. Po opuszczeniu Indii myślałem nie raz o powrocie w tamtejsze rejony – wspomina piłkarz.

Do Indii jednak już nie wrócił, po dwóch sezonach spędzonych w tamtejszym Simla Youngs FC zdecydował się na transfer w jeszcze bardziej egzotyczne strony. Wylądował na Malediwach. Jak twierdzi, praktycznie sam załatwił sobie ten transfer. Niektóre sytuacje potrafiły być kuriozalne.

– Malediwy są złożone z małych wysepek, więc czasami trening odbywał się na jednej, a mecz na drugiej. Podróżowało się między nimi na łodziach, nawet po 1-2h. Były bardzo małe, można było się bać, jeśli nie umiało się pływać.

Pierwsza myśl, jaka pojawia nam się, gdy słyszymy o Malediwach, to niewątpliwie luksus, coś ekskluzywnego. Sanni częściowo to potwierdza, ale zauważa, że nie każdy aspekt życia jest tam idealny.

– Do jedzenia mieliśmy właściwie tylko ryby i owoce morza. Kurczak był rarytasem, o wieprzowinie i wołowinie nie było mowy. Treningi odbywały się głównie na piasku i w pełnym słońcu, przez co stanowiły niemałe wyzwanie. Nie mogę jednak narzekać, niejeden wydałby niemałe pieniądze żeby spędzić tam chociaż kilka dni. Pomogłem nawet koledze Polakowi, Piotrkowi Kardasowi, jak graliśmy w Piasecznie, dostać się do klubu właśnie na Malediwach – słyszymy od naszego rozmówcy.

Piłkarz nie pozostał tam zbyt długo, bo jedynie pół roku. Klub nie był wypłacalny, teraz już chyba nie istnieje. Sanniemu znów pomogły znajomości. Dowiedział się, że trener, z którym pracował w Indiach, teraz jest szkoleniowcem zespołu Machhindra FC w Nepalu. Michael długo się nie zastanawiał. Kurs: Nepal.

– Tam jest bardzo wysoko, górzysty kraj. Chyba właśnie w Nepalu znajduje się najwyżej położony stadion na świecie? W każdym razie na pewno jeden z nich, tam też grałem. Ale wbrew pozorom bardzo dobrze wspominam ten okres. Szukają graczy doświadczonych, aby ci mogli nauczać tamtejszych adeptów. Taką mają strategię – tłumaczy pomocnik

Nepal to kolejny krótki przystanek w jego karierze. Następnie miał jeszcze epizod w Kosowie, kiedy jeszcze nie było niepodległe i w sezonie 2007/08 trafił do Stali II Rzeszów. Od tamtej pory właściwie nie wyjeżdżał z Polski, w ciągu 10 lat zaliczył 10 klubów. Nasz bohater miał jednak jeszcze jedną delegację, kiedy już oficjalnie był Polakiem. Prawie dwa sezony spędził w Iraku, konkretnie w Kurdystanie. Myśleliście, że wcześniej było nietypowo? Przy opowieściach Michaela z Iraku, wszystkie inne momentalnie bledną.

– Tam każdy posiada broń, nawet jak jej nie widać, to wiadomo, że gdzieś ją chowa. Na meczach było zawsze mnóstwo policji aby chronili oni sędziów i zawodników. Nie raz zdarzało się, że komuś z kibiców nie spodobała się decyzja arbitra i słychać było strzały. Jeśli wydarzenia na boisku były wybitnie nie po myśli widzów, bywało i tak, że wbiegali oni na boisko z bronią. Czasami nawet oddawali wystrzały po strzelonych bramkach czy wygranych meczach. Można było się poczuć jak na Dzikim Zachodzie. Kiedyś przywieźliśmy „pamiątkę” ze spotkania: łuskę po naboju, długości palca. Potem się okazało, że można takie znaleźć nawet na ulicy, ale dla nas to było coś nowego. Po kilku takich sytuacjach dało się przyzwyczaić, ale strach i tak pozostawał. Wiele kontroli drogowych, przeszukiwań pojazdów – odsłania przed nami realia życia w Iraku zawodnik.

Z drugiej strony Michael spędził tam przecież niemal dwa sezony, nie uciekł po kilku kolejkach. Dlaczego?

– Trzeba przyznać, że troszczono się o mnie, mieszkałem w budynku z ochroną. Gdyby nie było tam tak niebezpiecznie, być może grałbym w Iraku dłużej. Ale dobrze się stało, w porę wyjechałem z tego kraju, bo zaczynało być jeszcze gorzej.

Jeśli chodzi o kraje, w których Michael Olakitan Sanni grał w piłkę, to koniec. Gdzie natomiast zamierzał grać? Estonia, Finlandia, Indonezja, Malta, Czechy, Szwecja… W niektórych z tych miejsc przechodził już nawet testy. Przyznaje, że zwykle przeszkodą były pieniądze. Kluby oferowały za mało, żeby piłkarz mógł zapewnić godne utrzymanie swojej rodzinie.

