Kiedyś sprzedawał buty z bagażnika malucha. Dziś ma największy piłkarski sklep w Polsce

23.10.2017

Marzył o spełnieniu marzeń ojca i zostaniu wielkim bramkarzem. Jego życie do góry nogami wywrócił... sprzedawca butów, którego jako nastolatek spotkał pod stadionem Widzewa. Zaczęło się od dwóch par, skończyło na kilku tysiącach i jednym z największych sklepów w Europie. Niesamowita historia właściciela firmy R-GOL.com, Marcina Radziwona. 

Przeszedłeś drogę od piłkarza do piłkarskiego biznesmena. Drogę nieprzypadkową.

Urodziłem się w piłkarskiej rodzinie. Tata był trenerem i chciał, żebyśmy zostali sportowcami. Nauczył nas determinacji do zwycięstw i wyciągania wniosków z porażek. Mama wzięła na siebie wartości i sferę duchową, co cały czas wykorzystuję w swojej działalności. Dziś całą czwórką – ja i trójka braci – działamy w R-GOL-u. Bardzo liczy się dla nas atmosfera, charakter ludzi, z którymi pracujemy. Wolę mieć dobrego człowieka, z którego zrobimy super fachowca, niż świetnego fachowca, który nie jest dobrym człowiekiem. Na początku nie było lekko. Właściwie to lekko nie miałem od urodzenia.

To znaczy?

Urodziłem się w słabym stanie, z wylewem krwi do mózgu, z martwicą, z niedotlenieniem organizmu. Dostałem jeden punkt w Skali Apgar, także moje życie od początku było mocno zagrożone. Było ryzyko, że nie będę do końca normalnym człowiekiem, chociaż niektórzy moi znajomi mówią, że rzeczywiście nie jestem do końca normalny, więc coś w tym jest.

A propos wartości. Słyszałem, że nie do końca pasowałeś do piłkarskiego świata, który w dużej mierze jest po prostu zepsuty.

Wartości moralne, wiara. To są moje drogowskazy. Tak zostałem wychowany i w moim przypadku świetnie się to sprawdza. Nie zakładajmy, że świat piłki jest aż taki zły. Czasem fajnie dobrym przykładem wskazać komuś właściwą drogę. Ja jako piętnastoletni chłopak wyjechałem z domu, bo bardzo chciałem być piłkarzem. Trafiłem do juniorów Widzewa Łódź. Mieszkałem kilkaset kilometrów od domu, co było ciężkim przeżyciem. Do rodziny wracałem raz na trzy miesiące, a tak pozostawał kontakt telefoniczny. Przez sąsiadów, którzy grzecznościowo udostępniali mi aparat. Umawiałem się na konkretny dzień, godzinę. Przez cztery lata mieszkałem na stancji.

Ponoć jej standard – mówiąc delikatnie – nie był przesadnie wysoki.

No tak, klasyczna kamienica w standardowej łódzkiej bramie. Pokój wynajmowałem u starszej pani i czasami faktycznie nie było lekko. Do dziś pamiętam, że kiedy odrabiałem lekcję, chuchając widziałem parę z ust. Już w tamtych czasach dostawałem pierwsze propozycje alkoholu, papierosów i innych tego typu rozwiązań, ale zasady, które wpajano mi w domu, nie pozwoliły mi zejść na złą drogę. Co więcej, mam wrażenie, że z czasem dzięki temu wyrobiłem sobie szacunek u innych. Bo miałem własny pogląd na życie i  własne zasady.

Nie było trudno iść pod prąd? Dziś piłkarze mają większą świadomość. Ania Lewandowska i tak dalej. Wtedy tego nie było.

Moje motto brzmiało: chcesz być piłkarzem, nie pij i nie pal. I tego się trzymałem. Nie było Ani Lewandowskiej, ale do klubu przychodził dietetyk i mieliśmy wykłady z żywienia. Już wtedy, na tej stancji, sam gotowałem sobie rano owsianki, różnego rodzaju dietetyczne rzeczy, pod piłkę, po to, żeby osiągnąć cel, którego notabene nie osiągnąłem.

Żałujesz?

