SMOKOWSKI: Spróbowałem wszystkiego. Dzisiaj mogę być statecznym starszym panem

27.11.2016
fot. Pressfocus

Jak co niedzielę. Przed wami najdłuższy, ale całkiem możliwe, że najlepszy wywiad w historii FirstEleven. W tym tygodniu gościliśmy u Tomasza Smokowskiego, komentatorskiej legendy Canal Plus. Poopowiadał o szalonej młodości, botoksie, blogerkach modowych i tym, dlaczego nie skomentował żadnego finału Ligi Mistrzów. 

Tomasz Smokowski, czyli Francesco Totti polskiego dziennikarstwa sportowego.

O kurczę… Grubo zacząłeś. Jak taki jest początek, to aż boję się, co będzie dalej.

Ponad dwadzieścia lat w jednej stacji, wyrobiona marka. Analogie nasuwają się same.

Na pewno łączy nas tyle, że zaczynaliśmy mniej więcej w tych samych czasach. Kiedy na boisko wychodzi on czy Gianluigi Buffon, to myślę sobie: kurde, jeszcze nie jestem taki stary! Czasem mam wrażenie, że to Totti będzie dłużej grał w piłkę niż ja komentował. Facet wydaje się być nie do zdarcia. A tak już całkiem serio. Nie mogę porównywać się do Francesco Tottiego, bo to oznaczałoby, że moje ego znalazło się tuż przede mną, a fruwające ego zawsze są krok przed porażką.

Pan ma nad Tottim tę przewagę, że swój zawód może wykonywać do siedemdziesiątki.

Teoretycznie. Myślę, że w pewnym momencie i ja, i wszyscy, którzy dwadzieścia lat temu zaczynali pracę w mediach, staniemy się mało wiarygodni dla ludzi młodych. Chyba tylko w Stanach Zjednoczonych, może jeszcze w Wielkiej Brytanii, w telewizji pozwala się pracować ludziom w wieku przedemerytalnym. Kamera lubi młodość, energię, ostatnio też botoks. To akurat okropne. A czasami wystarczy po prostu „być” i to w obecnej telewizji przeraża mnie najbardziej.

To znaczy?

Nie czytam prasy kolorowej. Od czasu do czasu, kiedy przeglądam z założenia poważne portale, to przekieruje mnie na jakiegoś „Plotka” i z przerażeniem stwierdzam, że nie znam tych ludzi. Czasami moi chłopcy oglądają odcinek czegoś tam tańczącego. Wiem, że założeniem tego typu programu jest to, że tańczy zawodowy tancerz z gwiazdą. Patrzę i nie wiem, kto jest kim. Często są to ludzie, którzy niczego w życiu nie osiągnęli. Dziewczyny, które błysnęły cyckiem, powiedziały coś głupiego. Na tym budują kariery i jest to przerażające.

Są jeszcze youtuberzy.

Nie stawiałbym ewidentnego znaku równości, ale jednak. Moi chłopcy mają czternaście i szesnaście lat, więc chodzimy w różnych kategoriach wagowych. Czasem opowiadają mi kto się teraz ogląda, właśnie jacy youtuberzy. Ja w ogóle nie wiem o kim mówią. Pokazują mi reklamy, w których grają. Nie wiem co robią, o czym opowiadają. Kiedyś z ciekawości obejrzałem blog jakiegoś chłopaka z Japonii, na pewno znacie… Szczerze? Nic ciekawego. Najlepsze, a może najgorsze, jest to, że to się masowo ogląda. Nie przystaję do tego świata. To już nie jest moja bajka.

Jadąc do Pana rozmawialiśmy o tym, że kroczek po kroczku telewizja i Youtube zaczynają się przenikać.

I w pełni się z wami zgadzam. Wszystkie media XIX i XX wieku będą powoli odchodziły do lamusa. Naturalna kolej rzeczy. Dziś gazety sprzedają nam wczorajsze newsy i to je zabija. Następne w kolejce jest radio, które pewnego dnia stanie się niszą dla fanatyków. Telewizja padnie jako ostatni bastion. Bo co dziś jest jej największą atrakcją? Jedyne, co bardzo ją wyróżnia, to sport. Ogląda się go na żywo, w HD. Tego jeszcze długo YouTube nie będzie w stanie dogonić.

