KUCHARSKI: Nie będę niańczyć pilkarzy. Mam inną wizję współpracy

22.01.2017
fot. Pressfocus

Rodzinny dom opuścił w wieku osiemnastu lat. Już wtedy poprzysiągł sobie, że piłka stanie się dla niego nie tylko przyjemnością, ale drogą do dużych pieniędzy. Pierwszą inwestycją było mieszkanie kupione za premię, którą dostał za grę w Lidze Mistrzów z Legią. Wiele lat później został menedżerem najlepszego polskiego piłkarza – Roberta Lewandowskiego. Zapraszamy na długą i interesującą rozmowę z Cezarym Kucharskim, w której poznamy go z nieco innej strony niż zwykle. O tym, gdzie chciałby zagrać Lewy, dlaczego miał szansę być najlepiej zarabiającym piłkarzem świata czy o złych wyborach Kapustki i Krychowiaka. 

Jako piłkarz miał Pan chyba więcej wolnego czasu.

Tak. Miałem nadzieję, że będzie na odwrót, ale rzeczywiście, teraz mam go mniej. Życie piłkarza, dobrego piłkarza, to jest piękne życie. Trzeba skupić się na treningach, ma się wiele wolnego czasu na odpoczynek a poza tym niewiele Cię obchodzi.

Za Pana czasów wyglądało to trochę inaczej. Teraz, patrząc się na przykład na Lewandowskiego, jest to bardziej robot niż piłkarz.

Jasne, czasy się zmieniły, ale Lewy i tak jest wyjątkowy, jeśli chodzi o odpowiednie podejście do siebie i zawodu. Wielu chce go naśladować, brać z niego przykład. Za moich czasów wyglądało to zupełnie inaczej. Mówiło się, że jak nie pijesz, to nie grasz. Piłkarze, którzy dobrze się bawili, byli gloryfikowani, byli wzorami do naśladowania. Dziś odwrotnie, na ogół są piętnowani.

Lewy może pozwolić sobie na rozluźnienie w ciągu roku?

W okresie przerw spotyka się ze znajomymi, z rodziną, jedzie do ciepłych krajów czy na Mazury. Wtedy się totalnie rozluźnia, ale nigdy nie widziałem aby przekroczył granice. Najwyraźniej zna umiar.

W erze smartfonów szybko można zniszczyć wizerunek. Lewandowski ma czystą kartę.

On doskonale rozumie, że wizerunek buduje się przez całe życie, a nadszarpnąć czy stracić można go w jedną chwilę. Ta czysta karta, o której mówisz, profituje, przynosi korzyści. Głupotą byłoby to zepsuć. To też kwestia charakteru. Lewy nie ma predyspozycji do robienia głupot, może dlatego, że odpowiednio został wychowany.

W którym momencie zdał Pan sobie sprawę z tego, że pieniądze trzeba inwestować, zamiast przejadać je na bieżąco?

W momencie, kiedy wróciłem ze Szwajcarii, trafiłem do Legii, grałem w Lidze Mistrzów. Wtedy zarobiłem pierwsze duże pieniądze w krótkim czasie. Za awans do Ligi Mistrzów każdy z piłkarzy zgarnął około stu tysięcy dolarów. Mieszkanie kosztowało 680 dolarów za metr kwadratowy. Wtedy kupiłem pierwsze. Miałem 23 lata.

Jak konkretnie do tego doszło?

Sztuką jest spotykać odpowiednich ludzi na swojej drodze. Poznałem prezesa Insbudu, pana Maliszewskiego, który był kibicem Legii, chodził na mecze. To właśnie on namówił mnie na pierwszą nieruchomość. Wydałem na nie właściwie całą premię, którą dostałem za Ligę Mistrzów. Mieszkanie mieściło się przy Woronicza, duże, jakieś 117 metrów kwadratowych. To była moja pierwsza inwestycja. A potem było kolejne i kolejne. 

Inni piłkarze też inwestowali?

