"Potrącisz owcę? Masz przerąbane i musisz zapłacić wysoki mandat"

13.03.2017

Zaczynamy nowy cykl na FirstEleven. "Nasi za granicą", czyli Polacy, którzy grają bądź grali w różnych dziwnych miejscach, będą opowiadać o przygodach w rozmaitych krajach. Nasz pierwszy gość, w odróżnieniu od swojego bardziej utytułowanego rodaka, Łukasza Cieślewicza, dopiero rozkręca karierę na Wyspach Owczych, ale od ukończenia osiemnastu lat jego wartość rośnie z każdym meczem i niewykluczone, że w przyszłości to on będzie wybierany najlepszym graczem ligi. O grze dla reprezentacji Wysp, karach za potrącenie owcy i tym, czego mogą zazdrościć Farerom polscy ligowcy, rozmawiałem z Michałem Przybylskim, zawodnikiem Skála ÍF.

Na początku warto jednak wspomnieć, że dotarcie do piłkarza z Effodeildin - pierwszej ligi Wysp Owczych - nie należy do zadań najłatwiejszych. I nie chodzi tu wcale o niechęć drużyn z archipelagu do dziennikarzy. Wręcz przeciwnie - odpowiedź od Skáli przyszła w ekspresowym tempie. Problem pojawił się jednak w formie tej odpowiedzi:

Jasne, w dzisiejszych czasach wszystko można wrzucić do Google Translate i w momencie czytać już to samo po polsku. Można, jeśli tekst nie jest po... farersku. Tego języka, zbliżonego do norweskiego i islandzkiego, popularny internetowy tłumacz po prostu nie przewiduje. Na szczęście szybko okazało się, że powyższa wiadomość była tylko odpowiedzią wysyłaną przez automat i kilka minut później prawdziwy przedstawiciel klubu odpisał już w nieco bardziej zrozumiałym języku i skontaktował nas z Michałem. 

Okres przygotowawczy w pełni?

Tak, dzisiaj mieliśmy grać sparing, ale odwołali przez wichurę, więc ostatecznie tylko trening. Zresztą to już drugie przekładanie tego meczu, bo sztorm jest u nas od kilku dni.

Przynajmniej od razu się wyjaśniło, dlaczego zaczynacie sezon w marcu.

I tak się cieszymy, że nie ma śniegu. W zeszłym roku tak nas zasypało, że w styczniu w ogóle nie trenowaliśmy. Nie było takiej opcji.

Ratujecie się wtedy obozami za granicą?

Rok temu byliśmy na weekend na Islandii, bo to najpopularniejszy kierunek przedsezonowych wyjazdów w naszej lidze. Łatwo tam dolecieć. Ale to jednak tylko weekend. Przeważnie wszystkie drużyny zostają na miejscu i trenują bez względu na pogodę.

Transfermarkt podaje, że jesteś Farerem. Ile w tym prawdy?

To w ogóle nie jest prawda. Jestem Polakiem. W stu procentach.

Starasz się jednak o duński paszport.

No tak, złożyłem już odpowiednie papiery na policji, ale dowiedziałem się, że na samą decyzję czeka się minimum dwa lata. A tak w sumie starałem się o ten paszport, żeby mieć możliwość gry dla reprezentacji Wysp U21 - Wyspy Owcze są terytorium zależnym Danii. Teraz już wiem, że do tej kategorii wiekowej nie zdążę się załapać.

A miałeś szansę na grę dla tej kadry?

Byłem już powoływany wcześniej do reprezentacji młodzieżowych, ale nie mogłem grać właśnie przez brak tego paszportu. Między innymi trenowałem przez rok w reprezentacji U17 i wszyscy byli przekonani, że jestem Farerem. W końcu mieszkam tu prawie całe życie. Wiedzieli, że mój tata jest z Polski, ale nie wiedzieli, że mama też. Miałem już nawet jechać na turniej i wtedy poprosili mnie o paszport, żeby skopiować z niego zdjęcia. Zdziwili się mocno, kiedy wyjąłem polski i wyjaśnili, że bez duńskiego nie mogę zagrać w oficjalnym meczu.

Zostańmy może na chwilę przy twoim tacie. To dzięki niemu trafiłeś na Wyspy i zacząłeś grać?

Tak, on przyjechał tutaj w 1999 roku i rok później ściągnął nas z mamą do siebie. Zresztą jego przyjazd też był związany z piłką. Był tutaj wtedy polski trener, który szukał zawodników i złożył ofertę między innymi tacie. Tak właśnie trafił do Fuglafjarðar. A ja pamiętam, że w dzieciństwie zawsze jeździłem z nim na treningi do jego następnego klubu – B68 Toftir - i dzięki temu w wieku siedmiu lat zacząłem tam trenować.

Co ciekawe, stamtąd trafiłeś do juniorów głównego rywala – NSI Runavík. Skąd w ogóle wzięła się ta rywalizacja?

Wynika to z położenia obu miasteczek. Stadiony B68 i NSI dzieli w linii prostej niecały kilometr - stojąc na jednym, widać drugi. Mecze między tymi klubami to takie nasze lokalne derby.


Stadiony B68 Tofir (z lewej) i NSI Runavik (z prawej) dzieli... jedna góra (fot. Google Earth)

Przeczytałem, że kilka lat temu po takim właśnie meczu, przez który Toftir spadł z pierwszej ligi, w Runavíku z tej okazji odpalono fajerwerki, które miały być widoczne w sąsiednim miasteczku. To jednostkowy przypadek czy takie uszczypliwości zdarzają się częściej?

Faktycznie, taka sytuacja miała miejsce, ale tylko raz. Najczęściej wśród fanów obu drużyn nie dochodzi do żadnej rywalizacji. Wynika to z faktu, że nie ma u nas takich fanatycznych kibiców, jakich zna się z innych lig europejskich. Te derbowe mecze zawsze były ważne przede wszystkim dla zawodników. Jako że grałem i tu, i tu mogę powiedzieć, że nawet ważniejsze dla piłkarzy z Toftir. Tam bardziej odczuwałem, że zwycięstwo przeciwko Runavík jest prestiżem dla całego zespołu i dla miasteczka.

Michał Istel
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...