A gdyby Pan z dnia na dzień dostał ofertę prowadzenia vloga na YouTube?

Na pewno nie odnalazłbym się w formacie wspomnianego Krzysztofa Gonciarza. Nie pozwoliłby mi na to… wstyd. Nie potrafiłbym się tak obnażyć przed widzami. Filmować się wszędzie, w domu, na ulicy. Czasem nie mieć nic ciekawego do powiedzenia, a jednak mówić. Ja tego nie oglądam, ale wcale nie uważam, że muszę mieć rację, bo jednak ludzie tak i coś w tym widzą. Jestem ulepiony z innej gliny. Zanim wrzuciłbym takiego bloga, przemyślałbym wszystko 25 razy. Nie lubię próżnicy, a mam wrażenie, że na YouTube czasem jest pleplanie dla pleplania. Uczepiliśmy się tego chłopaka z Japonii, a wiem, że są też jakieś blogerki modowe. Wiem, bo interesują się nimi dziewczyny z pracy. One to już kompletnie nie mają nic do powiedzenia.

Moja dziewczyna też to ogląda.

No właśnie. Dlaczego?

Szczerze? Nie mam pojęcia. Pokazują jak się malować czy coś.

No właśnie. Inny przykład. Ostatnio wchodzę do pokoju młodszego syna, a on siedzi i ogląda równolatka, który gra w FIFA 17. W prawym górnym rogu widać zdjęcie jakiegoś chłopaczka, który coś komentuje. Mówię: Jasiek, ale o co kaman, dlaczego? Nie lepiej obejrzeć prawdziwe mecze, skróty, gole? Nie wiem… Świat oszalał.

Pan od dwudziestu lat pracuje w studio, przed kamerą, ze sztabem ludzi. Trudno byłoby zastąpić to smartfonem.

Z tym akurat nie mam problemu. Oczywiście, że fajnie jest pracować z grupą ludzi, którzy dbają o background, w eleganckim, dopracowanym studio na kilka kamer. Dostrzegam jednak potencjał i możliwości, które daje nagranie krótkiego filmu własnym telefonem. Powiem więcej: film „Wrogowie ulicy” jest jedną z najciekawszych produkcji ostatnich lat, a po części został nagrany właśnie smartfonem. Kwestia tego, co chcesz przekazać. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której włączam nagrywanie i mówię: heeej, no czeeść, patrzcie, piję kawę i zastanawiam się dzisiaj, co będzie się działo wieczorem, Liga Mistrzów… No i co?

Weszliśmy na temat celebrytów. To nie pana bajka, a gdyby tylko chciał, mógłby wtopić się w towarzystwo. Niektórzy z kolegów po fachu lubią „bywać”, nie ukrywajmy. Pan jest trochę outsiderem.

Nie jestem sam. Andrzej Twarowski też jest z mojej bajki. Nie chcę krytykować innych tylko dlatego, że wolą inne życie. Widzę, że dla niektórych to, że staną na ściance i zainteresuje się nimi jeden, drugi czy czwarty fotograf, jest równoznaczne z odniesieniem sukcesu. Ja na ściance stanąłem dwa razy.

I jak było?

Czułem się z tym fatalnie. Było to po imprezie podsumowującej sezon, którą prowadziłem z Magdą Mołek. Umówmy się – fotoreporterzy nie podchodzili do mnie, tylko do Magdy. Złapała mnie za łokieć i powiedziała: chodź, zrobimy sobie zdjęcie, będzie na pamiątkę. Flesze zaczęły strzelać mi po oczach. Autentycznie czułem się nieswojo i chciałem uciekać. Naprawdę poczułem lekki strach. Nie wyobrażam sobie jak to jest, jeśli naprawdę jesteś gwiazdą pokroju Micka Jaggera.

Aż taki dramat?

Gdybyś poszedł na jedną czy drugą taką imprezę to pewnie przyznałbyś mi rację. Rozmowy są wyjątkowo błahe i nieistotne. A ja nie bardzo potrafię odnaleźć się w takich małych gadkach o niczym. Anglicy mówią na to smalltalk. Dlatego zdecydowanie bardziej niż pójść na galę czy imprezę, wolę zostać w domu i poczytać książkę.

Dwadzieścia lat w jednej firmie. Może się znudzić. Nigdy nie czuł się Pan niespełniony, ograniczony? W końcu to ta sama stacja, programy, ludzie.