Paru kolegów z Legii udało mi się namówić. Rynek był trudniejszy, trochę dziki. Wielu brało pieniądze i plajtowało. Nie afiszowałem się z inwestycjami czy pieniędzmi. Podczas gdy koledzy kupowali coraz droższe samochody, ja jeździłem służbowym Polonezem. Inni się lansowali, ale nie widzę w tym nic złego. Młodzi ludzie, mający pieniądze, dobrze ubrani, mający najnowsze fury. Wszystko fajnie, ale ja nie wyobrażam sobie wydawania pieniędzy na te wszystkie uciechy, żeby potem zabrakło na przykład na to mieszkanie. Teraz staram się to wpajać swoim piłkarzom, ale czasem trudno jest ich przekonać, że życie na trochę niższym poziomie opłaca się bardziej. Że samochód za kilkaset tysięcy nie jest czymś niezbędnym.

No właśnie, był Pan młodym piłkarzem. Ktoś Pana na te inwestycje nakierował, czy doszedł Pan do tego sam?

Z rodzinnego domu wyszedłem w wieku osiemnastu lat. Byłem w czwartej liceum, podpisałem kontrakt z Siarką Tarnobrzeg i zarabiałem więcej niż moi rodzice razem wzięci. Już wtedy postanowiłem, że wykorzystam piłkę do tego, żeby się uniezależnić. Wydaje mi się, że to normalne dla każdego młodego chłopaka, któremu w domu się nie przelewa.

Nie do końca normalne. Wystarczy spojrzeć na niektórych polskich piłkarzy. Nastolatkowie zarabiają po 30 tysięcy miesięcznie, jeżdżą nowymi samochodami i tak dalej.

W tej chwili piłkarze mają więcej pokus i zagrożeń niż za moich czasów. Jest też większe parcie aby być modnym, ubranym jak z żurnala, bo trzeba dobrze wyglądać na selfie i w social mediach. Hazard jest chyba najsilniejszym zagrożeniem. Sprawia złudne wrażenie, że można szybko zarobić duże pieniądze i zawsze jest szansa, żeby się odegrać.

Pana nigdy do tego nie ciągnęło?

Nie, nigdy. Mój hazard polegał na grze w karty z kolegami z drużyny. Na jakieś drobne pieniądze, które nie miały wpływu na nasze relacje. Na pewno nie takie, za które można by kupić samochód. Ale znam przypadki młodych piłkarzy, którzy grają. Menedżer często nawet nie ma na ten temat informacji. Zawodnik oficjalnie nie może grać u bukmachera, ale w rzeczywistości myślę że wielu to robi. Sam pożyczałem młodemu piłkarzowi pieniądze na spłatę karty kredytowej w banku, bo przegrał w internecie.

Często się to zdarza?

Hazard jest chorobą sporej części piłkarzy. Chorobą, która nigdy na pewno nie pozwoli im zarobić i ustawić w życiu. Zawsze powtarzam swoim piłkarzom, że najlepszą formą inwestycji w ich przypadku jest inwestycja w samych siebie. Dobry piłkarz co dwa czy trzy lata podpisuje kontrakt wyższy od kilkaset procent. Wyjeżdżając z Polski można zgarnąć nawet dziesięciokrotność dotychczasowych zarobków. Żadna inwestycja nie daje takiego zwrotu. Piłkarze nie są jednak cierpliwi. 

Lewego też trzeba było stopować? Pewnie trafiały się kontrakty atrakcyjniejsze niż te, które oferował Lech czy Borussia.

Oczywiście, że tak. Lepsze kontrakty oferowały kluby tureckie czy ukraińskie. Nawet odchodząc ze Znicza Pruszków mógł zarabiać lepiej niż w Lechu. Wtedy jednak kompletnie nie rozważaliśmy wyjazdu za granicę. Bezpieczniejszą decyzją była gra w silnym i właściwym polskim klubie.

Po zakończeniu kariery piłkarze często biorą się za menedżerkę z braku laku. Ile procent zawodników naprawdę się do tego nadaje?

Sprawdzić może się jakieś pięć czy dziesięć procent. To nie profesja dla każdego. Trzeba potrafić podejmować inicjatywę, szybkie decyzje, mieć dar przekonywania i mieć ciągle telefon przy uchu. Wiąże się to z podróżami, budową kontaktów za granicą. Uważam że praca menedżera nie polega na byciu miłym, głaskaniu i mówieniu tego, co zawodnik chce usłyszeć.

