Nasi za granicą: Jacek Grembocki. "Papież Jan Paweł II załatwił mi umowę w Wenezueli"

03.04.2017
fot. Pressfocus

W ten poniedziałek w "Naszych za Granicą" odwiedzimy kraj, którego na pewno nie kojarzycie z piłką nożną, a już na pewno nie z którymś  naszych piłkarzy. W Wenezueli przez chwilę, ponad dwadzieścia lat temu, bo w sezonie 1995-96, grał Jacek Grembocki. Był przez chwilę, ale anegdotami zapełnił cały zeszyt. O policjantach, którzy grozili mu bronią, zoo szefa czy papieżu Janie Pawle II, który załatwił mu kontrakt. 

Pierwsze skojarzenie z Wenezuelą?

Najwspanialsze wakacje piłkarskie świata.

Dlaczego?

Pojechałem tam tylko dlatego, że kiedy byłem zawodnikiem FSV Frankfurt, klub wpadł w finansowe tarapaty. Poproszono mnie, żebym poleciał na dwutygodniowe testy do Wenezueli. A nuż, może mi się spodoba. Pojechałem i na pewno nie żałuję. Mimo, że nie grałem zbyt wiele. Długo czekałem na specjalny certyfikat. Potem wyrzucono też trenera, który mnie sprowadził, a nowy nie był moim wielkim fanem. Ale to była naprawdę piękna przygoda.

Czytałem, że w wywalczeniu kontraktu pomógł panu... papież, Jan Paweł II. Prawda czy fałsz?

Prawda. Do dziś mam gazetę, w której się o mnie wypowiada. W trakcie moich testów, do klubu zajrzał właściciel klubu, Phillipe Valentiner. Do ośrodka przybył z całą świtą. Chwilę pogadaliśmy, pytał czy jestem chrześcijaninem. Odpowiedziałem, że tak. Uśmiechnął się i poszedł. W tym samym czasie do Wenezueli przybył z pielgrzymką Jan Paweł II. Kiedy Valentiner miał u niego audiencję, pochwalił się, że na testach w jego drużynie jest Polak. Papież powiedział, że rodakowi trzeba pomóc. No i zostałem. Poza mną w Caracas grał Michael Osei z Eintrachtu Frankfurt. Trzymaliśmy się razem, na zgrupowaniach spaliśmy w jednym pokoju. Do dziś utrzymuję z nim kontakt. Teraz jest drugim trenerem rezerw w Eintrachtcie.

Audiencja u papieża? Musiał być jakąś szychą. 

Doktor Valentiner był bardzo bogatym człowiekiem. Miał fabrykę leków i kilka innych działalności, o których nie chciałbym opowiadać. Wielki zwolennik sportu. Właściciel drużyn koszykówki czy baseballu – mistrzów Wenezueli – klubu piłkarskiego i mnóstwa przepięknych obiektów. Wszyscy czuli przed nim wielki respekt. Dzięki niemu FC Caracas tworzyło wielką rodzinę. Jako jedyny z piłkarzy dostałem zaproszenie z okazji Świąt Wielkanocnych do jego wielkiej posiadłości.

Ile sypialni?

Miała kształt litery L. Piękne ogrody, basen, boisko. Nawet mini zoo, a w nim ogromne papugi. W życiu takich nie widziałem. Te z polskich zoo nawet nie mają do nich startu. W jego rodzinie mieli zwyczaj, według którego chowali w ogrodzie prezenty. Dostałem numerek, który powinienem znaleźć. Szukających było kilkudziesięciu, bo właściciel miał ogromną rodzinę. Nie mogłem go znaleźć. Po jakimś czasie wszyscy stoją na tarasie z prezentami w rękach, a ja ciągle chodzę i szukam. Okazało się, że upominek dla mnie był schowany przy zjeżdżalni na basenie. Musiałem dostać podpowiedź, bo słabo mi szło. A dopóki nie znalazłem tego prezentu reszta nie mogła zasiąść do stołu.

Osobisty pomocnik, zaproszenie do domu właściciela. Klub musiał bardzo o pana dbać.

