Sunday Talk: Panasewicz o Zarzecznym. "Nie obchodzi mnie, ile wypijał piw. To był talent"

02.04.2017
fot. Pressfocus

Dzisiejszy Sunday Talk będzie wyjątkowy. Tak, jak wyjątkowo smutny dla dziennikarstwa był miniony tydzień. Pierwszy bez Pawła Zarzecznego. Janusz Panasewicz, jego wieloletni przyjaciel, nie mógł być na piątkowym pogrzebie. Spotkał się ze mną dzień wcześniej, w przerwie między koncertami, specjalnie po to, żeby powspominać. To nie jest standardowy wywiad, ale wydaje mi się, że potrzebny i wartościowy. Oddaję głos Panasowi. 

Z Pawłem poznałem się w zamierzchłych czasach, ponad dwadzieścia lat temu. Był taki słynny pub, Guiness. Tam przychodzili piłkarze, dziennikarze, również z Canal Plus, który wtedy wchodził na antenę. Wcześniej czytałem jego teksty. Podpisywał się Paolo River. Od początku uderzyło mnie w nim to, że był bardzo inteligentny, obyty. Wiedział, co dzieje się na świecie, jakie gra się piosenki. Z nim nie rozmawiało się tylko o piłce i George'u Beście. 

Pamiętam na przykład, że pytał, jak piszemy piosenki. Czy najpierw powstaje tekst, czy może muzyka. Tłumaczyłem mu, że w przypadku Lady Pank prawie zawsze zaczynamy od muzyki. Ona inspiruje, dzięki niej pewne rzeczy można sobie wyobrazić. 

Młodzi dziennikarze – Tomek Smokowski i Andrzej Twarowski – znali go wtedy lepiej ode mnie. Mówiąc o Pawle uśmiechali się pod nosem, dając do zrozumienia, że to bardzo dziwny człowiek. Zawsze jak mówiłeś coś "tak", to mogłeś być pewien, że on będzie na "nie". Kontrował zawsze i wszystko. 

To był kontrowersyjny facet. Gdybyś zadzwonił do kogoś innego, to być może na hasło Paweł Zarzeczny odłożyłby słuchawkę. Mnie Paweł interesował, bo był osobowością.

***

Raz na jakiś czas dzwoniliśmy do siebie. Ja do niego, kiedy przeczytałem fajny felieton w "Polska The Times". Pytałem go, skąd ty to wytrzasnąłeś, jak ty to wykopałeś? On też potrafił zadzwonić nawet o ósmej rano, zapytać o coś błahego, czy po prostu pogadać. 

***

Bywało, że miałem do niego pretensje. Kiedyś wywlókł coś o moich dzieciakach. Nie wytrzymałem, wybrałem numer i mówię:

– Paweł, nie cierpię w tobie jednego. Rozmawiamy prywatnie, pleciemy jakieś pierdoły, kompletne głupstwa. Opowiadam ci o swoich dzieciakach, które grają w piłkę. Staram się chronić ich prywatność. Ty później piszesz felieton i to wszystko wyciągasz. Po cholerę?

A on, zupełnie spokojnym i poważnym tonem:

– Panas, taki jest mój styl pracy. Ja jestem dziennikarzem, nie tracę czasu. Każde spotkanie może być wartością, z której skorzystam.

Wiem, że nie tylko ja miałem do niego o to żal.

***

Miałem szczęście, bo poznałem trzech, w moim mniemaniu, wyjątkowych dziennikarzy. Początki Lady Pank – Krzysiu Mętrak. Spotykaliśmy się w Kameralnej. To był dla mnie niesamowity gość. Też młodo zmarł, jeszcze młodziej niż Paweł. Następnym facetem był Janusz Atlas. Mnóstwo z nim przeżyłem.

Kiedyś grałem koncert w klubie „Park”. Siedzimy w garderobie, przygotowujemy się i słyszymy stukot blachy. Ktoś spacerował po dachu. Zamieszanie, ochroniarze biegają, że ktoś próbuje się włamać. Wychodzę na podwórko, a tam Atlas stoi na dachu. I krzyczy do mnie, że nie miał biletu i nie mógł się ze mną skontaktować.

Paweł jest trzecim z takich bardzo wyrazistych dziennikarzy. Wszystkich, niestety, spotkał dość podobny los.

***

Pracowaliśmy razem w Orange Sport. Był taki czas, że raz, dwa razy w tygodniu, spotykaliśmy się na planie. Wchodziliśmy do garderoby, dziewczyny robiły make-up. Wciskali na niego te koszule, marynarki, upinali przy szyi. Nienawidził tego.