Pan już podczas kariery świadomie budował bazę kontaktów?

Zawsze miałem zasadę, że jeśli kimś rozmawiałem, czy ktoś do mnie dzwonił, zawsze zapisywałem jego numer telefonu. Dzisiaj uzbierało się ich już około sześciu tysięcy. Tak, zacząłem budować ten kapitał już podczas kariery, ale piłka się zmienia. Co chwila pojawiają się w niej nowi ludzie, więc to proces który nigdy się nie skończy.

Największe nazwiska, które ma Pan w notesie?

Nie wiem… Prezes Bayernu, prezes Realu, zarządzający Chelsea, Manchesterem United, Manchesterem City, Juventusu, Paris Saint Germain...

Niezły kapitał. W którym momencie na poważnie pomyślał Pan, żeby zostać menedżerem?

Właściwie już w momencie, kiedy skończyłem karierę. Odszedłem, zdobywając mistrzostwo Polski, co doradził mi mój ostatni menedżer i przyjaciel, Jacek Kępiński. Przekonywał, abym zakończył karierę na szczycie i go posłuchałem, chociaż miałem jeszcze sporo ofert. Mogę mu za to podziękować, bo ta decyzja rzeczywiście miała wpływ na moje dalsze losy.

Pana pierwszy piłkarz?

Darek Pietrasiak, wtedy piłkarz GKS-u Bełchatów. Zdobyli wicemistrzostwo Polski, miał propozycje z Legii i Lecha, ale dostał bardzo dobry kontrakt w Bełchatowie i postanowił, że tam zostanie. Nie byłem w stanie przekonać go do transferu. Z perspektywy czasu jestem pewien, że żałuje. Gdyby podjął ryzyko, mógłby osiągnąć więcej.

Ile miał Pan podejść do Lewego? Trzeba go było mocno przekonywać?

Nie, podszedłem do niego tak jak do każdego innego piłkarza. Spotkaliśmy się bodajże dwa czy trzy razy. Kręciło się wokół niego mnóstwo menedżerów i do dziś tak naprawdę nie wiem, czym konkretnie go do siebie przekonałem.

Jaki był najtrudniejszy moment Waszej współpracy?

Wydaje mi się, że przejście z Borussii do Bayernu. Na niedługo przed dopięciem kontraktu Lewy zaczął wątpić w tę decyzję. Nie pomagało nastawienie polskich mediów, które były przekonane, że sobie nie poradzi, że Guardiola go nie chce. Że Bayern bierze go tylko po to, żeby osłabić Borussię.

Mocno między Wami iskrzyło?

To nie było iskrzenie, raczej dyskusja. Musiałem go przekonać, że ta decyzja jest bardzo dobra. Na dodatek została podjęta już wcześniej, daliśmy słowo, więc nie można było się z tego wycofać.

A Real Madryt? Ile telefonów odebrał Pan od Florentino Pereza?

Real podchodził pod Roberta wiele razy. Największe szanse mieli, kiedy jeszcze był w Dortmundzie. I nie tylko Real. Rozmawiając z wieloma klubami, czułem, kto chce go najbardziej i dlaczego powinien iść właśnie do Bayernu.

Nie było to na zasadzie wyboru bezpieczniejszej opcji? Bayern to Niemcy. Lewy znał język, znał realia, specyfikę ligi. Transfer do Realu był jakby mniej oczywisty.

Rzeczywiście można tak na to patrzeć, ale dopiero z dzisiejszej perspektywy. Wtedy, gdybyśmy zrobili sondaż wśród polskich ekspertów i dziennikarzy, to zdecydowana większość byłaby za tym, żeby został w Dortmundzie. Wiadomo, że przejście do klubu z tej samej ligi jest bezpieczniejsze, ale Bayern i Real to jest właściwie ten sam poziom, jeśli chodzi o oczekiwania czy presję. Ja zawsze staram się doradzać rozsądnie. Nie chcę uprawiać hazardu życiem moich piłkarzy.

Ale Real to jest jednak Real, największa marka w światowej piłce. Lewy nie miał ciśnienia, żeby spróbować sił właśnie tam?

