Nasi za granicą: Tomasz Stolpa. "W Azerbejdżanie wypłaty dostawaliśmy w reklamówkach"

01.05.2017

Witamy i zapraszamy na kolejny odcinek z cyklu „Nasi za granicą”. Tym razem zajrzymy do Azerbejdżanu, który piłkarsko wcale nie stoi tak nisko, jak by się nam wydawało, ale życie codzienne w nim to istny kabaret. Będziemy też w Norwegii czy Szwecji, a nawet pojawimy się na Islandii. Libacje alkoholowe po meczach, zabieranie paszportów, zabijanie krowy na ulicy? Chleb powszedni. Przewodnikiem będzie Tomasz Stolpa, napastnik m.in. Tromso IL, Grindavik czy Zagłębia Sosnowiec.

Jak się pan czuje? Pytam, ponieważ zakończył pan karierę w dość młodym wieku, ze względu na zdrowie.

Zachorowałem na zapalenie wątroby typu C. Wszystko zaczęło się od urazu kostki. Byłem chyba u trzech lekarzy i każdy z nich przekonywał, że konieczna jest operacja. Pojechałem wtedy do doktora Ficka, u którego leczyłem się przez całą karierę. Próbowaliśmy wszystkiego na tę kostkę, nawet pijawki. O zapaleniu wątroby dowiedziałem się, gdy zbadana została moja próbka krwi. Wiadomość otrzymałem przez telefon.

Co w pierwszej chwili – złość, smutek, niedowierzanie?

Nie mogłem w to uwierzyć, myślałem sobie: to niemożliwe, przecież czuję się dobrze. Było jednak bardzo źle, lekarz oznajmił mi, że to koniec. Jak najszybciej rozpocząłem leczenie, ale musiałem całkowicie zrezygnować z treningów. Przygotowywano mnie na chemię. Dostawałem zastrzyki interferonu. Stadium choroby było bardzo wczesne, do tej pory nie mam pojęcia, gdzie mogłem się tym zarazić. Nie zastanawiałem się wtedy ani nad tym, ani nad jakimkolwiek odszkodowaniem – chciałem po prostu się wyleczyć i wrócić do gry. Ten wirus można uśpić i z odpowiednim stylem życia był możliwy powrót do zawodowej piłki. Taki miałem plan.

Leczenie i rehabilitacja po takiej chorobie musiała być niezwykle trudna.

Kuracja interferonem trwała w miesięcy. To był najgorszy okres w moim życiu. Byłem sfrustrowany, upierdliwy, te zastrzyki całkowicie mnie wyniszczyły. Tak działa interferon. Wirus dobrze rozwija się w zdrowym organizmie, więc trzeba było zniszczyć organizm. Cały czas miałem wtedy problem z kostką, mogłem się nią zająć dopiero po uśpieniu wirusa HCV. Ponad rok przerwy od grania w piłkę, chciałem jak najszybciej przejść tę operację, ponieważ była w końcu potrzebna. Żaden lekarz w Polsce nie chciał mnie zoperować ze względu na fatalne wyniki badań. Dopiero jak minęły skutki uboczne interferonu, profesor Ficek zgodził się ją przeprowadzić. 

Wróciła nadzieja na powrót do gry?

Jak najbardziej, po trzech miesiącach miałem wrócić do treningów. Za granicą dorobiłem się całkiem niezłych pieniędzy, więc zależało mi tylko na tym, żeby grać, najlepiej w Polsce. Miałem wtedy ok. 30 lat, to przecież najlepszy wiek dla sportowca. Podczas operacji doktor Ficek zobaczył jednak, że z kostką jest fatalnie. To był przewlekły stan zapalny, bez szans na powrót do zawodowego grania. Nie uwierzyłem w to, wznowiłem treningi, ale po przebiegnięciu 3-4 okrążeń ja nie wiedziałem gdzie jestem. Siadła mi kondycja, kostka rzeczywiście puchła, nie dało się grać. Zacząłem więcej czasu poświęcać interesom poza piłkarskim i w pewnym momencie odpuściłem. Kontuzja wygrała.

Był i mieszkał pan w tylu miejscach, a najwięcej problemów miał pan tu, w Polsce.