Pewnie. Wszyscy mieliśmy świetną opiekę. Piłkarze mieszkali w bardzo dobrych warunkach. Zazwyczaj mieli apartamenty w wieżowcach, które były chronione przez ochroniarzy z bronią. Najlepsi zawodnicy zarabiali tu naprawdę ogromne pieniądze. Kiedy zobaczyłem, że jeden z naszych miał trzy samochody, nie mogłem wyjść z podziwu. W Polsce żaden piłkarz nie miał nawet jednego takiego auta.

A sam klub? Jak wyglądał od środka?

Był świetnie zarządzany. Żaden z naszych ekstraklasowych zespołów do dziś nie ma takiej bazy, jaką już wtedy miało FC Caracas. Klimatyzowana hala z pełnowymiarowym boiskiem, świetna siłownia, baseny, korty, hala do futsalu, sztuczne boisko. Ponadto, kiedy dużo widzów wybierało się na mecz, graliśmy na stadionie narodowym.  Kiedy mniej fanów kupiło bilety mecze odbywały się na tzw. skałach.

To znaczy?

To był ośrodek zrobiony na zboczach skał. Nawet autobus mieli niesamowity. W tamtych czasach w Polsce nikt nie mógł poszczycić się taką maszyną. Klub pozwalał nam też jeździć do specjalnego wieżowca, żeby rozmawiać tam przez telefon, bo było znacznie taniej. Mocno dbali o nasze zdrowie. Raz, wracając z Argentyny do Wenezueli, gdzie była wielka różnica temperatur, na skórze wyskoczyły mi jakieś plamy. Nigdy wcześniej tego nie miałem. Byłem przeziębiony i to był dodatkowy skutek uboczny. Wysłano mnie do lekarza, a on miał coś w rodzaju laboratorium. Zrobiono specjalnie dla mnie lek, jakąś maść. Przez jakiś czas smarowałem się tym i jak ręką odjął. Nie było po nich śladu.

Przygody trzymały się pana od pierwszego dnia? 

Na ten temat mogłaby powstać komedia. Do Wenezueli leciałem ze wspomnianym Mikiem. Przylecieliśmy bardzo późno, bo z Frankfurtu do Caracas leci się około 10 godzin. Powiedziano nam, że odbierze nas ktoś z klubu, ale nie wiedzieliśmy dokładnie kto to będzie. Wyszliśmy z lotniska, a tam stało mnóstwo taksówek. Zobaczyliśmy gościa, który patrzy na nas i woła: Caracas! Caracas! Pomyśleliśmy, że skoro krzyczy w naszą stronę, to będzie właśnie on. Facet wziął od nas walizki i pyta jeszcze raz. Caracas? Jednomyślnie odpowiedzieliśmy: Caracas. Okazało się, że to był zwykły taksówkarz, a człowiek z klubu przechwycił nas w ostatniej chwili. Poznał nas po sportowych torbach. O mało nie pojechaliśmy w siną dal, nie znając adresu hotelu, w którym mieliśmy spać. Potem opowiadano nam, że taksówki często skręcają w niewiadomym kierunku, a pasażerowie są okradani.

To była jedyna wpadka?

Na początku pobytu drugi trener FC Caracas, który był na stażu w Milanie, zaprosił nas na kolację do bardzo fajnej restauracji. Było tam wszystko: basen, strażnicy którzy pilnowali porządku. Full serwis. Siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy łamanym niemieckim. Trener pytał, czy na pewno sobie poradzę z klimatem. Nie dość, że zazwyczaj jest gorąco, to nie można opędzić się od komarów. Ja mówię twardo, że tak. Nie ma problemu. Wróciłem do hotelu i zdjąłem koszulę, zobaczyłem, że mam całe pocięte plecy. Jakbym miał jakieś uczulenie. Tak mnie te komary pocięły. (śmiech)

Pamięta pan kolegów z szatni?

Jasne, że pamiętam. To jest temat rzeka. Było tam wielu reprezentantów Wenezueli. Nie mieliśmy drugiej drużyny i zwykle trenowało nas około trzydziestu. Starsi piłkarze pomagali młodszym. Nie wywyższali się, mimo że zarabiali ogromne pieniądze. Mieli mieszkania warte 150 tysięcy dolarów, po kilka samochodów. Ci, którzy dopiero zaczynali grać i byli z biednych rodzin, odstawali od reszty. Pod względem ubioru, ale i zachowania. Widać, że dopiero uczyli się życia.

Ze wszystkimi żył pan dobrze, czy trafiały się czarne owce?

