MIODUSKI: 80 milionów z Ligi Mistrzów w klubie już nie ma

26.02.2017
fot. Pressfocus

Kontynuujemy nasz cykl materiałów dotyczący konfliktu w Legii Warszawa – #PrawdaOLegii. Dziś wkraczamy z naprawdę mocnym materiałem, którego zresztą się domagaliście. Czym tak naprawdę zajmuje się w Legii? Jakie transfery w jego opinii nie są potrzebne? Co podziało się z pieniędzmi z UEFA, które Legia zarobiła za awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów? Przed wami długi, naprawdę długi, ale chyba najbardziej merytoryczny wywiad, jakiego udzielił Dariusz Mioduski, który przedstawia swój punkt widzenia.  

Przechodził pan już porównywalny biznesowy kryzys?

W biznesie działam od ponad 25 lat i dziwne by było, gdybym nie przechodził kryzysów. Niektóre były bardzo trudne. Miałem do czynienia z różnymi ludźmi, z różnych krajów, kultur, ale zawsze sobie radziłem. Nigdy na przykład nie byłem z nikim w sądzie.

Nigdy?

Przepraszam, raz. Walczyłem o miedzę z sąsiadem, który chciał mi zabrać coś, co nazwałbym ojcowizną, ale ostatecznie też się dogadaliśmy.

To jak to jest: był pan w trudniejszej sytuacji czy nie?

Ta sprawa jest o tyle ciężka, że jest publiczna i dotyczy Legii. Dziś wielu znajomych pyta mnie, jakim cudem, mając takie doświadczenie, zawarłem niekorzystne dla siebie umowy. Rzecz w tym, że ja do Legii nigdy nie podchodziłem jak do biznesu. To bardziej misja, na której nie muszę i nie chcę zarabiać. Moim celem nie jest budowanie własnej legendy. Czuję się bardziej powiernikiem klubu. Legia jest starsza ode mnie i będzie żyła jeszcze długo po mnie, a jej prawdziwi właściciele to cała legijna społeczność.

I nigdy nie pomyślał pan, że można na tym zarobić?

Jestem na takim etapie życia, że pieniądze nie są dla mnie najważniejsze. Zresztą nigdy nie były. W pewnym momencie zrozumiałem natomiast, że dzięki nim mam możliwość realizacji marzeń, pasji. Podszedłem do tego w sposób zbyt ideologiczny. Dziś wiem, że popełniłem błąd, choć na szczęście w głównej kwestii, dotyczącej rozwiązywania potencjalnych konfliktów, zachowałem czujność i dziś mam pełną decyzyjność.

To znaczy?

Zgodziłem się, aby moi wspólnicy uzyskali więcej praw niż wynikałoby to z ich mniejszościowego pakietu udziałów. Podszedłem do tego bardzo po partnersku, zastrzegając tylko, że żadna istotna decyzja nie może być podjęta bez mojej zgody. Nie doceniłem faktu, że w tego typu biznesie kwestie pozabiznesowe, np. ego, często stają się bardzo istotne. Myślę, że to stało u źródeł naszego konfliktu.

Od czego konkretnie to się zaczęło?

Na początku nie było większych problemów. Nie trzeba było wielkiej filozofii i strategii, żeby to poukładać. Po jakimś czasie prosta formuła się wyczerpała, co było widać po wynikach finansowych. W sezonie 2014/15 zanotowaliśmy nawet spadek przychodów, w każdej kategorii. Zaczęliśmy działać przy założeniu, że jak będzie wynik sportowy, to kibice będą nas kochali, a nie rozliczali z braku wizji i strategii.

To naturalne, że jeśli są wyniki, to kibiców średnio interesuje to, co dzieje się w gabinetach.

Rzecz w tym, że należy zarządzać tak, aby Legia nie tylko wygrywała, ale także by w razie niepowodzenia, miała możliwość szybko się podnieść. Dzisiejszy model nie zabezpiecza nas wystarczająco przed takim ryzykiem. Kto wierzy, że sukcesy i propaganda przykryją wszystko, ten się myli. Kibice nie są tacy naiwni, a sukcesy w sporcie nie są sprawą pewną, szczególnie na rynku zdominowanym przez pieniądze.

