Sunday Talk: Leszek Ojrzyński. "Mój piłkarz potrafił przegrać dziesiątki tysięcy w jedną noc"

26.03.2017
fot. Pressfocus

Pracy co prawda nie ma od ponad roku, ale po przejściach w Koronie, Podbeskidziu i Górniku, takie wakacje z pewnością mu się przydadzą. Trzy ekstraklasowe kluby, trzy rządzone przez miasto, które ingerowały w transfery czy nawet... wyjściowy skład. O tym, o kibicowaniu Legii, o karaluchach w jedzeniu na zgrupowaniu w Hiszpanii czy o tym, jak musiał ratować dupy piłkarzy-hazardzistów, porozmawiałem z Leszkiem Ojrzyńskim w cotygodniowym Sunday Talk. 

– Dzwonili z Polsatu, napastowali. Zaraz po wywiadzie właśnie zbieram się do studia. Wczoraj byłem na Radomiaku, bo miałem po drodze wracając z Kielc do Warszawy. Dzisiaj oglądałem syna w Legii.

No właśnie, jak tam jego testy w Manchesterze United?

Dobrze. Dwa treningi dziennie, ze starszymi. W jednym dniu ćwiczył nawet z drużyną U-23. Spodobał się. Mówią, że umiejętności jakieś ma, braków też sporo. Mamy wrócić do tematu, ale wiesz. Każdemu mogą mówić, że spoko, że zadzwonimy. Oficjalnie nikt go wcześniej nie widział, ale szukali i zaufali Dominikowi Jaroszowi, prawej ręce Mariusza Piekarskiego. Nie trzeba było długo czekać i odezwały się inne kluby. Stoke, Liverpool… Zrobił się niezły ruch. Chcieli nawet, żebyśmy zostali na Wyspach.

Czyli jest jakaś szansa na nowego Szczęsnego. Czytałem, że odcina pan syna od mediów.

Raz wziąłem go do radia. Spytałem się czy chce, zaczął ruszać głową. Mówię: dobra, niech zbierze jakieś doświadczenie, zobaczy jak to jest. Ale fakt, generalnie nie chcę, żeby za bardzo się udzielał. Ma na to czas. Sodówka nie śpi, wszystko możliwe. Wiesz, na swojego syna czasami masz najmniejszy wpływ.

Siedzimy obok stadionu Legii. Kiedyś to był pana drugi dom.

Trenowałem trampkarzy, ale nie tutaj, przy Łazienkowskiej, a na Fortach Bema. Daewoo Legia nie miała sekcji młodzieżowych. Byliśmy pod banderą CWKS Legia. A kiedy przenieśli się tutaj, ja poszedłem w inną stronę.

To najważniejszy klub w pana życiu?

Jestem trenerem. Miejsce, w którym akurat cię chcą, zawsze jest szczególne, ale nie można odcinać się od przeszłości. W Legii zaczynałem jako szkoleniowiec. Na Legii oglądałem mecze Pucharu UEFA z Sampdorią, Valencią, Bayernem. Jako kibic na Żylecie. Poza meczem z Bayernem, gdzie było w czapkę i w przerwie z nerwów wyszedłem na kiełbaskę. Akurat wtedy siedziałem pod zegarem. Przyjeżdżałem tutaj jako młody chłopak spod Ciechanowa. Wagarowaliśmy. Środa zawsze była piłkarska. Jeździliśmy samochodem, na własną rękę, ale pierwszy raz byłem tu z wycieczką szkolną. Stary stadion, mokra trawa, jupitery. Coś niesamowitego.

Śpiewał pan mocno?

Były przyśpiewki. Dwie bramki Dziekanowski, dwie bramki Sikorski, Legia będzie mistrzem Polski. Było jeszcze coś o pociągu… Wyleciało mi z głowy. Byłem młodym człowiekiem, fascynowała mnie piłka nożna, a Legia była klubem grającym na arenie międzynarodowej i się mu kibicowało.

Piłkarze, trenerzy czy dziennikarze często kryją się z sympatiami klubowymi. Pan nie ma z tym problemu.

Teraz też kibicuję Legii. Mam tu dużo znajomych. Vuković to był mój zawodnik, w Kielcach kończył karierę. Mój syn gra w Legii. Mógłbym długo wymieniać, trzymam za nich kciuki, co nie znaczy, że traktuję ten klub z taryfą ulgową. W meczach z Legią mam akurat dodatni bilans. Na czas spotkania sentyment przestaje się liczyć.