Co innego miałbym robić? Komentować finały mistrzostw świata czy Europy?

Na przykład.

Gdybym rzeczywiście tego pragnął, to już miałbym odfajkowane i zaliczone. Miałem po kilka ofert z różnych telewizji. Mój Boże… Jeśli chodzi o liczbę skomentowanych finałów mistrzostw Europy, mój licznik zatrzymał się na zerze. Finałów mistrzostw świata – również. Finałów Ligi Mistrzów – tadam, tadam – zero.

Ktoś może powiedzieć, że to brak ambicji.

Ja po prostu nie mam ciśnienia. Pewnie, że kiedyś chciałbym skomentować finał Ligi Mistrzów. Mam nadzieję, że jeszcze się uda, bo to musi być fascynująca sprawa. Mój młodszy syn wierci mi dziurę w brzuchu: tato, kiedy ty wreszcie skomentujesz finał Ligi Mistrzów? Może kiedyś, a może nigdy? Nie jest to w Top 3 moich marzeń. Nie mam ciśnienia na komentowanie dla milionów najważniejszych imprez sportowych.

Dariusz Szpakowski chwalił się, że młodsi koledzy z TVP mówią na niego „legendarny”. A na Pana?

Nie wiem, może upierdliwiec? A może jeszcze coś gorszego, na „ch”? Nie wiem, jak wołają na mnie za plecami. A tak całkiem poważnie, od dwudziestu lat jestem „Smokiem” i nikt nie mówi na mnie inaczej.

Mówi Pan, że „upierdliwiec”, czyli chyba zdaje sobie sprawę, że jest ciężkim szefem.

Uściślijmy: już nie jestem szefem.

Na papierze nie, ale każdy liczy się z Pana zdaniem.

Jesteśmy drużyną, trochę jak w szatni piłkarskiej. Zawodnicy starsi stażem instruują młodych, którzy rozegrali ledwie kilka meczów. Z tym upierdliwcem to żartowałem. Kiedyś mówili na mnie „Kiwaczek”. Będąc młodym, właśnie wchodzącym do gry zawodnikiem, nie potrafiłem opanować ruchu głową przed kamerą. Kiwałem nią na lewo i prawo. Trochę czasu minęło, zanim pozbyłem się tego tiku, a to mnie wyjątkowo spalało. Miałem świadomość, że wygląda to nienaturalnie, ale nie sądziłem, że ktoś inny to jeszcze widzi. Kiedyś, w trakcie trwania programu, podczas emisji jakiegoś materiału, wchodzi kierownik produkcji i mówi: ty, „Kiwaczek”. Zagotował mnie, bo zorientowałem się, że to widać.

Z bycia szefem zrezygnował Pan sam. Zbyt nużąco?

Bardzo. Nie możesz być dyrektorem sportowym, trenerem i kapitanem drużyny, występującym w ataku, odpowiedzialnym za strzelanie goli. Nie ma szans. Nie starczy ci doby. Sam wymusiłem, żeby zluzowano mnie z tej posady. Do myślenia dały mi słowa Marcina Baszczyńskiego. Komentowaliśmy jakiś mecz i rozmawialiśmy o ostatniej Lidze+ Extra. Baszczu mruga do mnie okiem: ej, Smok, widać było, że ślizgałeś się po jakimś temacie, że nie byłeś dobrze przygotowany. Było słychać. To był moment, kiedy zaczynasz oszukiwać siebie i oszukiwać ludzi, dla których robisz program. Nawet, kiedy komentowałem mecz ligi francuskiej i miałem świadomość, że razem z współkomentującym Stefanem Białasem stanowimy sporą część widowni, to nie mógłbym być nieprzygotowany. Zawsze komentuję na sto procent. Nawet, gdyby jedynym słuchaczem był pan Stefan. I tak zrobiłbym to najlepiej jak potrafię. Inaczej nie umiem. Będąc szefem, z tyłu głowy miałem świadomość, że ciągle mam coś do zrobienia. Kiedy wyrzuciłem kupkę papierów po prawej, to rosła kupka z lewej. Cały czas w niedoczasie. Przychodził weekend, musiałem zapomnieć o papierkach i komentować mecze. A ja, zamiast skupiać się na tym, myślałem już o robocie, którą będę zawalony w poniedziałek.

Niewykonalne.