O co konkretnie chodzi z tą propagandą?

Coraz więcej osób patrzy dziś na klub i pyta – skoro jest tak pięknie i mamy tak gigantyczny budżet, to gdzie są pieniądze, inwestycje, poważne wzmocnienia? To efekt polityki prowadzonej od kilkunastu miesięcy. Długo próbowałem rozmawiać, szukać porozumienia, ale się nie udało więc dzisiaj przydają się postanowienia umowy dotyczące rozwiązywania konfliktu i wykupu moich wspólników.

Panowie Leśnodorski i Wandzel też mają opcję wykupu pana udziałów?

Nie, umowa daje taką możliwość tylko mnie. W przeszłości nauczyłem się, że jeżeli nie ma mechanizmu, który pozwoli rozwiązać konflikt, to w efekcie najbardziej tracą organizacje, których dotyczy spór. A tu nie chodzi o zwykły biznes, tylko o Legię. Wszyscy wiemy, że trwanie w tym pacie jest złe dla klubu.

Rozumiem, że gdyby chodziło o randomową firmę, sprawa byłaby dość prosta.

Nie chcę, żeby klub poniósł koszty zmian właścicielskich. Biznesowo poradziłbym sobie z tym bez problemu. Tu dochodzi jednak szum medialny, upublicznienie, dodatkowa presja. Dlatego uważam, że musimy się dogadać i rozejść na ustalonych zasadach. Szybko i bez szkody dla klubu.

Kiedyś powiedział pan, że nie interesuje pana przeciętność. Że w planach jest wyciągnięcie Legii ponad nią. O co konkretnie chodzi?

Mistrzostwo Polski powinno być dla nas standardem, a jego brak realną wpadką. Wiem, że w kolejnych latach nie będzie nam wcale łatwiej, tylko trudniej, bo poziom naszych największych rywali się podnosi. Dla mnie Legia nie jest projektem jedynie o polskim zasięgu. Postrzeganie jej w ten sposób z góry skazuje ją na przeciętność. Nasza liga jest średniakiem. My, dzięki sukcesowi sportowemu, a także dzięki pracy w Europie, której kibice na co dzień nawet nie widzą, delikatnie się wybiliśmy. Jako klub jesteśmy oczko wyżej niż reszta ligi, ale ciągle jest to poziom mocno średni.

W porządku, więc jaki jest cel?

Legia jako klub z Warszawy i jeszcze dwa, trzy inne z Polski, powinny znaleźć się kilka poziomów wyżej. Nie ma powodów, żebyśmy nie osiągnęli przynajmniej takiego poziomu, jak zespoły w Portugalii, Holandii czy Belgii. Są to kraje mniejsze od nas, które moim zdaniem mają mniej naturalnych talentów. Mówiąc wprost: nie ma powodów, żeby Legii brakowało w elicie europejskiej. Konkurowanie z markami globalnymi pokroju Realu Madryt, Barcelony, Bayernu czy Manchesteru United, w ciągu pięciu najbliższych lat, jest marzeniem ściętej głowy, ale dostanie się do europejskiej elity – dlaczego nie?

Są jakieś wzorce, które ma pan na myśli?

Jesteśmy w stanie wejść trwale na poziom takich klubów jak Benfica, Sporting, Ajax, Celtic czy Anderlecht. W tym sezonie zrobiliśmy krok w tym kierunku. Wygraliśmy ze Sportingiem, postawiliśmy się Ajaksowi. Ale oni są wciąż o poziom wyżej od nas, mają dużo stabilniejszą sytuację finansową, rozbudowany system szkolenia i skautingu. My musimy do nich dołączyć.

Mówi pan jakby to było takie proste, a to marki, które są lepsze właściwie pod każdym względem. Sporo lepsze.

Proszę mi uwierzyć, że to jest do zrobienia. Od strony czysto sportowej robimy to zresztą już od ponad trzech lat stawiając na rozwój. Ściągamy najlepszych zawodników z ekstraklasy i uzupełniamy zagranicznymi transferami, które w sposób realny podnoszą poziom drużyny. Nie chodzi o proste kopiowanie modeli z zagranicy, ale opieranie się o najlepszą dostępną wiedzę i dostosowanie jej do warunków w Polsce.