Nie tak dawno powiedział pan, że pewnego dnia zostanie trenerem Legii i że jest to pana największe marzenie. Nic się nie zmieniło?

Może nie największe, bo kiedyś chciałbym zostać selekcjonerem i pracować w silnej, zagranicznej lidze, ale wiemy, że to ciężki temat. Legia, z uwagi na swoją historię, byłaby fajnym wyzwaniem.

Wspomniał pan o trenowaniu za granicą. Problem w tym, że polskich szkoleniowców tam nie ma, w ogóle. Z czego to wynika?

Odpowiedź jest prosta: sukcesy reprezentacji. Kiedyś byliśmy bardzo mocni. Większość krajów nam zazdrościła, brała z nas przykład. Na bardzo dobrej generacji piłkarzy zyskali szkoleniowcy. Jacek Gmoch, Andrzej Strejlau i tak dalej. W Ekstraklasie też nie było tak, że kto trzy razy prosto kopnie piłkę, ucieka za granicę. Dziś trenerzy klubowi są na straconej pozycji. Do niedawna reprezentacja grała słabo. Dziwne byłoby, gdyby z takiego kraju trenerzy pracowali w silnych, zagranicznych klubach. Jurek Engel odniósł sukces z kadrą, awansował na mundial i potem miał propozycje. Inna sprawa to układy menedżerskie. Wiele innych nacji ma znacznie więcej kontaktów. Serbowie, Chorwaci nie mają z tym problemów. My nie mamy żadnego takiego agenta.

Najbardziej eksponowany jest Cezary Kucharski.

Tak, ale to menedżer jednego zawodnika. Poza tym Czarek miałby ciężko. Kogo ma polecić? Ojrzyńskiego, który z Koroną i Podbeskidziem osiągnął najlepsze wyniki, skoro za granicą nikt tych klubów nie zna? Co ich interesuje piąte czy dziesiąte miejsce w Ekstraklasie? Moje CV musiałoby stanąć w konkury pewnie z jakimiś byłym piłkarzami, uczestnikami mistrzostw świata czy Europy. Tacy, którzy byli dobrymi zawodnikami, mają łatwiej. Pokazali się w zachodnich ligach, coś osiągnęli.

Korona, Podbeskidzie, Górnik. Wszystkie pana byłe kluby z Ekstraklasy były finansowane przez miasta. Pana zdaniem to nie jest problem?

Zależy na kogo trafisz. Jeśli mają do ciebie zaufanie i traktują jak fachowca, to jest okej. Gorzej, kiedy zaczynają się wtrącać, mają inne zdanie. Pojawiają się problemy, nawet złośliwości. Idealny układ to menedżer, czyli prezes, trener i ich współpraca. Ale prezes, który zna się na piłce, sporcie. Nie gość przysłany ze spółki miejskiej, który do tej pory futbol oglądał w telewizji albo i nie, bo miałem takie historie. Prywatni właściciele klubów odpowiadają za każdy ruch, nie zamiatają niczego pod dywan. Nie ma ludzi, którzy są zatrudniani z przydziału politycznego.

A miał pan takie sytuacje?

Miałem, miałem… Mnóstwo problemów, dziwnych rozmów, bezsensownych tłumaczeń.

W którym klubie?

W każdym. Najlepiej było w Podbeskidziu, kiedy prezesem był Borecki, co odzwierciedlały wyniki. Biorąc pod uwagę tylko wiosnę, byliśmy trzeci w Polsce. Potem przyszedł Murapol, miasto, decyzje przechodziły przez mnóstwo osób. Za dużo głów, które chciały mieć wpływy. Najpierw pracę straciłem ja, potem Borecki i zobaczmy do czego to doprowadziło. Nie zawsze się zgadzaliśmy. Kończyliśmy na ostro, bo znalazł się w koalicji kompletnie przeciwko mnie. Byłoby inaczej, gdyby sponsor czy miasto nie wtrącało się tak bardzo.

W Koronie też musiało być ciekawie. Pamiętam, że kiedy tam pracowałem, ówczesny prezes Tomasz Chojnowski miał problemy z wysyłaniem maili i chciał pieniądze od Facebooka za wykorzystanie klubowego herbu na jego własnym fanpage'u.

