"Jedna z imprez skończyła się meczem. Boruc stał na bramce"

10.01.2017
fot. Pressfocus

Jak co niedzielę, długi, ciekawy wywiad. Dziś zapraszamy na rozmowę z Piotrem Włodarczykiem, który opowiada o balowaniu w Warszawie, legalnym piwku w Grecji, fryzurach Djiriblija Cisse i tym, jak to zrobił, że zarobił grając w karty. 

Jakim piłkarzem był Piotr Włodarczyk?

Trudno ocenić. W Ekstraklasie rozegrałem 284 mecze, zdobyłem 92 bramki. Nie wszystko poszło po mojej myśli, ale nie narzekam. Byłem solidnym ligowcem. Zdaję sobie sprawę, że można było wyciągnąć więcej.

Największe błędy?

Czerwona kartka w meczu reprezentacji z Irlandią Północną.  To był 2004 rok. Poza tym mogłem zostać we Francji i spróbować powalczyć w Auxerre, iść na wypożyczenie. Pewne rzeczy można było rozwiązać inaczej.

Czego, z perspektywy czasu, żałuje Pan bardziej?

Czerwona kartka była głupim zachowaniem. Wynik był pod kontrolą, prowadziliśmy 3:0. Trzy dni później był mecz z Anglią, w którym być może bym zagrał. Nieroztropne zachowanie. Nad powrotem do Polski z Auxerre trochę jednak się zastanawiałem. We Francji miałem jeszcze trzy lata kontraktu, ale grałem mało. Konkurencja była ogromna. Jedynym wysuniętym napastnikiem był Djibril Cissé, cofniętym Oliver Kapo. Trener Guy Roux właściwie nie robił zmian, więc siedziałem na ławce. Dlatego panu Grajewskiemu udało się przekonać mnie do Widzewa. Były obiecanki o odbudowie potęgi. Miałem propozycje z Francji, z Tel Awiwu, ale chciałem przede wszystkim grać. Dlatego wróciłem do Polski.

Miała być potęga, a – z tego, co wiem – nie było nawet na pensje. Sądzi się pan o zaległe pieniądze?

Nie, nie ma się z kim sądzić. Powiedzmy, że dostali je ode mnie w prezencie.

Dużo pieniędzy?

Sporo, liczone w setkach tysięcy. Jeśli stać mnie na malucha, to nie jeżdżę mercedesem. Miałem kontrakt na dwa lata, ale po półtora roku stwierdziłem, że to bez sensu. Mogłem wybrać lepiej, ale generalnie nie uważam tego za błąd. Potem trafiła się propozycja z Legii, reprezentacja. Nie ma czego żałować.

A sam transfer do Auxerre? Spora rzecz. Jak wyglądały jego kulisy?

Oglądali mnie w kilku meczach Śląska. Po sezonie zaprosili na dwudniowe testy, ale trener Roux zostawił mnie na dwa tygodnie. Spodobałem się. Skończył mi się kontrakt ze Śląskiem, ale wtedy w Polsce nie było jeszcze prawa Bosmana. A we Wrocławiu zapłacili za mnie milion marek, czyli dwa miliony złotych. Jak na tamte czasy spora kasa. Nie chciałem odchodzić za darmo, to byłoby nie fair. Wróciłem do Śląska, zagrałem kilka meczów i tydzień przed okienkiem Auxerre wykupiło mnie za równy milion marek, żeby wyszli na zero.

Co dalej? Francja, większy klub, większa piłka.

W pierwszym meczu od razu wyszedłem w pierwszym składzie. Pamiętam, że z Montpellier, bo Cisse miał kontuzję. Potem wylądowałem na ławce, czasem grałem ogony. Skończyło się na sześciu meczach. Wchodziłem tylko wtedy, kiedy trzeba było gonić wynik. Bywało, że kończyliśmy mecz tą jedenastką, która wyszła na boisko. Zero zmian.

Serio? Przecież ci, którzy grali wszystkie mecze w sezonie po 90 minut, mogli się zajechać. Taki Cisse miał problemy z kontuzjami przez całą karierę.

W Auxerre grał wszystko i był zdrowy. Dopiero w Liverpoolu to granie być może zaczęło się na nim odbijać. Skład mieliśmy dobry. Na środku obrony grali chociażby Philippe Mexes czy Boumsong, ale towarzystwo szybko się rozeszło. Jak tylko zagrali w Lidze Mistrzów, to wszystkich sprzedali.

