Legenda reprezentacji: kadra Nawałki niczego wielkiego nie osiągnęła

02.03.2017

Kogoś takiego chyba nie trzeba przedstawiać. Wielokrotny reprezentant Polski, złoty i srebrny medalista Igrzysk Olimpijskich, 3 miejsce na Mistrzostwach Świata, członek Galerii Sław Legii Warszawa, trener i selekcjoner reprezentacji… Lesław Ćmikiewicz, jeden z legendarnych Orłów Górskiego opowiada nam m.in. o Kazimierzu Deynie, piłce nożnej na boisku hokejowym, szybkości w dzisiejszym futbolu czy w końcu o sukcesach obecnej reprezentacji.  

Na początek coś prozaicznego, czysta ciekawość. Dlaczego pańska oficjalna data urodzenia (25 sierpnia 1948r.) różni się od tej faktycznej (3 maja 1947r.)?

To nic wielkiego, ojciec mnie później zameldował. Wrocław był wtedy w ruinach, po wojnie, tak się złożyło.

Podobno w wieku 5 lat pierwszy raz uciekł pan z przedszkola, ponieważ trzeba było udać się na drzemkę poobiednią. Było tam aż tak źle?

Pierwszy i ostatni raz, zaznaczmy to. Byłem żywym dzieckiem, nie odpowiadało mi chodzenie za rączkę z panią przedszkolanką. Przerażało mnie to, co dzieje się w przedszkolu, więc od razu uciekłem, a ojciec uszanował to i po prostu już mnie tam więcej nie posyłał. Mieliśmy na peryferiach Wrocławia dom z dużym ogrodem i tam urzędowałem, grałem w piłkę ze starszym bratem i jego kolegami.

Piłka nożna była dla pana zajęciem czysto rekreacyjnym, czy od początku myślał pan o niej jak o przyszłym zawodzie?

Już od przedszkola byłem mocno związany ze sportem, co pokazała ta anegdota z ucieczką. Uprawiałem wszystko, co było możliwe w tamtych czasach. Był oczywiście futbol, ale także czas na sekcję zapaśniczą, szczególnie w zimę, kiedy nie można było grać w piłkę. Nie było hal sportowych, mieliśmy tylko małą salkę zapaśniczą, tam jakoś dawaliśmy radę. Później uczęszczając do szkoły podstawowej grałem w piłkę ręczną. Gdyby były wtedy takie korty tenisowe, jakie teraz mamy, pewnie grałbym w tenisa. W lato głównie piłka nożna, w zimę zapasy, zdobyłem nawet w tej dyscyplinie kółko olimpijskie. Jak się łatwo domyślić, potem piłka nożna całkowicie mnie pochłonęła.

Pański styl gry był rzeczywiście określany jako wszechstronny, solidny, ale także jako nieustępliwy i twardy. Walijski lewoskrzydłowy Leighton James sugerował nawet, że był pan boiskowym prowokatorem.

Nie przypominam sobie tego, dziwie się temu, przecież to oni nas rozbili w Cardiff właśnie twardą grą. Przegraliśmy 2:0 tylko dlatego, że nie podjęliśmy walki. Przed meczem rewanżowym Walijczycy mówili, że wiedzą, jak z nami grać, że oni to wygrają. Nasi trenerzy ładnie wyłapali, że jeśli nie podejmiemy walki, to będziemy mieć bardzo ciężko. Pierwsze 20 minut tego rewanżowego spotkania to była istna rzeźnia. Dzisiaj każdy centymetr boiska jest w oku kilkudziesięciu kamer, wtedy jedna czy dwie umieszczone gdzieś na górze, więc tego nie było na transmisji widać, ale kto się zagapił ten obrywał.

Rzeczywiście było naprawdę aż tak ostro?

Był taki moment, kiedy Robert Gadocha siedział na ziemi, sfaulowany, a Walijczyk podbiegł i kopnął go z „czuba” prosto w kręgosłup. To groziło przerwaniem rdzenia kręgowego! Strasznie brutalny faul. Robert długo nie mógł się podnieść, ale jak już doszedł do siebie to zapytał się mnie kto mu to zrobił. Mówię mu, że Yorath, numer 7. Niedługo potem Yorath miał całą buźkę we  krwi, bo w odwecie  dostał od Gadochy z głowy. Tak się wtedy grało, prowokacje były powszechne, traktowane jako element gry, trzeba było odpowiadać.