Mamy dzięki temu jakąkolwiek przewagę?

Musimy opierać się o dostępne nam aktywa. W Polsce najbardziej wartościowymi są 40-milionowe społeczeństwo i utalentowana młodzież oraz naszą mentalność - ambitnych, ciężko pracujących, kreatywnych ludzi. Wiele europejskich krajów marzy o takich warunkach. Nie wykorzystywanie tego potencjału jest wielkim błędem. Dlatego tak często mówię o akademii, o zmianie myślenia wewnątrz klubu. Polscy piłkarze, którzy dziś wybijają się w naszym kraju i zagranicą, nie są owocem systemu. Są jednostkami, które wynikają z ich ogromnej ilości i indywidualnych cech mentalnych. Poprawa systemu szkolenia to pierwszy filar.

A drugi?

Kwestia finansów. Problem znacznie głębszy i trudniejszy. Budowa akademii czy boisk nie jest trudna, tylko kosztuje. Polskie kluby są biedne, więc trudne jest zorganizowanie pieniędzy na infrastrukturę, ale to się da zrobić. Znacznie trudniejsza jest kwestia zwiększenia wpływów komercyjnych z praw medialnych, sponsorów czy też dnia meczowego. Tu kluczem jest zmiana reputacji i postrzegania polskiej piłki klubowej. To się już stało przy okazji reprezentacji. Nie ważne z kim gramy, zawsze jest sprzedany komplet biletów. Coraz poważniejsi sponsorzy są chętni wykładać coraz większe pieniądze. Dlaczego? Bo to im się zwyczajnie opłaca. To samo trzeba zrobić z piłką klubową, szczególnie jeśli chodzi o relacje z partnerami, sponsorami, ale i zwykłymi ludźmi.

Trudne zadanie, bardzo trudne. Znowu – łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić.

Na stadionie musi być miejsce dla wszystkich i wszyscy muszą czuć się na nim dobrze, zarówno kibice z Żylety, jak i rodzice z dziećmi oraz przedstawiciele biznesu. Sponsorzy powinni płacić klubom coraz więcej, dostrzegając w tym wymierne korzyści. Temat, jak spowodować żeby w polskiej piłce pojawiły się o wiele większe pieniądze, które realnie pozwolą nam konkurować z innymi, jest mocno złożony i wymaga rozmowy oraz współpracy mądrych ludzi piłki i biznesu w Polsce. Te dwa poziomy – szkolenie i wizerunek czyli de facto finanse – to fundamenty dotarcia do poziomu przykładowego Ajaksu czy Celtiku.

Da się osiągnąć te cele bez pozyskania zewnętrznego inwestora?

Zakładam, że w pewnym momencie Legia może potrzebować kogoś, kto pozwoli jej wejść na wyższy poziom. Dzisiaj jest jednak jeszcze bardzo wiele możliwości poprawienia sytuacji organizacyjnej, sportowej i finansowej klubu, a przez to podniesienia jego wartości, co pozwoli na zaproszenie poważniejszego inwestora, z poważniejszymi pieniędzmi. Gdy słyszę np. o pomysłach upublicznienia spółki na giełdzie, żeby pozyskać kilkanaście milionów złotych, to pytam, co to da? W tym sezonie otrzymaliśmy już ponad 80 mln zł od UEFA. I co?

No właśnie, co?

Tych pieniędzy już nie ma, a nie zrobiliśmy żadnego istotnego skoku jakościowego ani pod względem sportowym, ani infrastrukturalnym. Najpierw trzeba przestać żyć na kredyt przyszłych sukcesów i mądrzej zarządzać budżetem, który i tak w polskim warunkach powinien pozwolić nam być liderem w lidze.

Rzeczywiście, nie jest to wielka filozofia i każdy inteligentny człowiek mógłby wpaść na coś podobnego. Pytanie: czy w Legii wszystko było robione z planem i wizją? Ostatnio w programie „Cafe Futbol” dyrektor sportowy, Michał Żewłakow, w kontekście Chukwu powiedział, że to nie był moment na analizowanie ryzyka jego transferu.