Tak, oprócz niemiłej konfrontacji z kibicami oraz prezesem Zagłębia, do której nie chciałbym wracać, zdarzyło się jeszcze kilka kuriozalnych sytuacji. Najśmieszniejsze co mnie w tym kraju spotkało, to sprawa w sądzie właśnie o zakończenie mojej kariery. Powiedziałem jak było, zeznawał też doktor Ficek, pokazywaliśmy dokumenty, umowy, kontrakty… Przegrałem tę sprawę, sędzia wraz z biegłym sądowym stwierdzili, że ja nigdy nie grałem w piłkę, nigdy nawet nie wystąpiłem w barwach Siarki Tarnobrzeg! Oskarżono mnie o próbę wyłudzenia odszkodowania. Teraz mam apelację, to jest po prostu śmieszne. Biegły wypowiada się na temat mojej kariery, gdzie nie ma żadnego pojęcia nawet o piłce nożnej, a ze mną rozmawiał może 5 minut. Nazwano mnie oszustem.

Zostawmy to i cofnijmy się do początku pana kariery. Co zdecydowało o wyjeździe do Norwegii w tak młodym wieku? Miał pan 21 lat.

W tamtym okresie byłem rozżalony, dobrze mi szło w Zagłębiu Sosnowiec, ale byłem niedoceniany, tak mi się wtedy wydawało. Grałem w piłkę, bo to lubiłem, jednak nie wiedziałem wtedy co jest dla mnie najważniejsze w życiu. Skupiłem się na pieniądzach, patrzyłem na kolejne oferty kontraktów przez pryzmat zarobków. Strzeliłem w sezonie chyba z 14 bramek, umówiłem się z prezesem na osiem tysięcy złotych kontraktu, nie wywiązał się z tego. Zaproponował mi ostatecznie mniej niż w poprzednim sezonie.

Nagle dostałem telefon od Bogdana Maślanki z zaproszeniem na testy do Norwegii, do Tromso. Nie mogłem w to uwierzyć, ale rzeczywiście, wysłali nawet list do Zagłębia. Po trzech dniach testów trener i właściciel klubu składają w moje ręce propozycję kontraktu. Zarobki w wysokości 30 tysięcy złotych miesięcznie. Menedżer wspominał jeszcze o zainteresowaniu Rosenborga, ale byłem już i tak wystarczająco wystraszony, a jednocześnie podekscytowany tym wszystkim jako młody chłopak, więc przyjąłem propozycję Tromso.

Młody, bez doświadczenia, sam, za granicą… przypuszczam, że nie było łatwo się odnaleźć.

Wyjechałem do Norwegii za pieniędzmi, nie zdawałem sobie sprawy, jak ciężko mi tam będzie. Nie mogłem sobie z tym wszystkim poradzić. Nie szło mi, byłem sam na kole podbiegunowym w wieku 21 lat, mówiono mi że jestem słaby, że się nie nadaję. Dopadały mnie wtedy poważne wątpliwości. Jeden z trenerów powiedział mi, że jestem tak kiepski, że nawet jak cała drużyna będzie kontuzjowana, to i tak nie wybiegnę na boisko, nieważne jak bym się starał. Murem stali za mną zawodnicy, to było pocieszające.

Do tego wszystkiego dochodziły warunki pogodowe.

Czasami trzeba było zostawiać zapalone silniki w samochodach, bo tak padał tam śnieg. Warunki atmosferyczne nie przeszkadzały natomiast w grze w piłkę. Piękne, pełnowymiarowe boiska, oczywiście kryte i ogrzewane. Prawdziwą bolączką było jednak coś innego. Na początku było bardzo fajnie, słońce świeciło cały czas, jedynym problemem było zakładanie koców na okna żeby móc iść spać… a potem nastawała ciemność. Nieprzerwana. Noc polarna to straszne przeżycie, człowiek traci zupełnie rachubę, popada w załamanie, depresję. Też przez to przechodziłem. Kłopoty wynikające z dnia polarnego, okazały się niczym. W nocy budzi się pan i tak naprawdę nie wie, czy jest rano, południe, wieczór. Powrót z Norwegii był przez to fantastycznym przeżyciem, gdy ujrzałem ponownie słońce na lotnisku w Polsce, przez 20 minut wpatrywałem się w niebo i dziękowałem, że żyję.

Naprawdę mimo tego, ludzie w Skandynawii potrafią zachować optymistyczne podejście?