Na piłce też się nie znał i trzeba było umieć z nim współpracować. Dopóki ufał sztabowi szkoleniowemu, to wyglądało to rewelacyjnie. Później prezes nagle zaczął znać się na piłce, nauczył się wysyłać maile i się posypało. Zajęliśmy piąte miejsce, które było wynikiem ponad stan i w budżecie na kolejny rok również przewidział piątą lokatę. Kompletnie bez sensu. Skończyliśmy na jedenastym i zrobił ze mnie kozła ofiarnego. Ale zostawmy to… Powinni iść do więzienia i tyle.

W międzyczasie w klubie pojawił się nowy dyrektor sportowy, Andrzej Kobylański. Były piłkarz, z doświadczeniem w Bundeslidze. Wydawało się, że to będzie powiew Zachodu.

Też myślałem, że wprowadzi profesjonalizm, a okazał się szkodnikiem. Szybko urobił sobie prezesa. Chodzili na boisko i strzelali sobie karniaczki. Prezes miał radochę, bo stał na bramce, a Kobylański mu strzelał. Mówiono mi, że nie ma pieniędzy, więc brałem piłkarzy z castingu, z niższych lig. Za darmo albo za bardzo małe kwoty. Zaczęły się zgrzyty, bo byłem dogadany z Marcinem Robakiem i Igorem Lewczukiem.

Obaj rzeczywiście mieli szanse trafić do Korony?

Lewczuk nie podpisał kontraktu, bo prezes był zmęczony i nie miał czasu. Robaka zablokował zarząd. Uznali, że w Turcji nie grał. A poza tym był już w Koronie i wiedzą na co go stać. A ja byłem z nim na łączach, chciał grać w Kielcach. Do tego próbowano narzucić mi inne ruchy. To na pewno nie był profesjonalizm. Skończyło się zwolnieniem po meczu na Widzewie, kiedy w upale kończyliśmy w dziesiątkę. To był tylko pretekst, żeby mnie wywalić. Nie było nici porozumienia, robiliśmy sobie na złość. Chciałem Pyłypczuka, nie było pieniędzy. Odszedłem, pieniądze się znalazły.

W jaki sposób wchodzono panu w kompetencje?

Dziś się z tego śmieję, ale wtedy kosztowało mnie to trochę nerwów. Ktoś ci mówi, że ten gość ma grać, bo coś za tym idzie. W każdym klubie mi coś sugerowano, przekraczając pewne granice. Bywały sugestie, że lepiej wystawić tego czy tamtego, ale potem trudno byłoby mi spojrzeć w lustro.

Nie sprawia pan wrażenia układowego gościa, który dałby zrobić z siebie marionetkę.

Wciskano mi jakiegoś piłkarza, ale go odpaliłem, bo na to nie zasługiwał, przez co później musiałem się tłumaczyć. Podjąłem kilka takich decyzji, przez co pewnie nie byłem wzorowym pracownikiem.

Przychodzi prezes Korony i mówi: słuchaj, Leszek, daj zagrać temu, to dla dobra klubu, pan spełnia prośbę. Gdyby tak było, zostałby pan w Kielcach dłużej?

Dłużej, ale nie wiadomo ile dłużej. I tak bym został odstrzelony, bo nie zarządzali tym fachowcy, tylko podpowiadacze, którzy prędzej czy później doprowadziliby do wykolejenia. Nie mógłbym tak. Po to biorę pieniądze, żeby brać odpowiedzialność, a nie być słabym i uległym.

Pamięta pan w Koronie takie wynalazki jak Nikon El Maestro czy Seji Saito?

No jasne, wcisnęli mi ich za mojej kadencji. Pierwszego po jednym treningu oddałem do drugiej drużyny. Z drugim po tygodniu zajęcia prowadził kierownik, bo szkoda było zawracać głowę fachowcowi. To były ruchy, za którymi – jak mi mówiono – miały przyjść olbrzymie pieniądze. Kazali mi ich sprawdzić, zobaczyć. Przytaknąłem. Od trzech miesięcy nie miałem pensji, musiałem walczyć o lepszy hotel na zgrupowanie. Nic mi nie szkodziło. Okazali się bardzo słabi. To już były pomysły doradców z miasta, kompetentnych ludzi, oczywiście w cudzysłowie. Piłkarze też widzieli, kto przychodzi, kogo sprawdzamy, że z łapanki. Odbijało się to na pierwszym trenerze i całym sztabie.