Bardzo cenię Michała. Ma potencjał żeby być bardzo dobrym dyrektorem sportowym, głównie ze względu na swoje rzadkie umiejętności „miękkie”. Jest lubiany, inteligentny, potrafi się odnaleźć w różnych sytuacjach i środowiskach, mówi w kilku językach, a do tego był świetnym piłkarzem. Jedyne, czego mu jeszcze brakuje i czego nie ma od kogo się nauczyć, to warsztat techniczny bycia dyrektorem sportowym. Bo jeżeli dyrektor sportowy największego klubu w Polsce mówi, że nie jest potrzebna strategia, że działamy intuicyjnie, może wyjdzie, może nie wyjdzie, to znaczy, że z organizacją jest coś nie tak.

Co pana zdaniem należy zrobić, żeby dyrektor mógł pokazać, że jest w tym naprawdę dobry?

Przy odpowiednich schematach i ocenie ryzyka, pracowałoby się mu lepiej. Dziś musi się modlić, czy zawodnik odpali, czy nie. Brakuje systemu, na którym może oprzeć swoje decyzje, które go obronią. Transfer nie wypali? Jest analiza, co zrobiliśmy źle. Uczymy się, poprawiamy. I zmniejszamy ryzyko w następnym przypadku. Niektórzy mówią, że to robienie z klubu korporacji. Bzdura. Tak działają wszystkie poważne kluby na świecie. To jest po prostu profesjonalizm. Wyczerpaliśmy już potencjał rozwoju w oparciu o intuicję.

Załóżmy, że w tym sezonie Legia nie zdobędzie mistrzostwa Polski. Albo gorzej: nie zakwalifikuje się do europejskich pucharów. Co wtedy?

W przypadku drugiej opcji mielibyśmy poważny problem. Od kilku lat nasz budżet opiera się o grę w fazie grupowej Ligi Europy. Jeżeli się nie uda, to nasze koszty znacznie przewyższą potencjalne przychody. Trzeba byłoby podejmować trudne decyzje. Na pewno nie bylibyśmy w stanie utrzymać obecnego składu. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale musimy się przygotowywać na różne scenariusze, bo kolejne lata będą dla nas trudne. Zmiana formuły kwalifikacji do Ligi Mistrzów oraz fakt, że w polskiej lidze kluby podnoszą swoją jakość oznacza, że powtórzenie wyników z ostatnich lat będzie dla nas dużo większym wyzwaniem.

Opieranie budżetu na czynniku raczej losowym, jakim jest wygranie czy przegranie meczu, jest standardową praktyką? W Lidze Mistrzów Legia znalazła się być może tylko dlatego, że wylosowała Dundalk. Najsłabszego przeciwnika, z którym i tak niesamowicie się męczyła.

To, że wylosowaliśmy Dundalk wynikało z rozstawienia, na które drużyna ciężko zapracowała w poprzednich sezonach, więc nie możemy tu mówić jedynie o szczęściu. Na pewno jednak nie powinniśmy budować budżetu z założeniem gry w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Tym bardziej, że przed nami ostatni sezon z realistyczną szansą na kwalifikację. Nie chcę dzielić skóry na niedźwiedziu ale zakładam, że wygramy Mistrzostwo Polski i znów zostaniemy rozstawieni. Oznacza to, że będziemy trafiać na teoretycznie słabszych, ale od kolejnego sezonu będą to już przeciwnicy znacznie lepsi i z budżetem kilkukrotnie przewyższającym nasz. Wtedy zamieni się to w kompletną loterię i nie będziemy mogli zakładać, że awansujemy do fazy grupowej. Ryzyko związane z konsekwencjami byłoby zbyt duże.

Jakie jest minimum?

Mistrzostwo Polski i faza grupowa Ligi Europy. To akceptowalny poziom ryzyka, z którym możemy sobie poradzić, nawet w momencie niepowodzenia. Zakładam, że taka wpadka może przytrafić się maksymalnie trzy razy w ciągu najbliższych dziesięciu lat i musimy być na to przygotowani od strony finansowej. Naszym celem jest walczyć o awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów każdego roku i jeśli to się uda, nadwyżkę środków będziemy inwestować w jakość drużyny i fundamenty klubu.