Jak to jest, być częścią drużyny osiągającej takie sukcesy? Chyba mogło się zakręcić w głowie, przynajmniej od sławy i rozpoznawalności, bo w tamtym czasie raczej nie od pieniędzy.

Generalnie reprezentacja na MŚ zarobiła 1,25 miliona dolarów. 50 tysięcy poszło do podziału na drużynę. Ci, co grali wszystkie mecze dostali nieco ponad 2 tysiące dolarów. Niewiele, ale nie było aż tak źle, bo nie ukrywam, że dostaliśmy jeszcze pieniądze w złotówkach. Już zdobycie medalu na Igrzyskach Olimpijskich i wygrana z Anglikami w eliminacjach, to były wydarzenia będące swego rodzaju przepustką do tego futbolu światowego, zawodowego. Szczególnie było to jednak widoczne, gdy zajęliśmy trzecie miejsce na Mundialu w 1974r.

Staliście się sensacją. Ograliście Argentynę, Brazylię, Włochy...

To nie był przypadek, byliśmy naprawdę dobrzy. Więc wie pan, kiedy nagle znany klub przyjeżdża, stara się, zabiega o transfer, to chłopakom zaczęło po prostu odbijać, poprzewracało im się w głowie, głównie właśnie przez to zainteresowanie ze strony drużyn europejskich. Dlatego padliśmy w Montrealu, nie wszyscy wytrzymali ciśnienie ciągłych porównań z najlepszymi na swoich pozycjach. 

Czasy były takie, że wyjazd z Polski był praktycznie niemożliwy. Pech. 

Rzeczywiście, w normalnych warunkach cała nasza drużyna na pniu byłaby sprzedana za granicę do topowych klubów zagranicznych. Wiadomo, jak to wtedy wyglądało, durne przepisy były, żeby wyjechać trzeba było je omijać, kto potrafił ten to robił, tak wyjechał m.in. Gadocha, ale nie wszystkim się udało.

Wiadomo, piłka ogromnie się zmieniła, ale może jednak pokusiłby się pan o wskazanie gracza z obecnej generacji o podobnej charakterystyce, czy stylu gry do pana?

Piłka zmieniła się szalenie, za bardzo. Dzisiaj zawodnik na poziomie europejskim potrafi przebiec w jednym meczu  11 czy 12km i to jest norma. Nam też kiedyś zrobiono takie badania, biegaliśmy do 6km. Teraz piłkarz musi mieć przygotowanie niemalże lekkoatletyczne, siła, szybkość. Nie ma czasu nawet na przyjęcie, nie mówiąc o rozejrzeniu się do kogo można zgrać. My ten czas mieliśmy, nasza piłka była bardziej – jeśli można tak to nazwać – romantyczna. Teraz wszystko na biegu, gra na jeden kontakt.

277 spotkań w Legii Warszawa. Było jakieś, które zapadło panu najbardziej w pamięć? Rozgrywał pan takie spotkania jak m.in. potyczki z Milanem czy Standardem Liege.

Myślę, że to z Atletico Madryt było najbardziej emocjonujące, przegraliśmy wtedy przez różnicę bramek strzelonych na wyjeździe, ale wiele było takich spotkań. Mecz ze Standardem był bardzo dramatyczny, szczególnie dla mnie, bo w końcówce oberwałem tak, że pękła mi torebka stawowa, musiałem dograć spotkanie z kontuzją. Starcie z Milanem na San Siro mieliśmy szansę wygrać, graliśmy jak równi z równym, przegraliśmy dopiero po dogrywce . Mecz meczowi nierówny, ciężko z tylu heroicznych bojów na europejskiej arenie wybrać jeden.

Pytanie o najlepszego zawodnika, z którym dane było panu grać będzie zbędne – Kazimierz Deyna deklasuje wszystkich pozostałych. Co sprawiało największe wrażenie jak się na niego patrzyło?