Na poziomie odbiło się też pewnie zgrupowanie Górnika Zabrze w Lloret De Mar. Mnie to miejsce kojarzy się to tylko z Pamiętnikami z Wakacji.

Wiem, bo jak wróciłem, to dzwonili i się śmiali, żebym obejrzał jakiś odcinek i przypomniał, jak tam było. Różnica polega na tym, że oni kręcą to w lato, a my byliśmy zimą. Otwarty jeden hotel, w którym byli sami emeryci. W weekendy gigantyczne przepełnienie. Chciałem od razu się zawinąć, ale prezes uprosił, żebyśmy wytrwali, a potem przestał odbierać telefony. Do dyspozycji niby dziesięć boisk. Niby, bo wszystkie koślawe, niewymiarowe, a większość w remoncie. Zostały te najgorsze. Totalna załamka. Wcześniej fascynowałem się Hiszpanią, zacząłem uczyć hiszpańskiego. Po tym obozie znienawidziłem ten kraj. Do tej pory mam traumę.

Jaki standard?

Miałem pokój, apartament. Łóżko takie, że lepiej nie mówić. Obok białe, ogrodnicze krzesło, na ścianie plama, jakby ktoś rozbił na niej jajko. Najlepszy pokój. Piłkarze podobnie, ale o słabszym standardzie, bo bez krzesełka. Po jednym dniu zrobiłem awanturę i zmieniliśmy piętro. Nikomu nie ubliżając, ale to wyglądało tak, jakbyśmy przyjechali tam do roboty na zbiory.

Jak zareagowali piłkarze?

Myśleli, że robię sobie z nich jaja. Albo, że to cześć planu, bo wcześniej zdarzało się nam spać w trudniejszych warunkach. Specjalnie, chciałem nauczyć ich jedności czy szacunku. Byli przekonani, że taki sam numer, przez jedną noc, odwalam im w Hiszpanii.

Kto to organizował? Przecież za mniejsze pieniądze można byłoby zorganizować wyjazd w inne miejsce.

Mieliśmy lecieć gdzieś indziej, ale nie wyszło, bo to było zaraz po tej serii zamachów w Turcji. Piłkarze się bali, ich rodziny też. Przytaknąłem, dla komfortu psychicznego. Trudno mi do tego wracać, bo od razu kręci mi się w żołądku. To była makabra. Ja z grupami młodzieżowymi jeździłem w lepsze miejsca i trenowałem w lepszych warunkach. To nie był poziom Ekstraklasy, pierwszej czy drugiej ligi. To zgrupowanie wszystko nam rozwaliło, zaczęły się konflikty, sprzeczki. Zawodnicy byli źli. Niektórzy nawet nie mieli dobrze czego zjeść.

Czytałem, że pozwalał pan jeść na mieście.

Na to było stać najbardziej zamożnych. Byli chłopcy, którzy nie mogli pozwolić sobie na wydawanie dziesiątek euro na jedzenie. Dla pozostałych wyżywienie było, ale nie takie, jak powinno. Rzeczy smażone na głębokim tłuszczu i tak dalej. A wcześniej robiliśmy badania na odżywianie, niektórzy mieli specjalne diety, wpajaliśmy zasady. Wszystko na nic. Jeden z piłkarzy w swoim jedzeniu znalazł karalucha. 

Buntowali się przeciwko panu? W końcu – jakby nie było – był pan przedstawicielem zarządu.

Tak i część winy biorę na siebie, bo rzeczywiście tego nie sprawdziłem. Ale organizował nam to człowiek, który do tej pory nas nie zawiódł. Piłkarze nie chcieli ani Turcji, ani Cypru. Chcieli Hiszpanię. Okazało się, że ten facet nawet tam wcześniej nie był. A kiedy dolecieliśmy, przestał odbierać telefony. Zawodnicy mieli pretensje do mnie, a ja do nich, bo uparli się na tę Hiszpanię. Bali się zamachów, a inne drużyny nie miały z tym problemu. Działałem nerwowo, zrzuciłem na nich odpowiedzialność. To ich ubodło i się posypało. W grudniu wybrano mnie trenerem Zabrza, a potem cztery mecze nowej rundy, jeden remis i już jesteś patałachem, którego trzeba wyrzucić. A wiedzieli, jakie miałem zastrzeżenia do obozu. Mam nauczkę na przyszłość. Jakbym się spakował, wrócił, to odbiłoby się echem i nieźle by dostali. Ja chciałem dobrze, wytrwałem i mnie wysiudali.