Było kilku takich, którzy bali się rywalizacji i nie kumplowaliśmy się. Im gorszym był piłkarzem, tym gorzej nas traktował. Podczas gierek treningowych, grając przeciwko nim, przykładaliśmy się bardziej. Mieliśmy też dwóch graczy z Ghany. Jeden z nich, Ali Ibrahim, był gwiazdą ligi wenezuelskiej. Bardzo nam pomogli w aklimatyzacji. Ja, Mike i ich dwóch, to była nasza paczka. Obaj znali niemiecki, więc było łatwiej nam się porozumieć. Oprócz tego porozumiewali się w pięciu, sześciu językach. Wkrótce zaczęli też mówić po polsku. Można się domyślić jakich słów używali (śmiech).

Jakie zwyczaje panowały na co dzień w klubie?

Szatnia była gigantyczna. Chłopaki robili sobie z taśm boisko, dzielili je na kilka części i grali w siatkonogę. Dwóch na dwóch. Kto wygrywał – zostaje. I tak przed każdym meczem, w formie rozgrzewki. Zawsze przed rozpoczęciem treningu ktoś z klubu przynosił nam ubrania, z każdym możliwym numerem. Po treningu się te ciuchy zdejmowało, a facet je zabierał. Codziennie. W związku z tym, do ośrodka przyjeżdżałem tylko z mydłem i ręcznikiem. A propos. Jedna rzecz mnie bardzo zdziwiła. Jak poszliśmy się kąpać po pierwszym wspólnym treningu, zauważyłem, że wszyscy mają pocięte dupska od zastrzyków. Lewa strona, prawa strona. Tyłki pocięte równo.

Koks?

Nie miałem pojęcia. Później okazało się, że nasz trener od przygotowania fizycznego przywiózł z Włoch jakieś witaminy. Tak przynajmniej mówiono. W trakcie tygodnia każdemu z piłkarzy robił zastrzyk. Mnie również pytał czy chcę, ale odmówiłem. Od dziecka boję się strzykawek. Jak widzę igłę to jest dramat. W Niemczech czy w Polsce taka suplementacja nie była rozpowszechniona. Być może zależało to od warunków klimatycznych. Poza tym, wejść pod prysznic w wenezuelskiej szatni to naprawdę duże przeżycie. Głównie dlatego, że mieliśmy tylko zimną wodę. Z ciepłej nikt nie korzystał, bo po takim upale, każdy chciał jak najszybciej się ochłodzić. Na szczęście treningi odbywały się rano. Bywało, że o dziewiątej miałem wolne.

Na pewno korzystaliście z wolnego dnia.

Kiedy kończyliśmy tak wcześnie, to trzeba było coś robić. Chodziliśmy po centrach handlowych, zwiedzaliśmy Caracas, siedzieliśmy w hotelu. W okolicznych restauracjach zapewniano nam posiłki, abyśmy mogli poznać kuchnię i tradycję. 

Mogliście spokojnie chodzić po mieście czy bez zdjęć się nie obeszło?

W dzielnicy, w której mieszkaliśmy, ludzie szybko nas poznawali, bo wszędzie  chodziliśmy ze znanymi kumplami z Ghany. Pewnego razu pojechaliśmy na drugi koniec Caracas, do chińskiej knajpy. W tamtym czasie na mieście były rozmieszczone posterunki wojskowe, w których sprawdzano paszporty. Było ich bardzo dużo. Najgroźniejsi byli ci, którzy nosili czarne mundury i jeździli na motocyklach. Mieli wielką władzę. Także wojskowi urządzali kontrole. Żołnierze ustawiali ludzi pod murem i wszystkich przeszukiwali. Wtedy udało się uniknąć kontroli i całe szczęście, bo zapomnieliśmy paszportów i mogło być gorąco. Innym razem nie było już tak kolorowo.

 

Zatrzymali was?

 

Wracaliśmy wieczorem z Mikiem z restauracji do hotelu. Wtedy zajechali nam drogę faceci w czarnych mundurach. Wyciągnęli broń i zażyczyli sobie nasze paszporty. Razem z nami był kolega z Niemiec. Znał hiszpański, więc mógł nam pomóc w wyjaśnieniu sprawy. Co zrobił? Poszedł sobie do domu. Tak po prostu. Zostawił nas na łaskę tych ludzi. Na szczęście dali nam spokój, bo tym razem mieliśmy paszporty. Potem klub dał nam wizytówki, żeby potwierdzać naszą tożsamość jako piłkarzy.