Oprócz Kazimierza Deyny warto wspomnieć, że miałem także przyjemność gry z  genialnym Lucjanem Brychczym. Co wyróżniało Deynę przede wszystkim? Duży spokój, bardzo duży. Kazio był świetny technicznie, oddawał niezwykle precyzyjne strzały, te jego słynne rogale. Równocześnie nie można mu było zarzucić, że jest nieprzygotowany fizycznie. Był fantastycznie przygotowany fizycznie, wydolnościowo. Toczyliśmy kiedyś boje, za trenera Vejvody w Legii,  „1 na 1” na  całe, pełnowymiarowe boisko, to był straszny wysiłek, Deyna to spokojnie wytrzymywał. 

MLS zyskuje na popularności, futbol w Stanach Zjednoczonych znaczy coraz więcej. Jak to wyglądało, kiedy pan występował w USA?

Uprawiałem wtedy zupełnie inną dyscyplinę sportu, nazywaną Indoor Soccer. Grało się na boisku o wymiarach tego hokejowego również z bandami, ale oczywiście ze sztuczną nawierzchnią i bramkami wkomponowanymi w całość, nie można było grać za nimi. Ważną umiejętnością było przewidywanie gdzie odbije się piłka po uderzeniu w bandę, to było bardzo istotne. 

Skąd taka decyzja? Wtedy nie było to chyba wyjątkowo popularne. 

Wyjechałem do Stanów w momencie zakończenia kariery w Europie. Zakończyłem ją ze względu na zdrowie, stawy odmawiały mi posłuszeństwa, byłem źle leczony. W Chicago Horizon, czyli tam, gdzie wtedy grałem, sposobem na leczenie niemal każdej kontuzji był „lód-ciepła woda”. Zacząłem z tego korzystać i tak mi przeszło, nie pozwoliłem sobie już wstrzykiwać tych wszystkich hydrokortyzonów i innych. Do dzisiaj się dobrze ruszam, mamy  stowarzyszenie „Orły Górskiego”, którego z resztą jestem prezesem, nadal się spotykamy, gramy w piłkę.

Czyli byli reprezentanci utrzymują stałe kontakty?

Jasne, jeszcze gramy mecze, ludzie chcą nas zobaczyć. Do tej pory pamiętam, jak rozgrywaliśmy bardzo zacięty mecz, było 1:1 i najstarszy z nas, Janek Domarski, strzelił piękną bramkę na 2:1. Podchodzę wtedy do spikera, który nie był zbyt obeznany i mówię mu, żeby ogłosił, że gola strzelił Domarski, nasz bohater z Wembley i ma już 70 lat. Patrzy się dziwnie na mnie, podchodzi do mikrofonu i ogłasza: „pan Leszek Ćmikiewicz mówi, że pan Domarski ma 70 lat”. Po stadionie przeszła ogromna wrzawa, meksykańska fala, nikt w to nie mógł uwierzyć, że nadal gramy na takim poziomie i możemy wygrywać z młodymi. W miarę upływu czasu coraz rzadziej udaje nam się spotykać, ale podparci młodszymi reprezentantami nadal gramy. Chociaż czasami stanowimy dla nich tło, to zdarza nam się wygrywać. Biorąc pod uwagę, że starszej od nas drużyny w Polsce chyba nie ma – nawet często.

Ma pan za sobą epizod jako selekcjoner reprezentacji Polski. Trzy mecze – trzy porażki. Dokończył pan i tak już przegrane eliminacje do MŚ ’94. Miał pan nadzieję na dłuższy staż?

Nawet nie chciałem stawać się trenerem reprezentacji na tę krótką chwilę. Kiedy Andrzej Strejlau zrezygnował, jako pracownik związku zostałem do tego przymuszony. Nie decydowałem suwerennie o składzie, miałem zadanie budować drużynę dla przyszłego selekcjonera. Krótka przygoda, a ja nie miałem zamiaru jej przedłużać.

Pan jako zawodnik też nie zdobył Mistrzostwa Polski. 

Zgadza się. Ściągnięto mnie do Legii, żeby odmłodzić zespół, bo ta drużyna, która zdobywała mistrzostwo, ze Żmijewskim, Gadochą, Deyną, Brychczym, Trzaskowskim, ona się kończyła. Wszystko trzeba było zaczynać od początku. Zdobywałem wicemistrzostwo, Puchar, ale mistrzostwa ani razu. W tamtym okresie broniliśmy się nawet przed spadkiem.