Nie żałuję. W Widzewie zdobyłem wicemistrzostwo Polski i trzecie miejsce juniorów, razem chociażby z Mirkiem Szymkowiakiem. Kilka razy trenowałem z pierwszym Widzewem, który w tamtym czasie występował w Lidze Mistrzów. Łapałem piłki ramię w ramię z Andrzejem Woźniakiem czy Maciejem Szczęsnym. Wszystko pod okiem Franciszka Smudy, który dziś na pewno mnie nie pamięta. Wydaje mi się, że jak na swój wzrost i predyspozycje i tak osiągnąłem całkiem sporo. Moim idolem nieprzypadkowo był Meksykanin Jorge Campos. Jak na bramkarza nie byłem wyrośnięty. Do stu osiemdziesięciu centymetrów skoczyłem mając trzynaście czy czternaście lat, ale na tym poprzestałem.

Jorge Campos, legendarny meksykański bramkarz. Mierzył zaledwie 170 cm wzrostu i zasłynął krzykliwymi strojami. 

Były kolorowe koszulki?

Były, były. Lubiłem wyróżniać się z tłumu, nie cierpiałem być zwyczajny i szablonowy. Od samego początku uwielbiałem piłkarski sprzęt, odzież, buty. To, co robię, jest kontynuacją. Nie czuję, że pracuję. Wszystko z racji pasji.

No właśnie, jak wyglądała twoja przemiana z piłkarza w biznesmena?

Mieszkałem w Łodzi, byłem w trzeciej klasie liceum salezjańskiego. Poznałem człowieka, który sprzedawał sprzęt piłkarzom Widzewa. Stał na parkingu pod klubem z otwartym bagażnikiem, gdzie miał cały towar. Kupiłem od niego dwie pary butów, a chwilę później sprzedałem z zyskiem.

Taniej kupię, drożej sprzedam.

Dokładnie. W tamtym czasie każda złotówka miała dla mnie znaczenie. Miałem świadomość tego, że jestem sporym obciążeniem dla rodziców. Nie byliśmy zamożną rodziną. Zobaczyłem, że mogę mieć coś więcej, coś dla siebie. Potem pożyczyłem od taty dwa tysiące złotych i kupiłem dziesięć kolejnych par, które również szybko sprzedałem. Zarobionych pieniędzy nie przepuszczałem, tylko inwestowałem dalej. Dziś, po dwudziestu latach, z tamtych dwóch par zrobiło się kilka tysięcy.

Wiem, że po odejściu z Widzewa, grałeś w rodzinnych stronach. Trudno było na dobre rozstać się z piłką? Przecież ciągle byłeś młodym chłopakiem, pewnie miałeś nadzieję na wielką karierę.

To była rozmyta granica. Po czterech latach w Widzewie, jako osiemnastolatek, trafiłem do Warmii Olsztyn, która sensacyjnie awansowała do drugiej, dziś pierwszej ligi. Udało mi się znaleźć tam miejsce, zagrałem kilka meczów. Potem spadliśmy, grałem w klubach trzecioligowych. Dość szybko się ożeniłem, bo mając 22 lata. Potem przyszła na świat moja pierwsza córka. W międzyczasie jeszcze studiowałem na uniwersytecie w Olsztynie. Skończyłem żywienie człowieka, pracę magisterską napisałem z wpływu odżywiania na wyniki piłkarzy.

Jak ty w ogóle znalazłeś na to czas?

Rzeczywiście było ciężko i szybko doszedłem do wniosku, że w życiu nie da się wszystkiego robić dobrze. Moja forma na boisku zaczęła diametralnie spadać, a jestem człowiekiem, który nie lubi się wstydzić. Jak wpuściłem szmatę, to chodziłem zdołowany. Było mi za to wstyd. Zacząłem odpuszczać piłkę, skończyłem studia. Jako priorytet postawiłem rodzinę. W międzyczasie zaczęła rozwijać się firma. Kupowałem po dwadzieścia par butów, pakowałem w torbę i sprzedawałem. A to na mieście, a to w jakimś klubie, a to z garażu rodziców. Bywało, że wsiadałem w pociąg i odwiedzałem okoliczne miejscowości, chodząc z torbą po szatniach. Kiedy kupiłem małego fiata, to był luksus, że mogłem dotrzeć do klubów na własną rękę. Co tydzień wsiadałem w malucha i robiłem objazdówkę po hurtowniach w całej Polsce.