Wiadomo, że Real to spełnienie marzeń większości piłkarzy. Że stadion Realu jest jak współczesne Koloseum. Ja myślę, że jeszcze wszystko jest przed Lewym.

Czyli jest szansa na to, że jeszcze dane mu będzie zagrać w Realu?

Życie przynosi różne niespodzianki.

Czas leci, Lewy młodszy nie będzie.

Nie będzie, jasne, ale zawsze będzie gwarantował ponad czterdzieści bramek w sezonie. Tacy piłkarze zawsze będą w kręgu zainteresowań Realu.

Patrząc z perspektywy ambicjonalnej, to jedyny klub, do którego chciałby odejść.

On tego publicznie nigdy nie mówił, ale ja mogę powiedzieć. Lewy chciałby jeszcze zagrać w Hiszpanii, chciałby zagrać też w Stanach Zjednoczonych. Do tej pory realizował swoje cele, więc myślę, że jest to bardzo prawdopodobne.

Hiszpania, USA, a Chiny? Były jakieś konkretne oferty?

Był jeden konkretny telefon. Zadzwonił agent, który pośredniczy w transferach do Chin, rzucił astronomiczną kwotą, ale od razu powiedziałem, że to niemożliwe. Że Lewy dopiero podpisał nowy kontrakt z Bayernem. Gdybym przyszedł do Rummenige z propozycją z Chin, byłoby to niepoważne. To rynek, który będzie się rozwijał, ale jest też uzależniony od polityków, więc niesie sporo zagrożeń. To nie jest optymalne rozwiązanie, ale zobaczymy jak będzie w przyszłości.

A tak czysto hipotetycznie, gdyby zdecydował się na Chiny i chciał ustawić pięć pokoleń, byłby najlepiej zarabiającym piłkarzem świata?

Gdyby trafił tam dziś, to z całą pewnością, ale tylko teoretycznie, bo Lewy skwitowałby taką propozycję podobnie jak Rummenige. Po prostu by ją wyśmiał.

Zdarzało się, że inni menedżerowie robili podchody pod Roberta?

Polscy piłkarze mają kompleksy. Mają przekonanie, że tylko zagraniczny agent może poprowadzić ich do wielkiej kariery. Tak nie jest. Lewy tych kompleksów wyzbył się na wczesnym etapie kariery. Nie wiem o żadnych próbach przejęcia, ale szczerze mówiąc nigdy go o to nie pytałem.

Chciałem nawiązać do sprawy Grzegorza Krychowiaka. Współpracowaliście, trafił do Sevilli i coś się zepsuło. Dziś reprezentuje go zagraniczna agencja.

Z nim nie wiązała mnie umowa. Miałem roczne pełnomocnictwo do transferów. To ja umieściłem go w Sevilli. Jego brat, który zajmuje się jego interesami deklarował, że po transferze rozpoczniemy stałą współpracę. Mieliśmy dżentelmeńską umowę, ale ostatecznie temat upadł. Nie przenieśliśmy tego na papier. W tym biznesie niedotrzymywanie umów jest normalne.

Nie czuje się Pan wyrolowany?

Powiem tak: znam mentalność polskich piłkarzy. Jego bratu ktoś po prostu zaproponował więcej niż ja, a on zarabia na tym, kto jest menedżerem Krychowiaka. W zasadzie to nawet go rozumiem.

Rozstał się Pan też z Bartoszem Kapustką. Nie wiem, czy da się to powiązać, ale ma Pan sobie w tych obu przypadkach coś konkretnego do zarzucenia?

Może gdybym co tydzień latał do Krychowiaka i przesiadywał u niego w domu, to może skończyłoby się to inaczej. Tak samo z Kapustką. Mogłem go wozić na treningi i się z nim zaprzyjaźniać, ale nie tak wyobrażam sobie współpracę z piłkarzami. Źle czuję się w roli niańki, nie mam na to czasu. Wolę pojechać za granicę, zdobyć kontakty, poznać nowych ludzi co pomoże mi być skutecznym agentem. Odpowiadając na pytanie: nie mam sobie nic do zarzucenia.

Ale Kapustka się Panu wymknął.