Oczywiście, to absolutnie niesamowite! Prosty przykład – jeśli u nas spadnie deszcz, od razu jest narzekanie, lament, zniechęcenie. W Norwegii czy Szwecji od razu byłoby „fajnie, przynajmniej samochód mi przemyje” czy coś w tym guście. Na tym to polega, w czymś wydawałoby się beznadziejnym potrafią znaleźć pozytyw. Inna sytuacja, w tamtejszych wiadomościach podaje się dobre informacje, mimo tego, iż samobójstwo popełnia tam statystycznie jedna osoba w miesiącu. A u nas? U nas za dużo się podaje ludziom negatywnych informacji. To wszystko się oczywiście dzieje, są niepełnosprawni i chorzy, to jest straszne, ale nie pomożemy wszystkim. Trzeba ludzi nastrajać pozytywnie.

Ciężko było mi się oswoić z tą kulturą Norwegii, także jeśli chodzi o piłkę nożną. Tam ludzie to robią z pasji, nie dla pieniędzy. Zrozumiałem to dopiero później. Nauczyłem się w Skandynawii zupełnie innego podejścia do ludzi, do świata. Zdarza mi się dostać za to w Polsce po dupie, ale wychodzę z założenia, że tak trzeba, by móc codziennie rano patrzeć w lustro.

Właśnie, piłka nożna, przecież po to pan wyjechał do Norwegii. Jak grało się w zespole Tromso IL?

Ówczesny trener, Per-Mathias Högmo (selekcjoner reprezentacji Norwegii w latach 2013-2016 – przyp. red.) widział we mnie talent, a do tego był świetnym psychologiem. Doświadczyłem u niego zupełnie innej kultury piłki nożnej. Nie wieczne wulgaryzmy, krzyki czy zastraszanie, ale rozmowę, dialog. Zawodnicy zwykle mówili w 2-3 językach, z resztą miałem w drużynie 14 reprezentantów krajów. Nie było rzucania butami, podziału starzy/młodzi. Jeden za wszystkich – wszyscy za jednego. W Polsce była zawiść, ci doświadczeni znęcali się psychicznie nad młodymi, którzy mogli zająć ich miejsce w składzie. Znałem w Polsce wielu utalentowanych chłopaków, którzy załamali się mentalnie i nie chcieli już grać.

Różnicę w podejściu Norwegów i Polaków do piłki nożnej można było odczuć na co dzień?

Była taka sytuacja na treningu. Kolega z drużyny mnie kopnął. Faulu nie było, ale ja zacząłem krzyczeć, machać rękami. Trener mnie woła i pyta, po co to robię. Tłumaczę oczywiście, że to był faul, że kopnął mnie specjalnie, że to tylko trening itd. Szkoleniowiec się z tym wszystkim zgadza i na koniec mówi „to teraz idź i mu oddaj, a nie machasz rękami. Jeszcze raz zobaczę coś takiego, to wlepię ci karę”. Nieważne, że to był trening, trzeba było grać na 100%. Wychodzili założenia, że jeśli nie zrobisz czegoś na treningu, to nie powtórzysz w meczu.

Kolejna rzecz doskonale obrazująca mentalność Skandynawów. By dostać w ogóle kontrakt w Norwegii, musiałem obowiązkowo zająć się szkoleniem dzieciaków. Każdy zawodnik musiał to robić, chodzi o mentalność. Młodzi oglądając w telewizji mecz mogą powiedzieć „Jutro będę miał z nim trening, będę z nim grać!”. O to właśnie chodzi, o swego rodzaju „namacalność” gwiazd. To jest podstawa.

A jeśli chodzi o czysto piłkarskie aspekty, jak scharakteryzowałby pan Skandynawię?

Ich piłkarze mają nadludzką kondycję. Ze mną w Tromso był chociażby Morten Gamst Pedersen, sprzedany potem do Blackburn. Niesamowity chłop, nigdy nie widziałem takiej wydolności. Technicznie dużo lepsi są od nich zawodnicy z Polski czy Rosji, bardziej też szanują piłkę, nie lubią biegać, robią to z głową. Norwegowie, czy generalnie Skandynawowie są strasznie wybiegani, grają bardzo ostro i mocno.

Miał pan także epizod w Belgii, niestety niezbyt udany.