Absolutnie niewykonalne. Przemek Rudzki zrobił to samo w „Przeglądzie Sportowym”. Jakiś czas temu mówiłem mu, że tak się to skończy. Nie da się łapać tylu srok za ogon. Wszędzie być skutecznym, efektywnym. Dla ludzi będzie to niezrozumiałe. Samodegradacja. Dla wielu osób ze środowiska praca jako szef sportu w Canal Plus byłaby spełnieniem marzeń. Ja musiałbym przestać być dziennikarzem, a tego nie chciałem.

Wyobraźmy sobie sytuację: młody Tomasz Smokowski, z czasów początków Canal Plus, przychodzi do dzisiejszego Tomasza Smokowskiego i prosi o szansę. Doceniłby go Pan?

Dzisiaj byłoby mi ciężko przyjąć go do roboty. Mówię uczciwie. Miałem ogromne szczęście. Trafiłem na czas i miejsce. Stacja startowała i dała możliwość chłopakowi, który nie miał żadnego doświadczenia w branży czy przed kamerą. Moim jedynym atutem było to, że spędziłem kilka lat we Francji i oglądałem francuskie Canal Plus. Jak mawia Franz Smuda, byłem w tamtej szatni i wąchałem zapach skarpet. Wiedziałem do czego ta tworząca się stacja chce dążyć i czego wymagać od swoich ludzi. Już wtedy jednak staraliśmy się rozmawiać na luzie o bardzo błahej rzeczy, jaką jest piłka nożna. To było rewolucyjne podejście, ale z perspektywy czasu pierwsze programy i tak wydają mi się sztywne. Na początku trudno pozostać sobą przed kamerą. Teraz, po zrobieniu iluś tam set programów, to już nie budzi takiego strachu i przerażenia, jak wtedy. Dziś jest to adrenalina, ale już nie stres.

Podejrzewam, że do waszej redakcji ciągle wpływa sporo CV.

Pisze do nas wiele ludzi. Mówią, że piłka nożna to ich pasja, że sport to ich pasja. Dziś to już za mało. Niczym się nie wyróżniasz. To tak jak powiedzieć o piłkarzu, że jest ambitny. Chyba osiem lat temu robiliśmy przesłuchania. Przyszło bardzo dużo osób, między innymi chłopak, który na bezczelnego wszedł i powiedział: panowie, ja w zasadzie o sporcie nic nie wiem, ale jestem dosyć kumaty, szybko się nauczę i wam wszystko wyśpiewam. Zrobiliśmy wielkie oczy, że ktoś może mieć aż taki tupet. Kończąc: tamten Smokowski miałby ciężko, bo poprzeczka wisi znacznie, znacznie wyżej.

Kilka lat mieszkał Pan we Francji i mam wrażenie, że jest to epizod w Pana życiu, o którym wiadomo najmniej.

Moi rodzice pojechali tam do pracy, ja razem z nimi. To była pierwsza klasa liceum. Wyjechaliśmy w marcu 1989 roku. Pamiętam, że na pierwszy semestr miałem dwie dwójki, co równało się z niezdaniem do drugiej klasy. Fizyka i Chemia. Przedmioty, które zawsze sprawiały mi kolosalne problemy. Bardzo zależało mi, żeby nie powtarzać pierwszej klasy we Francji. Od stycznia do marca jakimś cudem poprawiłem te dwójki na słabe trójki.

Jak wyglądała aklimatyzacja? Było bardzo trudno?

We Francji wrzucono mnie na głęboką wodę, do francuskiego college'u, będącego odpowiednikiem szkoły podstawowej. Trafiłem między Francuzów, a po półrocznej nauce w polskim liceum potrafiłem powiedzieć co najwyżej „dzień dobry”, „do widzenia” i „nazywam się”. Kiedy zaczynali mówić, ja nic nie rozumiałem. To było nieprawdopodobnie stresujące. Miałem piętnaście czy szesnaście lat. Wyjazd i zderzenie z rówieśnikami, którzy nagle zaczynają się śmiać. Nie wiesz czy śmieją się do ciebie, czy z ciebie. To jest stres i trauma. Musiały minąć dwa trzy lata, żebym zaczął mówić. Za każdym razem, idąc do szkoły, modliłem się, żeby babka od języka francuskiego przypadkiem mnie o coś nie spytała. Musiałbym wstać i powiedzieć coś przed całą klasą, a się wstydziłem. To naprawdę były dla mnie lata, podczas których nadawałbym się na kozetkę do psychoterapeuty.