Mexes, Cisse… Spore nazwiska, nawet z dzisiejszej perspektywy. Od początku byli traktowani jakoś wyjątkowo?

Siedziałem obok nich w szatni. To byli wychowankowie, dzieci Rouxa. Wiedział, że niedługo sprzeda ich za grube miliony. On nie był tylko trenerem pierwszej drużyny. W klubie siedział od rana do wieczora. Zajmował się wszystkim. Chodził po boiskach i sprawdzał, gdzie nie urosła trawa. Tam, gdzie trzeba, to przydeptał, albo podsypał. Człowiek instytucja.

Cisse już wtedy był taki jak w późniejszych latach? Ekstrawagancja, fura, skóra i fryzura?

Miał swoje fanaberie. Oczywiście musiał mieć najlepszy model mercedesa. Do tego tatuaże, fryzurki… Mając dwadzieścia lat był taki sam jak później. Z tego, co wiem, to już grając w Panathinaikosie, pokazał się w szkockiej spódniczce. U nas zdarzało mu się chodzić w garniturze, bez niczego pod spodem. 

Pana wejście do szatni było jakieś szczególne?

Było, bo nie znałem francuskiego. Przez chwilę miałem tłumacza, później zostawili mnie samego sobie. Ale muszę przyznać, że szybko dogadałem się ze wszystkimi. Szczególnie z takim Finem, Teemu Tainio. Z nim dało się porozumieć po angielsku, bo Francuzi raczej nie kumali. W Auxerre mieszkaliśmy obok siebie i trener musiał reagować. Rozgonił nas na krańce miasta.

Jest Pan znany z tego, że w szatni robił za wodzireja. Tam też tak było?

Tam byłem spokojny. Inaczej w Grecji, gdzie była fajna ekipa. Dużo Brazylijczyków, Hiszpanów… Klimat dobry nie tylko do grania (śmiech).

Przed wyjazdem do Grecji, w Lubinie, też trafił się Latynos. Nazywał się Manuel Arboleda i chyba średnio go Pan polubił.

Sytuacja była taka, że mieliśmy być w szatni pół godziny przed treningiem. Przychodziliśmy, włączaliśmy telewizor, leciały jakieś piosenki z Vivy. Kiedyś mamy pięć minut do wyjścia, wchodzi Arboleda i jego głośna muzyka, której słuchał na telefonie bez słuchawek i która średnio nam pasowała. Kulturalnie zwróciłem mu uwagę, a później już poszło samo.

Doszło do rękoczynów?

W pewnym sensie. Szybko nas rozdzielili. Arboleda chyba bardzo chciał wtedy odejść. W Lechu był już trener Smuda, który bardzo chciał zabrać go ze sobą. Specjalnie prowokował sytuacje w szatni. Nie graliśmy najlepiej, nie spełnialiśmy oczekiwań i na dodatek mieliśmy Manuela, który próbował porozbijać wszystko od środka.

Kibice Zagłębia zarzucali Panu, że przyszedł Pan za sporą kasę, dostał wysoki kontrakt, a bardziej niż na grze w piłce, skupił się na balowaniu.

W Lubinie nie było nawet gdzie balować. Na pół gwizdka może nie, ale przychodząc z Legii spodziewałem się czegoś innego. Różnie było z kibicami. Bardzo specyficzni ludzie. Nawet jak wygrywaliśmy, to nie przychodzili, zaglądali w portfel, że za dużo zarabiamy. Nikt w Lubinie nie zarabia małych pieniędzy. A że przyszedłem za grubą kasę? Bzdura. Groszowe sprawy.

Wyczytałem, że ponad dwieście tysięcy euro.

To dużo? Już wtedy w Ekstraklasie za piłkarzy płaciło się większe pieniądze. Ale nie ukrywam, że to był chyba najsłabszy okres w mojej karierze. Nie było wyników, atmosfera była marna. Potem karna degradacja do Pierwszej Ligi, a tam grać nie miałem zamiaru.

I później trafiła się Grecja. Dużo większa kasa niż w Lubinie?

Porównywalna.

Była na koncie, czy została na papierze?

