„Legia to świętość. Na mecze wjeżdżałem nawet w karetce”

19.09.2016

Bogusław Łobacz Legii Warszawa kibicuje od grubo ponad czterdziestu lat. Dziś odwiedziłem go w jego warsztacie samochodowym na warszawskiej Woli. W latach 90-tych pracował przy Łazienkowskiej, gdzie był kierownikiem drużyny z Leszkiem Piszem, Wojciechem Kowalczykiem czy Maciejem Szczęsnym. Z nami rozmawia o porażce z Borussią, o robieniu kanapek i praniu strojów piłkarzy, o sprzedanym meczu w Genui i o pazernym wojsku, które lata temu roztrwoniło sukcesy Legii. 

Trudno jest kibicować Legii?

Nie, dlaczego? Ja w swoim czasie zostałem z tego klubu wyrzucony goły i wesoły. Wisieli mi grubą kasę, nie dostałem ani złotówki. Zostały tylko wspomnienia, ale Legii nie da się znienawidzić. To nie korporacja, która wyciśnie cię jak cytrynę, a potem da kopa w dupę.

Czym jest dla ciebie ten klub?

Z klubem jest trochę jak z krajem. Mogą nie podobać ci się ludzie, politycy, ale kiedy grają hymn masz wstać i śpiewać. Masz znać jego historię i go szanować. Jesteś stąd, tu są twoje korzenie. Ja po kądzieli warszawiak z dziada pradziada, po mieczu wilniak, żeby było śmieszniej, bo stamtąd pochodził mój ojciec. W rodzinie od zawsze wszyscy chodzili na Legię. Pamiętam jak zbierali się przy radiu. Dla mnie to świętość. Czasy się zmieniają, ludzie odchodzą, ale klub zostaje.

W twoim kibicowskim rozumowaniu przegrana 0:6 z Borussią była pewnie sporym ciosem?

Po meczu do pierwszej nocy łaziłem dookoła stadionu i zastanawiałem się, jak można było grać w ten sposób. Jak można było nie podjąć żadnej walki. Wtedy resztki zaufania do Hasiego poszło w diabły. 

To był aż tak beznadziejny trener?

Każdy wie, że prowadząc firmę, nigdy nie możesz publicznie poniżać czy dyskredytować swojego pracownika. Ten gość wyszedł na konferencję prasową i powiedział, że mamy poziom ligowy, czyli poziom Legii i Ligę Mistrzów, do której nigdy nie dorośniemy. Jesteś nauczycielem, przejmujesz nową klasę, patrzysz w dziennik. Przeglądasz go i widzisz, że w dwóch ostatnich semestrach dawali radę. Średnia może nie za mocna, ale przyzwoita, a ty publicznie mówisz, że są osłami. Nie można tak. Za moich czasów w ten sposób nie wypowiedział się żaden trener.

Widzę, że najbardziej uderzyły cię jego konferencje.

Słuchałem jednej, drugiej. Potem zobaczyłem wyjściowy skład na Borussię i mówię sobie: Matko Boska, on zwariował. Może to i dobry trener, ale siłą zespołu jest zespół. A żeby go stworzyć nie wystarczy iść i postrzelać się kulkami z farbą. Śmieszy mnie to. Za moich czasów były ogniska, grille. Było piwko, były kanapeczki, była rozmowa. Na boisku nikt nie odstawiał nogi, ale potem każdy pozostawał zwykłym człowiekiem. Teraz mi tego brakuje.

Kibice są problemem Legii?

Na trybunach są wszyscy. Od księdza przez inżyniera po budowlańca, złodzieja, na ministrach kończąc. Stadion wyraża emocje. Jak debilni musieliby być kibice Legii, żeby porównywać Borussię do ludzi z Izraela? To jest chwytliwy temat. Wszyscy wiedzą, że FARE jest na garnuszku tych, którzy te sprawy zgłaszają. Ostatnio byłem w banku. Wchodzi parka z dzieckiem, widać że przy kasie. Ubrani, odstawieni. Mają te kilkaset tysięcy, coś tam kombinują. I co chwilę tylko „nie pierdol, nie pierdol”. Nikt nawet nie zwrócił im uwagi. Pytam się: czym różnią się od kibiców? W moich czasach było tego mniej, głownie krzyczeliśmy „sędzia chuj”.

Twoja młodość też była ciężkim czasem do kibicowania.