Bał się pan zakończenia kariery? Spoglądał pan z obawą w przyszłość i zadawał sobie pytanie „co będzie po piłce nożnej”?

Myślałem o tym i w międzyczasie ukończyłem dwuletnie studia trenerskie na AWF w Katowicach. Zbiegło się to w czasie z moim wyjazdem do Stanów. Kiedy zakończyłem karierę, mając 33 lata, nie chcieli mnie w ogóle puścić z Polski. Urząd Kultury Fizycznej nie wyrażał zgody z niezrozumiałych powodów, a ja chciałem wyjechać tylko na trzy miesiące, żeby móc wrócić potem do kraju, dokończyć studia i zdać egzaminy końcowe. Wybłagałem u ministra sportu, żeby mnie puścił i w końcu pojechałem. Półtora miesiąca byłem w gipsie przez kontuzję, klub, który mnie ściągnął do gry w Indoor Soccer, splajtował i nie wypłacił mi pieniędzy. Nie mam się czym chwalić, bywało rzeczywiście ciężko.

Obecnie sytuacja polskiej piłki jest lepsza niż chociażby parę lat temu. Wspominał pan w 2010 roku, że nie dożyje pan czasów, kiedy kawały takie jak ten słynny o Ronaldinho (gra sam przeciwko reprezentacji Polski, w przerwie otrzymuje czerwoną kartkę, wynik końcowy to 1:1), będą odwrotne. Na szczęście, chyba się pan pomylił.

Tak, oczywiście, cieszę się z wyników reprezentacji, mamy teraz zawodników grających w mocnych klubach europejskich. Tym bardziej należy szanować i podziwiać trenera Górskiego, że zbudował taką świetną drużynę z zawodników grających w Polsce. Dziś Lewandowski, Piszczek, Milik mają najlepszych na świecie jako trenerów i kolegów z zespołu. Myśmy wtedy nie mieli takich wzorców, trzeba o tym pamiętać.

Myśli pan w takim razie, że obecna reprezentacja jest w stanie osiągnąć coś fajnego, być może historycznego?

Czy można obecnie cokolwiek przewidzieć? Przewidziałby pan, że Islandia będzie tak grać na Mistrzostwach Europy? Że Węgrzy się pokażą z takiej dobrej strony? Dziś Wyspy Owcze zdobywają punkty, San Marino potrafi zaskoczyć. Stworzyć zespół z 11 ludzi dobrze grających i prezentujących się fizycznie to nie jest wbrew pozorom wielki problem, zainteresowanie piłką jest przeogromne, pieniądze jeszcze większe. Jak na razie, życzyłbym naszej drużynie takiego wyniku jaki żeśmy osiągnęli na Mistrzostwach Świata w 1974r. Jakby nie patrzeć, mamy bardzo dobrych zawodników, ale – może zabrzmi to nieskromnie – nasza obecna reprezentacja jeszcze nic naprawdę wielkiego nie osiągnęła. Mam nadzieję, że wszystko jeszcze przed nimi.

Wszystko w ostateczności sprowadza się do boiska i 90 minut.

Piłka nożna jest grą błędów, jak to kiedyś ktoś pięknie powiedział. Kazio Górski miał wiele fajnych powiedzeń, teraz powszechnych i znanych, że trzeba strzelić jedną bramkę więcej niż przeciwnik, piłka jest okrągła a bramki dwie itp. Pięknie się patrzy na grę Polaków, chociażby w meczu z Rumunami, ale zaraz potem można sobie przypomnieć fatalne spotkanie z Armenią. W obu potyczkach bezcenny był geniusz Lewandowskiego, który powinien być traktowany jako dobro narodowe, widać gołym okiem na boisku, że decyzja o przekazaniu mu opaski kapitana była słuszna. Walczy, stara się, zależy mu na dobru całej drużyny. Takich graczy i takiej mentalności nam potrzeba do osiągania sukcesów.

ADRIAN GĄTAREK

Redakcja
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...