Był jakiś moment przełomowy?

Tak, pewna praca pisemna. Nawet gdzieś jeszcze ją trzymam. Wypracowanie na temat jakiejś bardzo nudnej powieści Balzaca. Napisałem to najlepiej w klasie. Zacząłem myśleć po francusku. Co prawda sadziłem mnóstwo błędów ortograficznych, bo francuski jest trudnym językiem, ale przełamałem się. Zacząłem normalnie mówić, rozumieć.

Co było po liceum?

Poszedłem na prawo, co się okazało wielką pomyłką mojego życia. Zupełnie się do tego nie nadawałem. Moi rodzice wrócili do Polski, ja zostałem sam i wykorzystałem ten rok mydląc im oczy, że studiuję prawo, ale trochę przygotowując, że raczej nie zdam. Nie chodziłem na zajęcia, przestało mnie to interesować.

Szybko się pan poddał.

Moja uczelnia była bardzo prawicowa. Dopiero później zorientowałem się, że w ogóle nie było tam obcokrajowców. Same bogate dzieci francuskiej burżuazji z szesnastej, najbogatszej dzielnicy Paryża. Po francusku mówiłem bardzo płynnie i nikt nie zorientował się, że jestem obcokrajowcem. Wszystko było okej, do momentu, kiedy na którychś ćwiczeniach padły moje imię i nazwisko. Potem pytanie: to ty nie jesteś Francuzem? Odpowiedziałem, że nie, że jestem Polakiem. Nagle poczułem dystans i pomyślałem: co ja tu robię? Kierunek jest nudny, na uczelnię chodzę z matołami, którzy segregują ludzi ze względu na pochodzenie. I te prawnicze teksty w starofrancuskiem… To było wyzwanie. Wykorzystałem ten czas, żeby się dobrze bawić, żeby grać w rockowej grupie i oglądać dużo piłki nożnej.

I zdecydował się Pan na powrót.

Pomyślałem, że we Francji zawsze będę tylko Polakiem, który dobrze nauczył się francuskiego. Poważnie zastanawiałem się nad życiem i zorientowałem, że tam nic mnie nie wyróżnia. W Polsce, z moim francuskim, mogłem się wybić. Wtedy nie miałem jeszcze pojęcia, że za kilka miesięcy powstanie polski oddział Canal Plus. Studiowałem zarządzanie i kumpel znalazł ogłoszenie w „Gazecie Wyborczej”. Do dziś jestem mu za to bardzo wdzięczny. Kilka razy popychał mnie do tego, żeby złożyć tam papiery.

Dziś jest Pan ustabilizowanym, spokojnym człowiekiem, ale słyszałem, że na studiach był moment mocnego odlotu.

Był… To były właśnie te lata, a ten rok na studiach we Francji najostrzejszy, ale nie będę wchodził w szczegóły. Było wesoło i… było wesoło. Odchodziło prawdziwie rock'n'rollowe życie. Po to są studia, po to jest młodość. Dobrze, że wyszalałem się wtedy, bo przynajmniej nie przychodzi mi do głowy, żeby robić to teraz. Wszystkiego spróbowałem, wszystkiego doświadczyłem i dzisiaj mogę być statecznym, starszym panem.

Szybko się Pan wyszalał. Musiało być grubo.

Nie potwierdzam, nie zaprzeczam.

Mówił Pan, że ma w sobie dużo wstydu i że nie wziąłby udziału w otwarciu fabryki wędlin. Jakie były najdziwniejsze propozycje zawodowe?

Reklamowanie środków na potencję. Zapytałem chłopaka: ale zaraz, chwila, moment, ja już jestem taki stary? Miał być tam jakiś kontekst komentatorski, a ja takich reklam nie cierpię. Copywriter robi je spod dużego palca. Siada i myśli: idzie wielka piłkarska impreza, więc niezależnie od produktu zrobimy to tak, że jakiś komentator drze ryja i w mniej lub bardziej śmieszny sposób opowiada o produkcie. Takich reklam jest całe mnóstwo i w ogóle mi się to nie podoba. Zupełnie bez pomysłu. Druga propozycja dotyczyła reklamowania sieci sklepów, ale dostępnych wyłącznie na prowincji i wsiach.