Ponoć zdarzyło ci się też pomieszkiwać na stadionie.

Prawda, na stadionie Warmii Olsztyn. Faktycznie, to w pewnym sensie było moje pierwsze samodzielne mieszkanie. Jeden pokój, miał kilka metrów kwadratowych. Fenomenem był fakt, że upchałem tam łóżko, biurko, lodówkę, zlew, szafę. Kojarzę, że z podłogi wyrastało drzewo, a w nocy słychać było biegające myszy. Co więcej, przypominam sobie, że to był mój pierwszy magazyn. W szafie zawsze miałem dziesięć czy dwadzieścia par butów.

Po kolei, była torba, potem maluch...

W międzyczasie garaż rodziców. Potem tata udostępnił nam pomieszczenie swojej firmy, gdzie założyliśmy pierwsze biuro. Niesamowita gonitwa. Sam obsługiwałem telefon, faks, przyjmowałem zamówienia. Po godzinach jeździłem po klubach, więc pracowałem nawet 16 godzin na dobę. Mimo, że to nie był sklep, ludzie wiedzieli, gdzie trafić i ciągle przychodzili coś kupić. Wpadali do nas do domu, o różnych porach. Czasami była to 21 czy 22. Po piłkę, po skarpety, bo jutro urodziny albo imieniny. To był moment, kiedy postanowiliśmy otworzyć pierwszy sklep i zacząć normalnie obsługiwać klientów.

Milowy krok.

Pierwszy sklep otwarliśmy w Olsztynie, ponad dziesięć lat temu. Rozkręcał go mój brat Tomek z żoną . Wiesz, były piłkarz Stomilu Olsztyn, z doświadczeniem w Ekstraklasie. Jego wizerunek na pewno pomógł, klienci znali go z boiska. To był sklep, ale i miejsce spotkań piłkarskich, towarzyskich. Wpadali zawodnicy, były imprezy. Przez długi okres stała tam kultowa kanapa, na której wszyscy odpoczywali. Wraz z powiększeniem oferty, z przykrością musieliśmy ją wyrzucić, ale charakter samego miejsca pozostał. Co ciekawe, na początku nazywaliśmy się Radzi-Gol. Z tego, co pamiętam, zainspirowało mnie hasło Batigol, pseudonim Gabriela Batistuty. Z czasem, po latach, w dążeniu do większego profesjonalizmu, wydało się to nie do końca medialne. Stąd skrót R-GOL.

Wspomniałeś postać Tomka, swojego brata. Jak udało ci się przekonać go do wejścia w biznes? Przecież był piłkarzem, grał w Ektraklasie.

Grał w Szczakowiance, wcześniej w Pogoni Szczecin. Na umowach miał fajne pieniądze. W praktyce wychodził na minus, bo za mieszkanie musiał płacić z własnej kieszeni. Kiedyś rozmawialiśmy i szczerze zwierzył się, że jest mu ciężko. To mówię mu: kurczę, Tomek, spróbujmy pociągnąć ten wózek razem. Wyciągnąłem do niego dłoń, ale to było zupełnie naturalne i dziś nie wyobrażam sobie firmy bez niego.

Byliście jednym z najbardziej znanych klanów piłkarskich w okolicy, a staliście się klanem piłkarskich biznesmenów.

W regionie kojarzyli i do dziś kojarzą nas z boisk. Tata zawsze miał duży autorytet, jako człowiek, jako piłkarz, jako trener. Właściwie w całym województwie. Był pierwszym, który otworzył drzwi do wyjścia z biznesem. Kiedy latałem z butami, gdziekolwiek powiedziałem, że jestem jego synem, miałem łatwiej. Rozpoznawalność pomogła. Dużo łatwiej robić interesy z kolegami z boiska. Znamy zapach piłkarskiej szatni, wiemy jak rozmawiać z piłkarzami. To nie jest udawane, czy robione na pokaz, a zupełnie szczere i mam wrażenie, że inni to widzą. Nasze hasło „Znamy się z piłki” nie jest przypadkowe. Czuję je jak nic innego, niesamowicie do nas pasuje.