A jak sprawa budżetu wygląda dzisiaj?

Dziś problem polega na tym, że nasz budżet kosztowy przekroczył to, co zakładaliśmy, czyli grę w Lidze Europy. Fakty są takie, że jeżeli Legia nie zakwalifikuje się do Ligi Mistrzów, to zachwieje to naszą sytuacją finansową i będzie to odczuwalne. Żeby tego uniknąć, w Lidze Europy musielibyśmy dostać się do ćwierćfinału albo jeszcze wyżej.

Mówi pan, że brak kwalifikacji do fazy grupowej Ligi Mistrzów będzie odczuwalny. Jak konkretnie?

Cięcie kosztów. Trzeba będzie podjąć decyzję, czy sprzedawać piłkarzy. A wiadomo, że ci, na których można zarobić, to ci najlepsi. Gwarantuję, że strasznie trudno ściąć koszty np. Steevena Langila. To graniczy z niemożliwością. W takiej sytuacji bardzo łatwo ściąć koszty, ale Vadisa Odjidja-Ofoe. Tylko, że bez niego nie będzie już tej samej drużyny i musimy zrobić wszystko, żeby uniknąć takich decyzji.

Czegoś nie rozumiem. Przecież Legia przed momentem grała w Lidze Mistrzów, a za tym idą olbrzymie pieniądze. Dlaczego w ogóle poruszamy temat cięcia kosztów i wyprzedaży najlepszych piłkarzy?

Na stulecie klubu musieliśmy zrobić wszystko, żeby wygrać mistrzostwo i podjęliśmy ryzyko, które ja również akceptowałem. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Zaległości powstały już rok temu, podczas poprzedniego zimowego okienka. W kolejnych okresach transferowych wydawaliśmy jednak coraz więcej. Koszty rosły dramatycznie. Dlatego istotna część pieniędzy, które dostaliśmy z racji gry w Lidze Mistrzów, została przeznaczona na spłatę wcześniejszych zakupów.

Ale Legia finalnie dotarła do fazy grupowej, więc się udało.  

Dziś można powiedzieć, że finalnie się opłaciło, ale wszyscy wiemy, jak blisko było, żebyśmy nie awansowali. Powstaje pytanie, czy przy lepszym zarządzaniu nie można było zrobić tego bez aż tak dużego ryzyka? I po drugie, czy nie powinniśmy tak zarządzać finansami, aby część kwoty przeznaczyć na inwestycje oraz dalsze wzmocnienia?

Czyli rozumiem, że w tym momencie pieniędzy za Ligę Mistrzów w kasie już nie ma?

Wszystkie pieniądze, czyli 80 milionów zł, które do tej pory dostaliśmy od UEFA, zostały wydane. W czerwcu dostaniemy jeszcze 20 mln zł. Spłaciliśmy za to wcześniejsze zobowiązania i dzięki temu klub jest obecnie w dobrej kondycji finansowej, ale koszty jego utrzymania wzrosły bardzo istotnie. Oddaliśmy też 20 z 50 mln zł z długu klubu wobec ITI. Cała reszta była spłaceniem wcześniejszego życia ponad stan. W efekcie żadne istotne pieniądze nie zostały przeznaczone na coś, co rzeczywiście wpłynęłoby na rozwój klubu.

Na przykład?

Umawialiśmy się, że jeśli w ciągu kilku lat uda nam się zakwalifikować do Ligi Mistrzów, to przychód z tego tytułu zostanie przeznaczony na rozwój. Na budowę fundamentów, które pozwolą nam lepiej funkcjonować i gonić silne europejskie kluby. Mówię tu przede wszystkim o inwestycjach w szkolenie, trenerów i rozwoju sieci skautingu. Mimo, że tegoroczny budżet jest o sto milionów wyższy, niż w roku poprzednim, nie ma na to pieniędzy.

Czyli co z punktu widzenia właściciela klubu przyniosła Legii Liga Mistrzów?