Widocznie ktoś miał lepszy dar przekonywania. Piłkarze są dosyć prostymi ludźmi. Ktoś się z nim zaprzyjaźni czy polubi, to powierza mu pieniądze, decyzje, czasem nawet całą swoją karierę. Kumpel nie zawsze jest dobrym doradcą. Często są to ludzie kompletnie nieprzygotowani do zawodu. Nowi agenci Kapustki nie robili jego transferu do Leicester. Oni się tylko pod to podczepili. Skutecznie się podlizywali i udało się go przekonać, ale w rzeczywistości deal dopiął ktoś inny. Nie potrafili przygotować opcji lepszej pod względem sportowym dla Bartka.

Od początku miał Pan przeczucie, że Kapustka spali się w Leicester?

To było oczywiste. Piłkarzowi trzeba uświadamiać, jakie są jego realne możliwości, a nie bujać w obłokach. Każdy z nas lubi marzyć, ale jeśli przesadzi, zderza się z realnym światem. Kapustka w Leicester nie zaistnieje. Jestem o tym przekonany .

Odczuwa Pan satysfakcję, że Krychowiak i Kapustka przestali z Panem współpracować, zmienili kluby, a teraz mają w nich ogromne problemy?

Życzę im jak najlepiej, bo od ich powodzenia zależy też mój biznes. To ja szepnąłem o Kapustce Adamowi Nawałce na rok przed debiutem w reprezentacji. Jeśli chodzi o Krychowiaka, to mam satysfakcję, że znalazłem mu wielki klub w którym zdobył Ligę Europy. Nikt w Polsce nie wierzył, że da radę w Sevilli. Nawet on sam nie do końca w to wierzył. Z tego transferu nabijał się chociażby Grzegorz Lato. Wojtek Kowalczyk mówił, że Krychowiak wyląduje na trybunach.

Mówi Pan, że co do Kapustki miał złe przeczucia. A co do Krychowiaka? Pan, na miejscu jego obecnych menedżerów, wysłałby go do Paris Saint-Germain, czy szukał słabszej alternatywy?

Krychowiak w PSG podpisał najwyższy kontrakt w życiu. Lepszego w Europie nie podpisze już nigdy. To była główna motywacja. Poza tym powrót do Francji, do Paryża – wiadomo – ale pieniądze były kluczowe. Jeśli chodzi o mentalność, osobowość, Krychowiak tam pasuje. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę walory piłkarskie, jest zbyt ubogi na takie kluby. Na jego pozycji są zawodnicy, którzy potrafią grać w piłkę. On jest raczej od rozbijania akcji przeciwników. W ofensywie nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Jeśli jest pod presją, to ma problem. Gra do boku, do tyłu. Na ten poziom ma za mało walorów piłkarskich i nigdy nie będzie ich miał. Rozmawiałem na jego temat z wieloma poważnymi klubami i nigdy nie było większego zainteresowania.

Najgłośniej było o transferze do Premier League, do Arsenalu.

Znam ludzi z Arsenalu i nigdy nie byli nim poważnie zainteresowani. Kaczka dziennikarska. Jestem pewien, że Krychowiak nie zginie i poradzi sobie na rynku europejskim. Nie będzie miał może satysfakcji z gry w PSG, ale spojrzy na konto i uzna, że jest w porządku. Wydaje mi się, że dobrze zrobił, podpisując tę umowę. Jest zadowolony z warunków, mieszka w kraju, który kocha. Jak się znudzi swoją sytuacją, albo jak znudzą się nim właściciele, to po prostu gdzieś go wypchną.

Rozmawiamy o sukcesach, porozmawiajmy też o porażkach. Największą w Pana menedżerskim CV jest Rafał Wolski. Do Fiorentiny wyjeżdżał jako wielki talent, za spore pieniądze, a potem było już tylko pasmo porażek.

Do Fiorentiny wyjeżdżał po sześciomiesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją. Według mnie Rafał miał predyspozycje techniczne i piłkarskie do tego, żeby odnieść sukces za granicą. Mógł iść drogą Piotra Zielińskiego, powoli budować pozycję we Włoszech. Zabrakło mu cierpliwości. Cały czas mu o tym mówiłem, ale widocznie mi nie ufał.

Ale wypożyczenie do Bari załatwił jeszcze Pan. Tam też przepadł.