Skupmy się teraz na Polsce, bo przecież na początku to nasz kraj był dla niego „zagranicą”. Dlaczego w ogóle tu przyjechał i zdecydował się pozostać na tak długo?

- Po pierwsze i najważniejsze: Polska leży w Europie. O tym zawsze marzyłem, o grze w Europie, a Polska, znów dzięki Dudu, taką szansę mi dała. Dzięki niemu miałem też marzenie o występach w Ekstraklasie. Spodobało mi się tu, mimo głupoty niektórych ludzi. Poznałem tutaj żonę, której przecież nie mogłem zostawić, więc rodzina to jeden z głównych powodów, dla których osiadłem tu na stałe – tłumaczy zawodnik.

Zwykle występował na drugim lub trzecim poziomie rozgrywkowym. Jak Sanni ocenia ich poziom?

- We wszystkich krajach, w których występowałem, poziom był porównywalny, w Polsce jest troszkę lepiej. Szkoda tylko, że grą można cieszyć się tak naprawdę tylko w wyższych ligach, gdzie zawodnicy mają doświadczenie i skupiają się na piłce, a nie na kopaniu po nogach – mówi pomocnik.

Co ciekawego przydarzyło mu się na polskich, ligowych boiskach? Miał wyjątkowe szczęście do znajdywania się we właściwym miejscu we właściwym czasie. Tak poznał nasze dwie, aktualnie kluczowe postacie Reprezentacji.

– kiedy grałem w drużynie Jarota Jarocin, to był 2008r., graliśmy sparing ze Zniczem Pruszków, czyli z drużyną Roberta Lewandowskiego. Nie pamiętam już wyniku tamtego spotkania (3:0 dla Znicza – przyp. red.), ale grałem przeciwko Lewemu – chwali się Sanni. – Poznałem także obecnego selekcjonera Reprezentacji, Adama Nawałkę. Był wtedy trenerem GKS Katowice. Prawie podpisałem z nimi kontrakt. Niestety klub nie miał pieniędzy, a mój menedżer zażądał za mnie bardzo dużej sumy. Gdy się o tym dowiedziałem, było za późno. Ale w GKS-ie był profesjonalizm, nie odczuwało się braku funduszy. Szkoda, że nie wyszło.

– W Jarocinie grałem też z Jakubem Smektałą i wtedy zobaczyłem, jak promuje się zawodników, żeby ich dobrze sprzedać. Prezes i trener kazali nam podawać piłkę do danego piłkarza, by ten mógł strzelać więcej, wykręcać swój licznik – opowiada Sanni.

Niestety, z żalem zdradził nam też, że przez problem rasizmu, w Polsce często czuł się niekomfortowo i niebezpiecznie.

– Ten problem jest wszędzie w Polsce, szczególnie odczułem go na Podlasiu i w Białymstoku. Słyszałem różne obelgi, przez „banany” i „bambusy” po jeszcze gorsze. Nawet dzieciaki po 12 lat krzyczały, że w Afryce to pewnie kokosami grają, bo nie stać ich na piłkę. Przykro się robiło, kiedy kolega z drużyny do mnie nie podawał, choć byłem na wolnej pozycji. Często udawałem, że nie mówię po polsku, aby słyszeć i wiedzieć, co kto o mnie w szatni mówi. Nie pojawiałem się też w nocy na mieście, czułem się w niebezpieczeństwie – wyznaje nam Michael.

Jednak jego pobyt w Polsce to nie historia tragiczna, skoro zdecydował się tu zostać. Zdarzały się też miłe gesty.

Jak więc Michael Sanni z cyklu „Nasi za granicą” stał się „Nasz”? Wyrobił sobie obywatelstwo dość późno, ale uwarunkowane to było bardzo trudną decyzją. Musiał zrzec się paszportu nigeryjskiego. To wymóg tylko w kilku województwach. Miał tu rodzinę i widział szansę do wyjazdu na Zachód, dlatego ostatecznie otrzymał polskie obywatelstwo.

Zawodnik zakończył już karierę piłkarza, ale rozpoczął trenera. Ma na swoim koncie jedno trofeum, z młodzieżową drużyną w USA zdobył tytuł mistrzowski. Chwali się, że miał już propozycję z Chin, a niedługo ma rozpocząć pracę w Londynie w zespole Regent’s Club. 

Może kiedyś przyjdzie czas na pierwszego czarnoskórego trenera w Ekstraklasie? W końcu jest jednym z naszych. 

ADRIAN GĄTAREK

***

Zapraszamy do przeczytania poprzedniego odcinku cyklu Nasi za granicą, w którym to Jacek Grembocki opowiada o grze w dalekiej Wenezueli. Klikajcie w obrazek i miłej lektury!

Redakcja
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...