Pozbyliśmy się bagażu z poprzednich lat. To ważne, bo gdyby nie te pieniądze mielibyśmy dziś gigantyczny kłopot. Ale czy jesteśmy lepsi sportowo? Czy jesteśmy inną, znacznie lepszą organizacją? Nie, jesteśmy dokładnie tam, gdzie byliśmy rok temu. Pokazaliśmy się też trochę w Europie. Od dobrej, sportowej strony, mimo trudnego początku, ale także od złej, bo wszystko to, co doprowadziło do meczu z Realem Madryt przy zamkniętych trybunach, niestety cofnęło nas reputacyjnie o kilka lat.

A co konkretnego zrobił pan, żeby było inaczej? Wiele osób zarzuca, że pełni pan funkcję reprezentacyjną.

Od trzech lat moje życie toczy się praktycznie tylko wokół Legii. W klubie nie zajmuję się codziennym zarządzaniem, bo od tego jest zarząd. Tak się zresztą umówiliśmy. Ja działam w innych obszarach. Wcześniej, przed wybuchem konfliktu, pracowałem nad strategią dotyczącą rozwoju sportowego i komercyjnego. Czymś, co musi powstać, żeby wszyscy w klubie wiedzieli, w którą stronę idziemy i jak zamierzamy tam dojść. Przy tej pracy odbyłem niezliczoną ilość spotkań i mniej lub bardziej formalnych rozmów na różnych szczeblach w klubie, do którego przychodziłem kilka razy w tygodniu.

Ciekawe, bo to był największy publiczny zarzut. Że nie bywa pan w klubie, że pojawia się tylko na trybunie VIP podczas meczów.

Jestem większościowym właścicielem i choć nie wnikałem w szczegóły operacyjne, to we wszystkie strategiczne procesy decyzyjne byłem włączony. Zawsze też bardzo angażowałem się w sytuacjach kryzysowych. Po pamiętnym meczu z Jagiellonią albo wpadce z Celtikiem, byłem na pierwszej linii frontu, występowałem publicznie w imieniu klubu i pukałem do wszystkich drzwi, aby rozwiązać nasze problemy. Choć nigdy nie starałem się wchodzić w rolę prezesa, to zajmowałem się też kilkoma sprawami operacyjnie. To obszary, których przeciętny kibic często nie widzi. Pierwszy dotyczył projektu kompleksu sportowego, w tym akademii.

Która jednak nie powstała.

Stworzyłem bardzo dobry zespół, który pracował i w części cały czas pracuje głównie tym projektem. Trzeba pamiętać, że projekt akademii to nie tylko budowa infrastruktury. Nawet ważniejszy jest projekt ludzki i system funkcjonowania, bo to na końcu zapewnia jakość. W tym zakresie zmiany są zawsze najtrudniejsze. Prawie rok zajęło nam przygotowywanie sprawy Sulejówka. Już wszystko było gotowe, ale finalnie lokalne spory polityczne zaprzepaściły projekt. Potem zaczęliśmy rozmawiać z Grodziskiem Mazowieckim.

I jak wygląda dzisiejsza sytuacja?

Mamy ziemię, finansowanie i do tego pozwolenie na budowę, projekty architektoniczne, porozumienia z gminą. Wszystko jest gotowe albo mocno zaawansowane, chociaż jest jeszcze kilka ważnych rzeczy do załatwienia i szkoda straconych ostatnich miesięcy. W ostatnim czasie robiliśmy też audyt akademii i wiemy co trzeba zmienić, poprawić. Pracuje tam wielu zdolnych ,młodych ludzi z wielkim potencjałem, ale od strony zarządzania jest wiele rzeczy do zrobienia.

Okej, akademia to pierwszy projekt. Co jeszcze?