Na meczach było ZOMO. Pieprzone, niedobre, cegłami w nich rzucałem, poobijany do domu wracałem, ale to był wróg. Zbrojne ramię komuny. Przed jednym z klasyków z Górnikiem zabrakło biletów. Można było je dostać tylko u koników pod stadionem. ZOMO dostało cynk, że maja ich wyłapać. Dla nich konikiem był każdy, kto miał bilet w reku. Czy je kupił, czy na kogoś czekał. Nieważne. Podjechali kilkoma Starami, prawie spacyfikowali ludzi, pozgarniali. Masakra.

W wojsku też ponoć miałeś niezłe przygody.

Było trochę problemów, ale ostatecznie trafiłem na służbę przy Łazienkowskiej. W wojsku nie można było jeździć samochodem, ale ja miałem „malucha”. Parkowałem pod jednostką, o 15:00 wracałem do domu i następnego dnia rano byłem z powrotem. Kiedyś wracam, jadę w moro, jacyś goście wychodzą mi na pasy. Strąbiłem, rozstąpili się. Patrzę, a tu szef kompanii, cały purpurowy.

Upiekło się?

Nie ma opcji. Wysłali mnie na Forty Bema, gdzie niby miałem dostać w dupę, a było jeszcze luźniej niż na Legii. Raz służba wypadła mi w dzień meczu, a u nas stacjonowały wojskowe karetki, które obstawiały spotkania. Nie mogłem iść na trybuny, ale kolega mówi: dawaj na nosze, jedziemy na Legię. I na stadion wjechałem w karetce.

Kiedy ty zaczynałeś pracę w Legii był rok 1990. Inne realia. Słyszałem, że jako kierownik, musiałeś robić piłkarzom kanapki.

Mieszkaliśmy wtedy z żoną w jednym pomieszczeniu, małe dziecko i kuchnia przez ściankę działową. W dniu wyjazdu na mecz leciałem do zaprzyjaźnionej piekarni, gdzie miałem zamówione bułki. Z boku fajny sklep mięsny. Rozkładaliśmy na podłodze folię, potem jedno smarowało, wkładało wędlinę, drugie pakowało. Do samochodu i był suchy prowiant. Cztery bułki na głowę, czyli w sumie ponad stówę.

Co jeszcze musiałeś organizować?

Prałem w domu sprzęt. Teraz mogą zamieniać koszulki po każdym meczu, wtedy były trzy komplety – zielony, biały i czerwony. W niedzielę był mecz, w środę graliśmy następny. Oba w zielonym komplecie, bo trzeba było dostosować się do przeciwnika. Jak przyniosłem do domu za pierwszym razem, to żona prawie uciekła. Nikt nie wie jak śmierdzi ten przepocony sprzęt.

Masakra.

Najpierw moczenie w wannie, wybierało się trawę i błoto. Potem następne moczenie i do pralki, po parę sztuk.

Klub nie miał własnej pralni?

Była, ale oddawała za 5-6 dni, a nam potrzebne było na wczoraj. Kiedyś mieliśmy zgrupowanie w Wyszkowie, przed meczem z Aberdeen w Pucharze Zdobywców Pucharów. Ośrodek był niezły, ale nie było tam ani telewizora, ani magnetowidu. Telewizor miałem swój, a magnetowid pożyczyłem od kumpla. Wsiadłem w Malucha, podjechałem, zebrałem, wróciłem do Wyszkowa. Co za problem?

Co za problem? Przecież dziś to abstrakcja.

Wkręty do butów też załatwiłem, w fabryce maszyn rolniczych. Te Adidasa były plastikowe, jak dla panienek. Ja znalazłem firmę gdzieś na Mazurach, która te kołki robiła przy okazji, jako produkt uboczny. Pojechałem, kupiłem, potem do gościa na Górczewskiej w Warszawie, który miał starą maszynę i toczył mi je w stożki. Spytaj Darka Wdowczyka. Strasznie mu się podobały.

Genua, Puchar Zdobywców Pucharów. Jakieś skojarzenia?

Genua? Gówniany hotel. Miałem klitkę z maleńkim lufcikiem. W pierwszym życiu musiała być schowkiem na szczotki, kompletna nora. Oni potraktowali nas jak ogórki, którym jakimś cudem udało się wygrać 1:0 w Warszawie. Tamten dwumecz pokazuje, że walką i ambicją można osiągnąć wszystko. Ja do dziś pamiętam nogi Jacia Cyzio po powrocie do Warszawy. Ile miały dziur. Kopali gryźli, sędzia był kupiony, a myśmy przy tym wszystkim mieli wielki fart.