Trochę nie ten target.

No właśnie. Jeśli ktoś ogląda NC+, to raczej w większych ośrodkach. Jak widzisz, nie wystąpiłem ani tu, ani tu.

Stereotypowy dziennikarz sportowy nie stroni od wódki, imprez. Może to stereotyp wypracowany przez starsze pokolenie, ale Pan kompletnie do niego nie przystaje. Nigdy to Panu nie zaszkodziło?

Nie, nigdy. Ja też nie jestem święty i zdarzało się, że rano bolała mnie głowa. Nie dałbym rady balować przez kilka dni imprezy sportowej, na którą jadę, bo chyba by mi łeb eksplodował. Każdy ma swoje priorytety i lubi coś innego. Ja lubię dużo sportu, a gdybym dorzucił do tego napoje wyskokowe, to następnego dnia bym nie wstał. Wolę wstać i samemu się poruszać, a nie uprawiać podnoszenie ciężarów.

Będąc młodym chłopakiem chodził Pan na Legię?

Chodziłem.

Piknik czy Żyleta?

Na Żyletę czasem zabierał mnie brat, a z ojcem raczej na trybunę po drugiej stronie, pod dachem. Byłem na kilku meczach Gwardii Warszawa, bo też grywała w Ekstraklasie. Moment, który przestawił mi zwrotnicę w głowie nadszedł, kiedy mój pierwszy szef, Janusz Basałaj, powiedział: panowie, od tej chwili pracujecie dla telewizji ogólnopolskiej i nie chcę widzieć żadnego kibicowania. Jak usłyszę kibicowanie, to się rozstajemy. Dla mnie to było zrozumiałe i oczywiste.

Widzowie pewnie nie raz nazwali Pana legionistą.

Pewnie, że z racji tego, gdzie mieści się stacja i gdzie się urodziłem, będziemy identyfikowani z Legią. Ale z kolei kibice Legii piszą, że nienawidzę Legii i kocham Wisłę. Z tym nie da się walczyć. Nawet nie chcę. Jeżeli ktoś ma wystarczająco dużo oleju w głowie, to nie będzie sądził, że jeśli pochwalimy Legię, a skrytykujemy Wisłę, to znaczy, że jesteśmy prolegijni i anty wiślaccy. Dziecinada.

Taka mentalność kibiców, którzy niekiedy, pod pewnymi względami, mają ograniczone myślenie. Skoro jest Pan z Warszawy, to normalne, że jako dzieciak kibicował Legii. Przecież nie Polonii.

Dlaczego nie? To byłoby ciekawe, ale bliżej miałem na Legię. Każdy z nas wywodzi się z jakiegoś środowiska, a skoro interesujemy się piłką, to kibicowaliśmy. Dziś to uczucie jest mi obce, chyba, że grają w europejskich pucharach. Za dobrze poznałem to środowisko. Za dobrze, żeby patrzeć na nie naiwnie i bezkrytycznie. Na tych ludzi, na tych piłkarzy. Nie patrzę na to tak, jak postrzegałem będąc dzieckiem, kiedy byłem wpatrzony w Dariusza Dziekanowskiego i uważałem, że jest najlepszym piłkarzem na świecie.

To samo mówił Krzysiek Stanowski. Kibicował Legii do momentu, kiedy nie poznał jej od środka. Dla widza czasem lepiej chyba pozostać po tej bezpieczniejszej stronie.

Tak, kiedy jest się wyłącznie kibicem. Dziennikarz musi dotrzeć głębiej, poznać to środowisko, poznać ludzi. Chociaż czasem zbyt bliska znajomość też nie jest dobra. Ja na przykład nie mam przyjaciół wśród zawodników, którzy obecnie grają w piłkę. Kumpluję się, ale nie mogę nazwać tego przyjaźniami. Moim przyjacielem jest Andrzej Twarowski i to mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem. To jest człowiek, z którym mogę pogadać o wszystkim, zwłaszcza nie o piłce i nie o sporcie.

Uważa Pan, że przy Lidze+ Extra da się zrobić coś lepiej?