Osobiście zaangażowałem się w stworzenie Fundacji Legii. Mam przekonanie, że Legia powinna być aktywna nie tylko w wymiarze sportowym, ale także społecznym. Stoczyłem niełatwą wewnętrzną dyskusję, przeforsowałem struktury i stworzyliśmy fundację z prawdziwego zdarzenia. Moja żona zaczęła nią kierować, codziennie w pełnym wymiarze godzin, oczywiście charytatywnie. Zorganizowaliśmy wiele dużych imprez, ale też takich, o których wiedzą głównie ich beneficjenci. Może się to niektórym wydawać mało istotne, ale to niezwykle ważny projekt, z którego jestem bardzo dumny. I ostatnia sprawa, której nie dostrzega już kompletnie nikt, czyli obszar europejski.

Ktoś panu zarzucił, że lata pan biznes klasą po spotkaniach i niewiele wnosi to do życia codziennego klubu. Jak jest naprawdę?

Jestem osobą, która woli opowiadać o swoich działaniach, po tym, jak już są wykonane. Może to błąd, bo w efekcie niewielu wie co udało mi się, wraz z kilkoma zaangażowanymi osobami, osiągnąć w ciągu ostatnich dwóch lat.

Szczerze mówiąc ja też nie do końca wiem, ale chętnie się dowiem.

Budowaniem relacji w Europie zająłem się po sprawie z Celtikiem. Wtedy zrozumiałem, że musimy być w środku decyzyjnych organizacji, musimy wiedzieć jak one funkcjonują, jak się tam poruszać. Do ECA wszedłem jako normalny członek. Po pół roku systematycznej pracy wystartowałem w wyborach do zarządu. Musiałem przekonać kilkudziesięciu szefów europejskich klubów, żeby na mnie zagłosowali. Udało się. Kosztowało mnie to kilkanaście miesięcy wyjazdów, spotkań i ciężkiej pracy, za którą nie otrzymuje się oczywiście żadnego wynagrodzenia. W efekcie dziś jestem w gronie czternastu osób, z których reszta reprezentuje największe kluby świata.

Brzmi nieźle, ale jakie konkretne korzyści przynosi to Legii?

Nagle pojawił się tam klub z Polski, funkcjonujący we wszystkich istotnych komisjach, grupach roboczych i organach decyzyjnych z bezpośrednim kontaktem w najważniejszych władzach europejskiej piłki. Oczywiście nie reprezentuje tam tylko interesów Legii, ale wielu klubów w podobnej sytuacji, włącznie z klubami polskimi. Negocjacje, chociażby odnośnie większych pieniędzy dla Ligi Europy w kontekście zmian formatu rozgrywek europejskich, to nie była łatwa rzecz. Dzięki temu, że jesteśmy w tych strukturach, Europa zaczęła traktować Legię i polskie kluby poważniej.

Drażni pana ten temat?

Nie opowiadam, nie chwalę się tym na Twitterze. Boguś wychodzi i mówi, że nie wie, co ja tak naprawdę robię w tej Europie. Wiem, że po części zrobił to celowo, bo nasz konflikt uwalnia czasem niepotrzebne emocje po każdej stronie. Ale on rzeczywiście chyba tego nie doceniał. Prawda jest taka, że bez takich działań, będziemy zaściankiem wielkiej piłki. Jeśli chcemy być częścią elity, to musimy funkcjonować na jej poziomie. Trzeba mieć kontakty i wiedzę. Niedługo wsiadam do samolotu, poświęcam czas i lecę na ważne spotkanie, kolejne trudne rozmowy dotyczące zmian w europejskiej piłce. W poniedziałek do Madrytu. Piękne miasto, ale nie jadę zwiedzać, tylko na kolejne spotkania. Żeby było jasne: Legii to nic nie kosztuje, ECA zwraca część kosztów służbowych, a za resztę płacę sam.

Ciekaw jestem jeszcze w jaki sposób funkcjonuje dziś Legia, w kontekście sporu właścicielskiego. Na przykład zimowe transfery. Miał pan na nie jakikolwiek wpływ?

Nie, ale nadzorował je zespół ludzi, którym ufam. To, co mi się nie podoba, nie jest kwestią samych zawodników. Zobaczymy, mam nadzieję, że Necid odpali, może potrzebuje czasu, niczego nie przesądzajmy. Problem w tym, że jeśli rzeczywiście odpali, to co nam to da? Okej, może dzięki temu wygramy jeden czy drugi mecz. Z punktu widzenia budowy klubu, nie jest jednak realną wartością, bo jest u nas na wypożyczeniu, a koszty jego utrzymania są bardzo wysokie.