 

Jak wyglądało samo miasto?

 

W Caracas były widoczne kontrasty. Z jednej strony ludzie biedni, z drugiej bogaci. Każdy miał telefon komórkowy, samochodów było od groma. Tam, gdzie mieszkałem, stały piękne domy. Ale byłem też w dzielnicach na wzgórzach, gdzie mieszkali ludzie biedni. Przechadzając się tam, musiałem zdejmować zegarek, czy złoty łańcuszek. W klubie bali się, że zostanę ofiarą jakiegoś napadu, więc zostawiałem cenne rzeczy w pokoju. W miejscowych sklepach było wszystko. Były też takie prywatne, z Europy, i tam produkty były droższe. Za coś, co w Niemczech kosztowało trzy marki, tam trzeba było zapłacić dziewięć marek. Trzykrotne przebicie. Pamiętam, że za kilogram mango płaciłem półtora dolara. Teraz kosztuje o wiele drożej, ale to, co sprzedają nam w Polsce, to nigdy nie leżało obok prawdziwego mango. Takie rzeczy zapisywałem sobie w zeszycie. To był taki pamiętnik z Wenezueli.
 

Co jeszcze pan tam zapisywał?

 

To, co widziałem po raz pierwszy, jakieś śmieszne historie. Te zapewniali nam przyjaciele z Ghany. Oni podchodzili do życia na luzie, nie przejmowali się niczym. Przed jednym z meczów znaleźliśmy się w wypasionym hotelu. Dywany takie, że głowa mała. Hilton, pięć gwiazdek. Jesteśmy w restauracji, mnóstwo ludzi dookoła, a jeden z nich smarknął na dywan. Myślałem, że coś mi się przewidziało, ale pozostali szybko go ustawili do pionu.

 

Ten sam gość poszedł ze mną do banku wziąć wypłatę. Nie zwracając uwagi na to, że stoi na środku banku zaczął ładować te pieniądze w gacie. Robił tak, bo bał się, że ktoś mu tę kasę po prostu rąbnie. Innym razem wybraliśmy się do pizzerii. Oni zamówili sobie coś z szynką, a byli muzułmanami. Jeden z nich zaczął grzebać w tym jedzeniu. Patrzy, a tam świnka. Zrobili aferę na całą restaurację. Nie mogłem wytrzymać ze śmiechu, jak jeden tłumaczył drugiemu, że zjedli szynkę. Ubaw po pachy.

 

Innym razem umówiliśmy się, że pozwolą mi zadzwonić do żony z ich komórki. Ja nie miałem telefonu, a te hotelowe były bardzo drogie. Mówili, że mogę śmiało dzwonić, bo to nie będzie dużo kosztować. Po miesiącu przyszedł rachunek na trzy tysiące dolarów. Ostatecznie właściciel klubu odciął im dostęp do komórki.

 

Przypomniała mi się jeszcze jedna historia. Podczas jakiegoś zgrupowania byłem z jednym z nich w pokoju. Ja oglądałem telewizję, a on w tym czasie zaczął się modlić. Powiedział, że mogę wyciszyć, bo jemu to nie przeszkadza. Przerzucałem różne kanały aż stanęło na filmie dla dorosłych. Wtedy zauważyłem, że mój kolega zaczął podglądać co ciekawego leci w telewizji. Najpierw zerkał jednym okiem, a potem przez dłuższą chwilę. I co widzę? Zwinął dywanik i przyłączył się do oglądania. Zamienił modlitwę na kino. Zawsze żartuję, że to był ten moment kiedy religia przegrała z filmem dla dorosłych.

Trochę tego było. Mam nadzieję, że zeszyt z zapiskami ocalał.