Czytałeś książkę Phila Knighta, założyciela firmy Nike?

Nie, jeszcze nie, ale słyszałem, że ponoć mam z nim trochę wspólnego.

Podobne historie, tylko że on biegał i sprzedawał japońskie buty kolegom z bieżni, a ty robiłeś interesy z kumplami z boiska.

My też mieliśmy epizod z produkcją butów. Chińczycy zaproponowali nam zrobienie własnej marki. Na początku dostaliśmy dwie pary, które testowali Tomek i jego koledzy ze Stomilu Olsztyn. Okazało się, że produkt był świetny. Do tego bardzo tani. Zamówiliśmy cały kontener, przyszedł po pół roku. Problem pojawił się po tygodniu, kiedy 90 procent klientów je oddawało, tłumacząc, że pięty zdarły się do mięsa. Trzeba było znaleźć wyjście i wymyśliliśmy korkowe podpiętki. Pamiętam, jak całą rodziną, z mamą, tatą, braćmi, siedzieliśmy przed telewizorem i je przerabialiśmy. Zabieg pomógł, ale do produkcji butów już więcej nie wróciliśmy. Zaufaliśmy bardziej renomowanym producentom.

Tak sobie siedzimy, jemy rybkę, rozmawiamy i nie widać po tobie nawet odrobiny sody. Zamiast garnituru t-shirt, zamiast lakierek – sportowe buty. Fajnie, że nie odleciałeś.

Mam nadzieję, że mi to nie grozi. Zawsze mówię znajomym, że jakby widzieli symptomy, to mają od razu dawać znać. Wiadomo, wiele rzeczy musi się zmienić. Zatrudniając prawie sto osób, nie każdy może do ciebie przyjść. Nie z powodu braku szacunku, ale braku czasu. Jakaś hierarchia obowiązuje, ale każdy w firmie wie, że jeśli ma jakąś naprawdę poważną, życiową sprawę, to zawsze go wysłucham. Z drugiej strony nie mam wrażenia, jakbym już osiągnął coś wielkiego. Pięć lat temu wydawało się nam, że jesteśmy wielką firmą, a jak dziś na to patrzymy, to wygląda jak jakiś żart.

A co dopiero siedemnaście lat temu.

Bardzo szybko minęło, nawet nie wiem kiedy. W 2000 roku otworzyłem firmę, epizod łódzki zaczął się jeszcze trzy lata wcześniej. Złota myśl, niekontrolowana. Nie robię z siebie jasnowidza czy wizjonera. Po prostu tak to się ułożyło. Nigdy nie miałem planu, na to, co mam teraz. Kupno pierwszych dwóch par na parkingu to był kompletny przypadek. Wtedy nie myślałem, że możemy być największym sklepem w kraju, z zamiarami wyjścia za granicę, co w dobie internetu, jest jak wyjście z województwa.

Zepsułeś. Nagrajmy to jeszcze raz.

Dlaczego?

Mogłeś powiedzieć, że kupując dwie pierwsze pary butów z bagażnika handlarza pod stadionem Widzewa, miałeś w głowie ogromny sklep, który otworzyłeś niedawno w Warszawie. Brzmiałoby lepiej marketingowo.

Kolega z Warmii kiedyś mi powiedział:

– Ty, wyobrażasz sobie, że kiedyś będziesz siedział przy komputerze, a ktoś inny będzie za ciebie jeździł i to rozwoził?

Pomyślałem sobie: kurcze, byłoby fajnie. Ale nigdy nie brałem tego na poważnie. Koledzy śmieją się, że czasami w głowie kręci mi się kulka. Wtedy kompletnie się wyłączam. Śmieją się, że potrafię rozmawiać sam ze sobą. Ale to myślenie i chęć dążenia do perfekcji spowodowały, że udało się osiągnąć to, co dziś widzimy. A ja ciągle mam wrażenie, że to dopiero początek. 

SKORZYSTAJ Z URODZINOWYCH PROMOCJI R-GOL.COM!

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...