Pewnie. Cały czas próbujemy, cały czas się staramy, modyfikujemy. Tak jak mówię młodym ludziom u nas w stacji: ogranicza was tylko wyobraźnia. Najgorsze są schematy myślenia, bo telewizja lubi inwencję. Rozumiem, że ludzie przyzwyczajają się do pewnych rzeczy. Liga+ Extra na początku została mocno skrytykowana za koncepcję z udziałem publiczności.

Właśnie miałem do tego nawiązać. Takiego hejtu nie było chyba nigdy wcześniej.

Nie ukrywamy tego. Nie będę się chował, biorę na klatę, chociaż przyznam się, że nie ja wymyślałem te wszystkie dziewczyny z tyłu. To był błąd. Od drugiego odcinka wymogliśmy, żeby publiczność naprawdę interesowała się piłką. Dziś to są na przykład młodzi chłopcy grający w piłkę w warszawskich klubach. Oni kumają czaczę, dla nich to jest coś fajnego, nie trzeba wyjaśniać żartów, by były zrozumiałe. Natomiast dziewczyny, które prezentowały wdzięki i czekały na to, aż program się skończy, to nie był dobry kierunek.

To rzeczywiście było słabe, ale generalnie trudno dogodzić wszystkim jednocześnie.

Wcześniej mówili, że jest już nudno, że oklepane. Internetowy hejt oczywiście trzeba brać pod uwagę, bo to jedna z dróg komunikowania się z widzami. Hejterów będzie zawsze więcej niż tych, którzy cokolwiek pochwalą. Nie wyobrażam sobie człowieka, który zachwycił się nową Ligą+ Extra, wszedł w internet i zaczął wypisywać, że obejrzał cudowny program i bardzo mu się podobał. W rzeczywistości obejrzy, pośmieje się, a potem weźmie książkę i zapomni. I o to chodzi, od tego jesteśmy. Powiem Ci więcej. Gdybyśmy na wiosnę wrócili do starego formatu, to znowu byłby hejt. No nie, o Jezu, znowu to samo, nudno, cicho, nic się nie dzieje! Nie da się dogodzić wszystkim. Nawet Scarlett Johansson nie podoba się wszystkim facetom. Wydaje mi się, że mamy dryg do tego, żeby wyczuć co jest jeszcze fajne, a co już obciachowe. A czasami to bardzo cienka linia.

Pan przez chwilę pracował w radiu, jeszcze przed Canal Plusem.

Krótko, nawet nie zaistniałem na antenie.

Ale coś pan tam musiał robić. Może kawę i herbatę. Mam wrażenie, że dziś młodzi dziennikarze chcą wszystkiego na już, na teraz. Nie przeszkadza to Panu?

To charakteryzuje pokolenie, sorry chłopaki, millenialsów. Tacy są młodzi ludzie. Chcieliby otrzymać już, dużo i szybko. Szybko zarobić, dorobić się. Mieć fajną pracę, dużo zarabiać i najlepiej zbierać same pochwały. Zdarza się, że chłopaki odfruwają po jednym czy drugim występie przed kamerą. Takiego delikwenta trzeba sprowadzić na ziemię, przebić balon, ściągnąć za nogę. Nie ma nic gorszego, niż ktoś, kto ma ewidentne braki warsztatowe, a wydaje mu się, że zjadł wszystkie rozumy. Dostrzegam takich ludzi w telewizji i wtedy ściszam albo wyłączam. Nie tylko w sporcie. Niektórzy sądzą, że wystarczy „być” i to wystarcza za wszystko, także za szare komórki.

Kończymy, ostatnie pytanie. Gdzie Tomasz Smokowski widzi się za dwadzieścia lat?

Po drugiej stronie kamery. Nie będę występował. Nie najgorzej znam się na telewizji, więc chciałbym produkować własne programy. Może w internecie, bo za dwadzieścia lat telewizji może już nie być. Będę za stary i źle wyglądający, żeby występować przed kamerą. W telewizji robiłem wszystko, łącznie z z opisywaniem taśm i klejeniem materiałów. Naprawdę zaczynałem od najniższego szczebla.

To musi być duża satysfakcja. Od pucybuta do milionera.

Trochę tak. To była uczciwa droga. 

***

We wtorek Tomasz Smokowski odpowiadał na pytania, które zadaliście na Facebooku w programie #FaceEleven. Trzymajcie rękę na pulsie! Już niedługo zapowiemy kolejnego gościa i będzie szansa na zgarnięcie oficjalnej piłki Ekstraklasy. 

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...