W Arisie była, dopiero na Krecie trochę zabrakło. Aris to był dobry klub, grali w europejskich pucharach. Było specyficznie. W greckich klubach często jest tak, że mają gwiazdy, które zarabiają ponad milion euro i muszą grać. Kadry są wymieniane co pół roku, co rok. Jak ktoś został przez dwa lata, to można było powiedzieć, że się zasiedział. Wiedziałem, że długo tam nie pobędę. 

 

Później Kreta. Super miejsce do życia.

Super. Żona, syn, wszyscy zadowoleni. W pierwszym roku walczyliśmy o awans. Zabrakło nam uczciwego sędziowania. W ostatnim meczu barażowym nie uznali mojej bramki. Miałem dwa metry do spalonego, a po tym, jak piłka wpadła do siatki, sędzia podniósł chorągiewkę. Rok później był awans, ale odszedłem.

Był dom z basenem?

Nie, z basenem nie. Morze było blisko, basen nie był potrzebny. Było super. Trening, po treningu kawka na mieście, zawsze ci sami ludzie. Grecja generalnie super miejsce do życia. Bardzo spokojnie. Gorzej, kiedy trzeba coś załatwić. Na przykład w banku. Katastrofa. Na kartę do bankomatu czekałem trzy tygodnie. Ciągle mówili, że jeszcze nie ma. Jak już przyszedłem do banku i usiadłem przy stoliku, to obsługującemu mnie facetowi, kurier przyniósł gazety. A ten wziął i zaczął czytać. Zamurowało mnie. Mówię do niego, że przecież rozmawiamy o mojej karcie. Zrobiła się awantura i po chwili jakimś cudem karta się znalazła.

A grecka szatnia? Ja wyobrażam sobie, że kiedy nie było tam trenera, to jeden piłkarz wyciągał fajki, drugi piwko…

Nie no, aż tak to nie (śmiech). Przede wszystkim bardzo dużo obcokrajowców. W Arisie było tylko ośmiu Greków, bo takie było regulaminowe minimum. Grecy trochę płakali, że zarabiają dziesięć razy mniej od przyjezdnych. Na Krecie płace były bardziej wyrównane. Do tego wspólne imprezy, jakieś grille, nawet w klubie coś dało się zorganizować. Kiedy wracaliśmy samolotem z wyjazdu, nikt nie musiał pytać trenera, czy może napić się piwka. Kto chciał, to kupował i pił. Z Polakami jest ten problem, że jak się pozwoli na jedno, to później już leci. Tamtym wystarczyły dwa piwka czy drink.

W Grecji najlepsze imprezy w Pana życiu?

Czy ja wiem… Wszędzie było dobrze. Oprócz Lubina, bo tam nie wyszedłem ani razu. Wtedy jeździło się do Wrocławia albo wracało do Warszawy.

I zaglądało na Chmielną.

No Chmielna, Kaiser. Mieliśmy taki zwyczaj, że po meczach zbieraliśmy się tam z rodzinami na kolację, a później już co kto lubił. Kiedy jeszcze grałem w Legii, przegraliśmy mecz, u siebie z Odrą Wodzisław. Nie chcieliśmy pokazywać się na mieście, żeby nie prowokować ludzi. Przyszliśmy do mnie i impreza skończyła się meczem. Mężowie kontra żony. Było trochę śmiechu, bo zebrała się prawie cała drużyna. Artur Boruc na bramce, Łukasz Surma, Marcin Burkhardt... Prawie wszyscy. 

Jacek Magiera też się pojawiał?

Nie był outsiderem, który chodzi własnymi ścieżkami, ale nie brał udziału w grubszych imprezach. Jeśli bywał, to krótko, grzecznie posiedział i zawsze wiedział kiedy skończyć. Zawsze mieliśmy super kontakt. Bywało, że mieszkaliśmy razem w pokoju. Wbrew pozorom miał do siebie dystans. Wymyśliłem mu kilka ciekawych ksyw, ale nie nadają się do publikacji (śmiech).

Trochę dziwne, bo jednak różnica charakterów kolosalna.

Byliśmy jak ogień i woda. Jacek był kapitanem młodzieżówki, a w nas wszystko buzowało i przychodziły do głowy różne głupie pomysły. Zawsze nas tonował, hamował. Był dobrym duchem zespołu. Był takim poczciwym ojcem-kapitanem.