Serie B to wbrew pozorom bardzo trudna liga, ale jak już się tam jest, to trzeba robić wszystko, żeby w niej zaistnieć. Nie można narzekać na to, że klub nie wygląda tak, jak Fiorentina. Jeśli się zdecydowałem, to muszę pracować najciężej jak potrafię i próbować się przebić, odbudować się. Życzę mu, żeby wrócił do poziomu sprzed kilku lat, ale to kosztuje dużo pracy, wyrzeczeń i nie wiem czy mentalnie jest na to gotowy.

Nie przeszkadza Panu fakt, że stoi Pan w opozycji do większości ludzi działających w polskiej piłce?

Nie czuję się żadną opozycją. Nie mam takiej oceny sytuacji, co przez to rozumiesz?

Na przykład to, że jest Pan w opozycji do prezesa Zbigniewa Bońka.

Ale ja z Bońkiem i jego baronami nie robię żadnych interesów. Nie odczuwam negatywnych aspektów swoich poglądów, a nadmierne przekonanie naszego środowiska, że PR jest najważniejszy, tylko ogranicza jej rozwój. Już jako piłkarz bywałem niepokorny i mówiłem to, co myślałem. Czuję się doceniony w polskim środowisku piłkarskim, ale nie jest ono wyznacznikiem, z którego chciałbym czerpać wzorce. Wręcz przeciwnie, trzeba z niego uciekać.

Widziałem, że prowadzi Pan samych polskich piłkarzy. Nie myślał Pan o poważnym wkroczeniu na rynek zagraniczny?

Jakbym myślał wyłącznie o pieniądzach, to przeprowadziłbym się do Londynu i tam budował swoją agencję, ale nie żyję wyłącznie piłką. Ludzie, z którymi stworzyłem firmę, reprezentują zagranicznych piłkarzy. Przeprowadzamy ich transfery. Jeśli jednak chodzi o budowanie kariery zawodników, to wyobrażam sobie to tylko w Polsce. Znam środowisko, mentalność piłkarzy, trenerów. Po dwóch czy trzech rozmowach mam świadomość, czy chłopak ma zadatki na wielką karierę, czy szczytem jego ambicji jest zostanie tak zwanym solidnym ligowcem. Takie spojrzenie ma dziś niestety większość.

Czyli przeprowadza Pan mocną selekcję.

Nigdy nie można kogoś definitywnie skreślić. Lewandowskiego odpalili w Legii, dostali nauczkę i teraz… nie skreślają nikogo. To jest jakby efekt tamtej błędnej decyzji. Dziś przy Łazienkowskiej szansę dostają wszyscy, chociaż często nie mają umiejętności na Legię. Wielu z nich nie wyróżnia nic oprócz wieku.

A propos młodych chłopaków z Legii. Pan przeprowadził transfer Krystiana Bielika do Arsenalu. Myśli Pan, że jest szansa, żeby za dwa czy trzy lata trafił do pierwszego składu?

Krystian musi zacząć zdobywać doświadczenie w zawodowej piłce, pójść na wypożyczenie do jakiegoś innego zespołu. Znaleźć chętny klub nie jest tak łatwo, bo tak młodemu środkowemu obrońcy, czy defensywnemu pomocnikowi, trzeba naprawdę mocno zaufać. Arsene Wenger widzi go jako jako stopera i od niego zależy kiedy Krystian odejdzie.

Jest już coś na rzeczy, jeśli chodzi o wypożyczenie?

Tak, mocno o tym myślę, ale tego powinien chcieć przede wszystkim sam piłkarz. Ja oczywiście w niego wierzę, ale wiara to tylko jeden z elementów. Jedna błędna decyzja, jak w przypadku Kapustki, powoduje, że trzeba nacisnąć hamulec i pójść w innym kierunku. W Krystiana wierzą w Arsenalu, podpisał super kontrakt, a teraz wszystko zależy od niego.

Ostatnie pytanie. Gdyby Cezary Kucharski był swoim menedżerem, w czasach, kiedy grał w piłkę, osiągnąłby dużo więcej?

Takie mam przekonanie. Doszedłbym dalej i byłbym lepszym piłkarzem. Wycisnąłbym dziesięć czy piętnaście procent więcej.

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...