Nie ma szans na transfer definitywny?

Z podpisanych dokumentów to nie wynika. Chłopak pewnie się u nas odbuduje, a korzyści będzie miał ktoś inny. Podobna sytuacja jest z Kazaiszwilim. Ten chłopak ma to „coś”, ma talent. To było widać już w Amsterdamie. Ale nawet jak w końcu w pełni odpali, to po zakończeniu sezonu też go u nas nie będzie. Można go kupić, ale cena to ponad dwa miliony euro. Czy to jest filozofia transferowa? Po prostu bierzemy ich, dajemy się odbudować i oddajemy. Tak nie buduje się wartości klubu.

Ostatnia kwestia to kibice. Nie obawia się pan, że po ewentualnym przejęciu klubu, staną przeciwko panu?

Dlaczego miałbym się bać?

Bo większość wspiera Bogusława Leśnodorskiego.

Przecież to ja od trzech lat jestem większościowym akcjonariuszem i dotąd nie dałem kibicom powodu, aby stanęli przeciwko mnie. Uważam, że po przejęciu całości pakietu nasze relacje mogą być tylko lepsze, bo lepiej mnie poznają. Wbrew temu, co próbuje się o mnie mówić, atmosfera na stadionie to esencja Legii i nie mam żadnych zapędów korporacyjnych.

Nie będzie zmiany sposobu dialogu z kibicami?

To był kierunek, który przyjęliśmy wspólnie z Bogusiem. Nie ma innej drogi. Kibice są kluczem i chcemy mieć z nimi jak najlepsze relacje.

Są kluczem, to jasne, ale chyba nie wszyscy. Sam pan wspomniał o Jagiellonii, Borussii. Nie zawsze było kolorowo. 

To, czego nie akceptuję i nie będę akceptował, to bandyterka, chamstwo, przemoc. Liczebnie to nie jest aż tak wielki problem. A normalni kibice, którzy wierzą w Bogusia… Ja też wierzyłem i dlatego miał taką pozycję, jaką miał. Uważam, że zrobił dobrą robotę, ale po drodze ktoś nas poróżnił i nadszedł czas na zmiany. Gdybyśmy byli we dwójkę, to jestem pewien, że byśmy się dogadali. Od dawna przekonywałem, że Boguś powinien ze mną zasiadać w radzie nadzorczej i nadzorować klub z pozycji współwłaściciela. Niestety, podjął inną decyzję.

W porządku, kończąc zapytam, co zmieni się w Legii, jeśli przejmie pan sto procent akcji. Krótko i wprost, bez wchodzenia w szczegóły. 

Długoterminowo Legia będzie z roku na rok coraz silniejsza i mam nadzieję, że bardziej dominująca w lidze i lepiej zarządzana. Będziemy coraz ambitniej walczyć w Europie, aby na stałe stać się członkiem grupy 30, 40 najlepszych europejskich klubów. Stworzymy też jedną z najlepszych akademii piłkarskich w regionie, a także zainwestujemy w profesjonalny, nowoczesny skauting. Bardzo intensywnie zabierzemy się za poprawę działalności biznesowej, nasze relacje ze sponsorami i partnerami. Jestem pewien, że w stosunkowo niedługim czasie nie będziemy potrzebowali awansu do Ligi Mistrzów aby mieć przychody na poziomie zbliżonym, lub wyższym do obecnych.

Brzmi pięknie, nawet trochę utopijnie. A personalnie? Mówi się o lawinie odejść.

Bezpośrednio po przejęciu klubu kilka osób, emocjonalnie związanych z Bogusiem, pewnie odejdzie. To normalne, mają do tego prawo, nikogo nie będę na siłę zatrzymywał, ale zdecydowana większość zostanie. To, co się z pewnością zmieni się, to fakt, że prezes i zarząd nie będą gwiazdami. Będą skoncentrowani na pracy, aby prawdziwe gwiazdy, czyli trener i piłkarze, mieli jak najlepsze warunki do zwyciężania.

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...