– Panas, ty w skórze, a w czym ja mam chodzić? Nie mają na mnie pomysłu, to wciskają mi te koszule.

I przy okazji sprzedawał mi prztyczki.

– Panas, gdzie grałeś w tym tygodniu? Była balanga? Impreza była, nie?

– Paweł, na Boga, spójrz na siebie – odpowiadałem. 

Lubiliśmy sobie dokuczać, ale to było na zasadzie wesołości. Pamiętam jak kiedyś na wizji powiedział:

– Panas, co ty możesz wiedzieć, chłopaku z Mazur. Ja byłem żołnierzem CWKS Legia Warszawa.

***

Przez kilka lat z Pawłem i Januszem Basałajem robiliśmy sportowe podsumowanie roku w Orange. Siadaliśmy w barze, Janusz był barmanem, a my klientami. 

Niewątpliwie nie stronił od alkoholu, ale pamiętam tylko jedną naszą wspólną balangę. Któryś z programów sylwestrowych nagrywaliśmy w PUB-ie. Janusz się śpieszył, więc wcześniej się ewakuował. Na placu boju zostaliśmy ja i Paweł. Dołączyły do nas dwie dziewczyny, trzech chłopaków, bardzo młode towarzystwo. W zasadzie to chcieli przysiąść się do mnie, rozpoznali mnie, ale – jak nie trudno się domyślić – Paweł kompletnie mnie przyćmił i skradł mi show. Do domu wróciliśmy w środku nocy.

To była jedyna nasza wspólna grubsza impreza, nie licząc tych w Guinessie. Imprezowanie z Pawłem polegało na tym, że się po prostu gadało. Cały czas gadał, w międzyczasie przepijając alkoholem. Opowiadał mnóstwo anegdot. Wchodziłeś na jeden temat, a jemu w międzyczasie zawsze przypominało się coś innego. Rozmowy się nie kończyły.

***

Miał tendencje do megalomanii, ale dla mnie to było urokliwe. Pamiętam, że w studio było pięciu rozmówców, każdy coś mówił. Paweł cierpliwie czekał na głos, ale jak już dorwał się do mikrofonu, to nie dość, że powiedział swoje, to jeszcze wywracał program do góry nogami. Trudno było wrócić do wątku, bo Paweł pojechał w inną stronę. Przychodziła przerwa i prowadzący starali się go wyhamować.

– Paweł, przestań, o czym ty gadasz, za dużo, nie dasz innym dojść do słowa.

A on poddenerwowany odpowiadał:

– To mnie nie zapraszajcie. Przecież wiecie jaki jestem.

Zawsze był w centrum zainteresowania, ale miał też ogromną wiedzę. To nie był bełkot. Wszystko popierał faktami, opowiadał dowcipne historie. Nawet jeśli odbiegały od tematu, to słuchało się ich z przyjemnością. Kiedy wsiadaliśmy całym zespołem w autobus i jechaliśmy na koncert, ekipa zawsze dopytywała, czy widziałem się z Pawłem. I wtedy sprzedawałem im wszystkie anegdoty na gorąco. Potem ulatywały. Było ich tyle, że nie byłem w stanie wszystkich zapamiętać. 

***

Paweł stał się niszowy. Jeśli chodzi o poglądy, patrzenie na świat, ale to nic złego. Trudno powiedzieć, czy chciałby być w głównym nurcie. Nie do końca pasował do współczesnego dziennikarstwa. Trochę inna szkoła. Na pewno pojawi się jeden czy drugi fajny dziennikarz z niezłym piórem i pomysłem, ale Paweł Zarzeczny był bardzo oryginalny. Miał szczególny sposób patrzenia na wszystko.

***

Podobnie jak Paweł, za dzieciaka podziwiałem George'a Besta. Przypomniał mi o tym w jednej z audycji. Jaką był osobowością, jak przyciągał tłumy. Paweł spuentował w swoim stylu:

– No właśnie, dokładnie tak jak ja.

Będę o nim pamiętał. Lubił kilka naszych piosenek. Na pewno bardzo, bardzo lubił „Zostawcie Titanica”. Myślę, że grając ten numer na najbliższym koncercie, pomyślę właśnie o Pawle.

Nie obchodzi jak się prowadził i ile piw wypijał dziennie. To po prostu był talent.

SPISAŁ: PIOTR BORKOWSKI

***

W poprzednim odcinku Sunday Talk gościem był były trener Korony Kielce czy Podbeskidzia, Leszek Ojrzyński. Charyzmatyczny trener opowiedział nam między innymi o hazardowej przeszłości jego podopiecznych czy testach syna w Manchesterze United. Kliknijcie w obrazek i czytajcie, jeśli przegapiliście!

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...