Nie ukrywa Pan, że lubił pobalować?

W tygodniu były obowiązki, dziecko, rodzina. A po meczu w weekend oczywiście, że lubiłem posiedzieć trochę dłużej. Wtedy był na to czas. Po spotkaniach, jeśli nie wyszedłem z domu, to i tak nie spałem i do czwartej czy piątej rano oglądałem telewizję. Adrenalina. To po co było siedzieć w domu? Szkoda prądu. Już lepiej wyjść na miasto.

Wtedy być może tak. Dziś to już niesportowy tryb życia.

Czasy się zmieniły, zmieniło się też podejście piłkarzy do zawodu. Kiedyś nikt nie myślał o zdrowym odżywianiu. Dziś zawodnicy są większymi profesjonalistami, dbającymi o szczegóły. Kiedyś nie było telefonów z aparatem, nikt nie robił nam zdjęć. Dziś można cyknąć fotkę piłkarzowi, który siedzi z żoną przy jednym piwie i napisać, że wypił dziesięć.

Do Warszawy przyjechał Pan prawie dwadzieścia lat temu. Dokładnie rok 1997. W szatni Legii Szamotulski, Jacek Bednarz, Cezary Kucharski… Początki mogły być trudne.

Wiadomo. Przyjeżdżam z Wałbrzycha, patrzę, a tu połowa reprezentacji Polski. Ale szybko udało się dogadać. Na pierwsze zgrupowanie pojechaliśmy na Cypr, bo u nas była sroga zima. A tam się posiedziało, coś porobiło, pograło w karty i szybciutko złapało dobry kontakt.

W karty na pieniądze?

Tak, ale jestem niezły. Podczas całej kariery wyszedłem na plus, ale nie graliśmy na jakieś kosmiczne kwoty. Bardziej dla zabicia czasu. W pokerka albo w remika.

Jest Pan chyba pierwszym piłkarzem, który powiedział, że na kartach wyszedł na plus.

Ktoś musiał ich ogrywać (śmiech). Ktoś te pieniądze musiał zbierać.

Później trafił się mecz z Legią w barwach Ruchu. Strzelił pan dwie bramki, wygraliście 3:2.

Pamiętam. Potem Legii zabrakło dwóch punktów, żeby grać w pucharach. Potem wróciłem do Warszawy i niestety nie grałem w pucharach (śmiech).

Była celebracja goli?

Cieszyłem się. Młody byłem, ambicja buzowała. Teraz pewnie zrobiłbym inaczej.

Pana menedżerem był Jarosław Kołakowski?

Nie miałem jednego stałego. Jeden transfer załatwiał ten, drugi inny. Trochę pracowałem z Jarkiem, trochę z Mariuszem Piekarskim. Kiedyś były inne czasy. Paru menedżerów na rynku. Kiedy przychodził cię oglądać, to było naprawdę coś. Wyróżnienie. Teraz szukają wśród młodych chłopaków. Jeszcze dobrze piłki nie kopnie, a już słyszy, że będzie nowym Ronaldo czy Lewandowskim.

Piekarski, Kucharski. Pierwsi z brzegu Pana koledzy – menedżerowie. A Pan, jest zadowolony z życia po karierze?

Nie narzekam. Jestem przy piłce. Udzielam się społecznie w czwartoligowej Ożarowiance, jestem członkiem zarządu Mazowieckiego Związku Piłki Nożnej. Mam licencję trenerską UEFA A, ale nie ciągnęło mnie w kierunku trenera. Było dużo czasu, można było iść na kurs, zobaczyć jak to wygląda z bliska. Licencja się przydała, bo przez chwilę, kiedy został zwolniony trener, trenowałem Ożarowiankę. Będąc prezesem i trenerem jednocześnie, miałem najbezpieczniejszą posadę na świecie.

JESTEŚ FANEM ROBERTA LEWANDOWSKIEGO? SPRAWDŹ SWOJĄ WIEDZĘ NA JEGO TEMAT!
1/10

(1/10) W KTÓRYM ROKU URODZIŁ SIĘ ROBERT LEWANDOWSKI?

1989
1988
1987
1986
Następne pytanie
Piotr Borkowski
Breaking
WIDEO: Guilherme strzela gola w meczu...