To była najtrudniejsza szatnia, z którą pan pracował?

Najtrudniejsza.

Pytam, bo słyszałem, że w przeszłości miał pan w drużynie jedenastu hazardzistów.

Wchodziłeś do szatni i z daleka słyszałeś kostki w kubku. Kiedy stawaliśmy na postoju, od razu kierunek do jednorękiego bandyty. I już trzepali. Kilku rzeczywiście było mocno uzależnionych. Trzeba było odciągać, bo widziałem, że piłkarz ma dobrą dyspozycję i nagle schodzi z niego powietrze. A potem dowiadywałem się, że przegrał ileś tysięcy w jedną noc. Zdarzało się, że skończył się trening, a pod klubem czekały samochody z przyciemnionymi szybami. Czekali na piłkarzy, którzy byli im winni pieniądze. Kilka razy musiałem z tymi ludźmi rozmawiać, załatwiać tematy. Obiecywać, że pensja nie pójdzie do rąk zawodnika, tylko bezpośrednio do nich.

Aż tak?

Jeśli jesteś hazardzistą i grasz grubo, to musisz się z tym liczyć. Chcesz się odegrać, musisz pożyczyć. A nie są to kwoty, które da się pożyczyć od babci, dlatego kilku swoim piłkarzom rzeczywiście uratowałem dupy. Jako trener czułem się w obowiązku im pomóc. Niektórym pomogło, innym nie przemówiło do rozsądku.

Dużo luzu zostawia pan swoim piłkarzom?

Jeśli szatnia jest mądra i ma liderów, którzy ją pilnują, to na pewne rzeczy można przymknąć oko. W momencie, kiedy sami nie potrafią się zdyscyplinować – muszę reagować. To są młodzi ludzie. Dasz im palec, urwą całą łapę. Zdarzało się, że musiałem karać finansowo.

Jaka kara była najdotkliwsza?

Na obozie w Turcji trzech albo czterech zawodników dostało po trzy tysiące. Za to, że po umówionej godzinie zobaczyłem ich przemykających się przez hol hotelu.

Przez hol? Niespecjalnie się kryli. Myślałem, że przez okno.

My byliśmy w domkach obok, a oni przemykali przez główne lobby. Nigdy nie wyciągnąłem piłkarza za ucho z imprezy. Były rozmowy, plotki, pomówienia. Kiedy przychodziło co do czego, to nikt niczego nie wiedział. Ale to nie to co kiedyś, kiedy było bombardowanie i inne zdrowie. Potrafili wyjść, wypić, a potem wyjść na boisko i być najlepszymi. Ta generacja już się skończyła. Piłkarze mniej piją. Większym problemem jest internetowy hazard.

Kończąc, jakie ma pan plany? Niedawno stuknął rok bez pracy.

Jeśli dostanę ofertę z Ekstraklasy, to jej nie odrzucę. Trenerów jest coraz więcej, fachowców z zagranicy. Coraz trudniej o pracę i dlatego trzeba ją szanować. Miałem kilka propozycji z Pierwszej Ligi. Na razie grzecznie podziękowałem.

Bywa pan w Kielcach, więc pewnie cały czas obserwuje Koronę. Jakieś obserwacje, przewidywania?

Mają niezłą drużynę. Nie jakąś świetną, ale zawsze to ograni piłkarze. Na ławce tacy Aankour czy Abalo. Nie to, co kiedyś.

Ale zdaje się, że w końcu nastała tam normalność.

Ja też tak myślałem, ale jakby przyjrzeć się temu wszystkiemu, choćby pensjom nowych piłkarzy, to nie do końca. A ja ciągle jestem wrogiem publicznym numer jeden. Chcieli, żebym wrócił, chodziły pielgrzymki, ale Lubawski powiedział, że nie ma mowy. Odchodząc wygarnąłem mu wszystko i to go ubodło. A to mściwy człowiek. 

PIOTR BORKOWSKI

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...