Ponoć w przerwie do pokoju sędziów zapukała mafia.

Tak, nas nie chcieli wpuścić. Po latach sędzia, pod wpływem promili, do wszystkiego się przyznał, chociaż nie musiał, bo to było ewidentne.

Z którym z zawodników żyło ci się najlepiej?

Bardzo lubiłem Maćka Szczęsnego. Na zgrupowaniach często wpadałem do jego pokoju. Zawsze miał fajną muzykę, dobrą kawę. Można było zajarać papierosa. Zawsze palił. Raz dostałem burę, bo Włodek Stachurski przyłapał nas na dymku. Kierownik to jest taka niewdzięczna rola, że chcesz żyć dobrze z zawodnikami, trenerem i górą. Ze wszystkimi jednocześnie. Krzysiek Budka mi zawsze mówił: jak przytemperujesz pysk, to będziesz pracował tutaj do emerytury.

Nie posłuchałeś?

Nie ukrywam, że praca na Legii zaczęła mnie męczyć. Dokończyłbym sezon i pewnie sam podziękował, natomiast wyrzucono mnie w sposób groteskowo śmieszny. Jedna sprawa, że za dużo kłapałem dziobem, co nie do końca podobało się trenerowi (Pawłowi Janasowi – P.B.). Wracaliśmy z Aten, zepsuł nam się samolot. Wróciliśmy o jakiejś chorej godzinie, a ja miałem jechać do Wisły po żonę. Poprosiłem w klubie o dzień zwolnienia.

Odpowiedź pewnie negatywna.

Powiedzieli, że nie ma opcji. Mimo wszystko udałoby mi się obrócić, ale w Wiśle spotkałem Maćka Śliwowskiego, który wtedy grał w Austrii. Trochę wypiliśmy wieczorem, za późno wyjechałem, za późno przyjechałem, na treningu nie byłem i okazało się, że nie pracuję.

Wspominałeś, że Legia się z tobą nie rozliczyła.

Nie byłem świnią, nie chciałem w to nikogo wciągać. Jeden z panów pułkowników dał mi oficerskie słowo, że swoją kasę z Ligi Mistrzów dostanę. Nie zobaczyłem nawet złotówki. Fakt, były to duże pieniądze, które straciłem, ale nie obraziłem się na Legię. Mam tylko żal do ówczesnego trenera i paru innych ludzi, bo się zachowali po prostacku. Na mecz z Panathinaikosem wszedłem na akredytację prasową, którą załatwił mi kolega, ale nie miałem siły oglądać. Rozpłakałem się i wyszedłem po piętnastu minutach.

Co się stało z tym klubem po sukcesach w Pucharze Zdobywców Pucharów i Lidze Mistrzów?

Wojsko doprowadziło do tego, że wszystko się rozpieprzyło. Po Lidze Mistrzów było to samo. Skończony debilizm ówczesnych władz i wojska, doprowadził do zniweczenia tego, co osiągnięto. Teraz wszyscy się jaramy, że gramy w Lidze Mistrzów, a dziś Liga Mistrzów zaczyna się na wiosnę. Jesienią jest Puchar Intertoto za dużo większe pieniądze, gdzie bogaci się napychają, a biednym spadają okruchy. Komercja, hajs i nic więcej.

Od twojego pierwszego meczu na Legii minęło 46 lat...

Miałem dziesięć lat. Bardzo szybko ogarnąłem linię trolejbusową numer 52, która jeździła na Legię. Potem był autobus linii 155. Tam spędzało się wszystkie wagary. Teraz dzieciak otworzy smartfona, odpali facebooka, pierdolnie sobie twitta, fotkę. Fru, poszło. Nie jestem w stanie pojąć tego, że przez wiele lat czekania na mistrzostwo Polski były nadkomplety. A dziś? Gdyby wszyscy byli oddani Legii tak, jak to głoszą, to na bilety byłyby zapisy.

Na koniec porównajmy Legię z czasów twojej pracy i Legię dzisiejszą. Gdyby zmierzyły się na boisku, to jaki byłby wynik?

Legia z meczu z Celtikiem – byłby remis. Legia pod Czerczesowem – spokojnie zagrałaby na remis. Legia ta z Borussią, no to… przepraszam Cię. Tak samo dostaliby 0:6. Teraz najważniejsza jest komercja i ładne opakowanie. 

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...