Sunday Talk: Sławomir Peszko. "Nie dostaję powołań za poczucie humoru i znajomość z Lewandowskim"

09.04.2017
fot. Pressfocus

Dziś w niedzielnej gadce "Sunday Talk" gość specjalny. O udziale w Turbokozaku, trudnych początkach po powrocie do Ekstraklasy, przyjaźni z Robertem Lewandowskim, memach i Ekstraklasa Trolls porozmawiał z nami pomocnik Lechii Gdańsk i reprezentacji Polski – Sławomir Peszko. 

Ostatnio byłeś w Turbokozaku. Naprawdę trzeba było cię na to tyle namawiać?

Rzeczywiście miałem lekki opór. Pierwsze sygnały dostałem tuż po powrocie do Polski, ale odmawiałem. Mówiłem, że spokojnie, że może najpierw odbuduję formę, zaaklimatyzuje się w lidze polskiej i wtedy się zastanowię. Odkładałem, odkładałem... Nigdy nie byłem przekonany do jakiejś tego typu zabawy, ale w końcu się zdecydowałem. Pomyślałem, że zrobię to jakoś śmiesznie, a nie – tak jak zawsze – z ciśnieniem na wynik. Chciałem pokazać, że sytuacje z przeszłości, czy tę czerwoną kartkę na Lechu, dziś mogę obrócić jedynie w żart. Podchodzę do tego z dystansem. Do wszystkich moich fanów, czy też pseudofanów, którzy tworzą na mój temat memy, podchodzę z otwarcie, z sympatią i ich za to nie krytykuję. 

Była beka w szatni? 

Była, na poniedziałkowym treningu, dzień po premierze. Wszyscy oglądali, więc trochę pośmialiśmy się w szatni. Wchodzę, patrzę, cała drużyna wpatrzona w telewizor. Myślę sobie: co oni tak wszyscy oglądają? Patrzę, a tu Turbokozak. Podobało się. Najbardziej śmieszkowali Sebastian Mila i Ariel Borysiuk, ale oni wszyscy mnie znają z szatni, gdzie zachowuje się podobnie... Może nie podobnie, ale znają moje poczucie humoru. Niektórych to nie zdziwiło. 

Przejdźmy do poważniejszych tematów. Twój powrót do Polski. Teraz już się rozkręciłeś, ale początki w Lechii, mówiąc delikatnie, wymarzone nie były. A oczekiwania były ogromne. 

No nie były. Przede wszystkim nie mogłem dogadać się z byłym trenerem. Wiesz, myślałem, że będzie łatwo. On Niemiec, ja właśnie stamtąd wróciłem. Myślałem, że się dogadamy, ale nie wyszło. Wybrał sobie innych ulubieńców, do reszty był gorzej nastawiony. Nie czułem się z nim dobrze, zresztą nigdy nie nazwałem go trenerem. 

A jak go nazywałeś?

Oficjalnie był trenerem, ale nieoficjalnie, na przykład dla mnie, w ogóle nim nie był. 

A kibice i ich oczekiwania?

Kiedy przychodziłem, Lechia nie była w dobrym momencie, nie grała dobrze. Była gdzieś w środku czy w drugiej części tabeli. Myśleli, że będę zbawieniem. Nie czułem się dobrze. Ale potem przyszedł nowy trener, od grudnia wskoczyłem do składu, pojechałem na Euro i zdobyłem serca tutejszych kibiców. Wszystko wydarzyło się może z opóźnieniem, ale po mojej myśli. 

Ale na początku nie grałeś, nie dogadywałeś się z trenerem, nie miałeś dobrej prasy. Nie było tak, że siadałeś i myślałeś: "cholera, mogłem jeszcze spróbować na Zachodzie"?

No jasne. Wracając z Bundesligi na pewno możesz żałować. Kurde, to jest jednak wielka piłka. Żal było odjeżdżać z FC Koeln, gdzie miałem jeszcze roczny kontrakt. Może bym wszedł, zagrał dobry mecz i został w składzie. Z drugiej strony następny mogłem zagrać słabiej i znów wypaść na siedem meczów. Nie chciałem podejmować tego ryzyka. Paweł Olkowski je podjął i nie wyjechał na Euro. 

A ty, będąc w Koeln, nie straciłeś nadziei na powrót do kadry?

Nie. Byłem w kontakcie z selekcjonerem. Mówił tylko tyle, że za mało gram. Mówił, że nie muszę grać wszystko po 90 minut i strzelać bramki z regularnością Lewandowskiego. Wystarczyło, żebym regularnie wchodził z ławki, ale pod koniec w Kolonii nie łapałem się nawet do kadry meczowej. Dlatego w ostatnim dniu okienka zdecydowałem, że odchodzę. 

Nie bałeś się, że wrócisz i będzie gadane, że kolejny wraca z zagranicy, że sobie nie poradził i tak dalej? 