Oczywiście, mam go gdzieś w garażu razem z resztą pamiątek z czasów gry w piłkę. Zbierałem niemal wszystkie czasopisma z lat, w których grałem w Ekstraklasie. Tempo, Piłka Nożna, Sport - wszystko to mam u siebie w domu. Dużą wartość ma dla mnie różaniec, który dostałem od papieża kiedy grałem w Lechii Gdańsk. Miałem również mnóstwo koszulek. Choćby tę Ronalda Koemana, z meczu reprezentacji za czasów Andrzeja Strejlaua. W kolekcji był też Zbyszek Boniek z Juventusu, Gordillo z Realu Madryt, Oscar Ruggeri z San Lorenzo, który również grał w Madrycie i był mistrzem świata z Argentyną w 1986 roku.

Niby tak fajnie, niby tak śmiesznie, ale w Caracas grał pan tylko przez pół roku. Dlaczego pan wrócił?

Na koniec sezonu zajęliśmy trzecie miejsce, co równało się brakiem gry w następnym Copa Libertadores. Zwolniono trenera, który mnie ściągnął. Nie ukrywam też, że bardzo tęskniłem za rodziną. Przez pół roku byłem sam. Moje dzieci miały wtedy sześć i 13 lat. Poza tym miałem wakacje życia. Pieniądze jakie zarobiłem były – jak na tamte czasy – gigantyczne, a życie kosztowało stosunkowo niewiele. W hotelu sok z pomarańczy kosztował trzy dolary, a ja piłem go 10 razy dziennie. W takim upale nie mogło być inaczej. Kiedy do klubu przyszła faktura, menadżer nie dowierzał że można tyle tego wypić. Myśleli, że z kimś tam chodzę, a piłem wszystko sam. Potem klub zaopatrzył mnie w wodę mineralną, bo co miesiąc musieli płacić za te soki 900 dolarów.

 

Wszystko na koszt klubu? 

 

Z kombinowaniem przy rachunkach było wiele historii. Szczególnie ci dwaj koledzy z Ghany lubili jeść na rachunek właściciela klubu. Przychodzili do restauracji, brali co chcieli, a zapisywano to na mnie i Mike'a. W pewnym momencie w klubie zorientowali się, że to niemożliwe. Żeby było śmieszniej, nasi przyjaciele przyprowadzali czasem koleżanki i z dwóch osób robiło się osiem. Nas nikt nie obwiniał, ale po pewnym czasie zaczęliśmy podpisywać rachunki, bo jak nasz księgowy oglądał te kwoty to mało nie zemdlał.

Planuje Pan kiedykolwiek wrócić do Caracas?

 

Pewnego razu chciałbym pokazać rodzinie wszystkie miejsca, w których grałem. Jednak widząc to co teraz dzieje się w Wenezueli, to niemożliwe, abym pojechał tam razem z nimi. Dwa lata temu jakaś fundacja oceniła Caracas jako najniebezpieczniejsze miasto świata. Za moich czasów również było nieciekawie.

 

To znaczy? Coś jeszcze oprócz blokad i sprawdzania paszportów?

 

Kiedyś oglądaliśmy w telewizji relację na żywo z jakiegoś napadu. Ludzie błagali napastnika, żeby zostawił ich w spokoju i odszedł. Miałem nadzieję, że wszystko się ułoży, ale ci, którzy mieszkali jakiś czas w Wenezueli, wiedzieli jak to się skończy. Jeden z kolegów powiedział mi, że oni wszyscy zginą. Byłem w szoku. Pokazał mi na ekranie specjalny oddział policji. Mówił, że jak oni wchodzą do akcji, to nie przeżyje nikt, poza nimi. Że nie liczą się z ludzkim życiem. Pamiętam, że wtedy faktycznie wszyscy zginęli. Zarówno zakładnicy jak i przestępca.

 

Takie sytuacje zawsze dają do myślenia. 

 

To mi uświadomiło, że jak bardzo daleko jestem od rodziny, a wokół mnie jest tyle niebezpieczeństw. Innym razem idąc na trening, cała nasza paczka była spóźniona. Denerwowałem się, bo przecież mamy sporo czasu w plecy. Wtedy jeden z Ghańczyków powiedział mi: stary, spokojnie. Gdzie ty się spieszysz? Trening nie ucieknie, a pomyśl co będzie jak będziemy biec i uderzy nas autobus? Od tamtej pory, kiedy nie muszę, to się nie spieszę. Czasami lepiej poczekać, bo za chwilę możesz nie mieć do czego wracać.

 

***
 

ZOBACZ POPRZEDNIE ODCINKI CYKLU:

 


 



Maciej Wałęka
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...