Nie. Przecież nie jestem jakimś wirtuozem piłkarskim. Playmakerem, dziesiątką, zaawansowanym technicznie Hiszpanem, który rozdziela piłki na prawo i lewo. Zawsze bazowałem na przygotowaniu, na szybkości, koncentracji i zapierdzielaniu. Grałem dwa i pół sezonu w Bundeslidze, rok w drugiej Bundeslidze, gdzie przyczyniłem się do awansu. Później wyjazd do Anglii, do Wolves, gdzie na początku też układało mi się nieźle. Siedem meczów, trzy asysty i przyszła kontuzja. Za granicą zrobiłem maksimum. 

Myślisz jeszcze o wyjeździe, czy traktujesz Lechię jako ostatni przystanek? 

Coraz mniej. Myśląc realnie, jeśli miałbym ofertę z Championship czy drugiej Bundesligi, nawet z czołowych klubów, to nawet bym się nad tym nie zastanawiał. Zostałbym w Lechii. Mam trzy lata kontraktu i pewnie go wypełnię. Chyba, że trafi się naprawdę lukratywna oferta z Azji bądź zza Oceanu, albo jakiejś Bundesligi czy Serie A. Wtedy mógłbym to przemyśleć. 

Okej, przejdźmy do tematu reprezentacji. Zagrałeś na Euro, grasz w kolejnych eliminacjach. W kadrze jest ktoś z większym poczuciem humoru? 

Nie wiem, nie jestem powoływany za poczucie humoru. W Ekstraklasie idzie mi nieźle, mam siedem asyst i trzy bramki. Nie dostaję powołań za to, że jestem zabawny i za fakt bycia dobrym kolegą Roberta Lewandowskiego. 

Chyba źle mnie zrozumiałeś. To pytanie nie było złośliwe, ale widzę, że trafiłem w czuły punkt. 

Już parę razy słyszałem, że jadę na kadrę, bo dobrze znam się z Lewandowskim. Fakt, znam się od bardzo dawna i bardzo dobrze. Mam wrażenie, że niektórzy mi tego zazdroszczą. Myślą sobie: na pewno Lewandowski zadzwonił do trenera i powiedział: powołaj Peszkę, bo bez niego będę źle grać. To by było śmieszne, prawda? Nie jest to poważne, ale niektórzy chyba rzeczywiście w to wierzą. Przecież on będzie strzelał ze mną czy beze mnie. W Bayernie mnie nie ma i jakoś daje radę. 

Ale nie ukrywaj, że w kadrze jesteś też kimś, kto nakręca atmosferę. 

Mam swobodny styl, nie chodzę spięty. Ostatnio nawet się ze mnie śmiali, bo byłem najstarszy na zgrupowaniu. Znam tych chłopaków bardzo długo. Wiem jak mogę przed meczem do "Lewego" zażartować, jak uspokoić "Grosika", coś wypalić w szatni, w ostatnim momencie przed meczem. Wiem jak zareagują. Ktoś inny mógłby wejść za mnie, nawet z porównywalnymi umiejętnościami. Siedziałby w szatni, przybiłby piątkę i tyle. Ale piłkarsko, jak widać, też nie odstaję. W ostatnim meczu trener miał na ławce Arka Milika, a wpuścił mnie. Selekcjoner mówi, że jestem zadaniowcem. Czy mam dwie minuty, kwadrans, czy pół godziny – wchodzę i wykonuję zadanie. 

No właśnie, głównie wchodzisz na końcówki. W pełni akceptujesz swoją rolę? 

Trudno wskoczyć do pierwszej jedenastki. Trudno cokolwiek zmieniać. Trzeba być dumnym z każdej minuty. 

Ostatni temat – Ekstraklasa Trolls. Śledzisz?

Tak, mają konto na Instagramie. Widziałem, że ostatnio wystawili mi pomnik jak Ronaldo (śmiech). 

No właśnie, mówisz to tak spokojnie. Skąd u ciebie tyle dystansu do tego wszystkiego?

Są granice. Parę razy zdarzyło się, że ktoś wrzucił zdjęcia z moimi dziećmi. Wtedy mocno się zirytowałem. Albo ostatnio, ktoś mi napisał: słuchaj, co ty odpierdzielałeś na Lechu, miałem cię za mega dobrego zawodnika, a teraz tracę do ciebie szacunek. 

No to sorry. Oczywiście, że zawsze miałem sentyment do Poznania, ale teraz, w meczach z Lechem, mam odpuszczać w spornych sytuacjach? Niektóre komentarze są śmieszne. Ale mniejsza część. Często Lewandowski czy Boruc podsyłają mi memy, naprawdę. I razem się z tego śmiejemy. Nie rozumiem jednego. Zrobiłem coś pięć lat temu, od tamtego czasu piłkarze uczestniczyli w piętnastu innych ekscesach, a wszyscy ciągle gadają o mnie. Ale spoko, ja do Turbokozaka przyjechałem taksówką...

Właśnie o to mi chodzi. Dystans i luz. 

Musiałbym obrazić się na cały świat, a to chyba nie byłby najlepszy kierunek. Na boisku już nie jestem taki lajtowy. 

Jeśli na koniec chciałbyś przekazać coś czytelnikom Ekstraklasa Trolls, to masz niepowtarzalną okazję, bo mnóstwo z nich nas czyta. 

Kreatywniej panowie do mojej osoby, kreatywniej! 

***
ZOBACZ POPRZEDNIE ODCINKI SUNDAY TALK:

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...