Skoro nie grałem w Tromso, zdecydowałem się na wypożyczenie do Belgii. Wybrałem źle. Klub był bankrutem, nie zapłacono mi ani innym zawodnikom za grę, dochodziło do różnych przekrętów. Na własny koszt mieszkałem w hotelu. Na szczęście to było krótkie pół roku i wróciłem do Norwegii. Nadal bez większych sukcesów, jeśli chodzi o pierwszy skład, więc zerwałem po prostu kontrakt.

...i zdecydował się pan na transfer do Szwecji.

Tak, tam się odbudowałem, wywalczyliśmy awans z drużyną Enköpings SK, zostałem wybrany jej najlepszym graczem. Zwróciłem uwagę kilku klubów z ekstraklasy szwedzkiej, w tym Gefle IF, z którym podpisałem umowę. Radziłem tam sobie całkiem nieźle, trochę pograłem, ale nadal było mi ciężko. Skandynawski sposób gry jest bardzo specyficzny, całkiem inny niż u nas. Wiele długich piłek na skrzydła, ja jako napastnik musiałem bardzo głęboko harować wraz z innymi zawodnikami. Było to uciążliwe, szczególnie gdy ustawiano mnie na boku ataku, czyli na pozycji, do której nie byłem przystosowany.

Granie na skrzydle stanowiło tam aż takie wyzwanie?

Jako boczny napastnik potrafiłem biegać w Szwecji 12-14km co mecz. To więcej niż niektórzy na poziomie Ligi Mistrzów. Tam zawodnicy genialnie się ustawiają, myślą na boisku, trzymają linie. Natomiast w Skandynawii zmuszano nas do głupiego biegania, po prostu. Przykładowo, trener karcił mnie za nie podbiegnięcie do samego prawego obrońcy gdy ten był przy piłce. Klepali sobie w defensywie, ja chciałem zakryć strefę, a trener kazał mi biegać bezsensownie za futbolówką. Taki mieli system. To była żmudna, katorżnicza praca na boisku, gdzie nie było w zasadzie miejsca na twórczość. Po takim bieganiu, gdy już miało się piłkę przy nodze, myślało się jedynie o tym, żeby ją oddać.

Następny przystanek – Islandia. Tam grało się panu już nieco lepiej.

Pod względem piłkarskim miałem bardzo dobry sezon. Rozegrałem większość meczów, zdobyłem trochę bramek. Trzeba jednak dodać, że jest to w mojej opinii najsłabsza z lig skandynawskich. Islandii nie sposób zapomnieć przez jedno – wiatr. Do tej pory pamiętam sytuację, w której nasz bramkarz nie mógł wykopać piłki dalej niż na 20 metr, a ta i tak lądowała za linią boczną. Pęd powietrza determinował tam bezpośrednio przebieg spotkania, jedną połowę grało się będąc ciągle w obronie. Pobiegam zirytowany do sędziego i nalegam, aby przerwał mecz, przecież to nie ma najmniejszego sensu. Uśmiechnął się tylko do mnie i odpowiedział „Witamy na Islandii”.

Bardzo fajnie się tam mieszkało, to na pewno. Być może zostalibyśmy na dłużej, ale kraj zbankrutował. Banki poblokowane, nie było nawet możliwości przedłużenia kontraktu. Miałem propozycje z Grecji, ale ostatecznie wylądowałem w Azerbejdżanie.

Pierwsza myśl po otrzymaniu zaproszenia na testy do Kabali?

Byłem ostro zszokowany, w ogóle nie chciałem tam jechać, próbować, czy cokolwiek. Ale powiem panu szczerze, jak pokazali kwoty pieniężne na kontraktach, to stwierdziłem, że chyba jednak warto spróbować.

(śmiech)

Tak jest, sprzedałem się. Ze względów rodzinnych wyszedłem z założenia, że jeśli dają, trzeba brać. Życie piłkarza jest krótkie i potrafi skończyć się niespodziewanie, o czym jak już opowiadałem, przekonałem się na własnej skórze. Pojechałem na testy, rozegrałem kilka sparingów. Miałem wtedy dość poważne problemy z żołądkiem. Inne jedzenie, powietrze, woda. A właściwie, to nie woda, tylko herbata. Oni tam w Azerbejdżanie mają niesamowite herbaty, to się w pale nie mieści! Raz zamówiłem sobie herbatę do pokoju na noc, jak to często robiłem w Polsce. Dostałem od kolegi z drużyny ostrzeżenie, że nie będę mógł spać. Wyśmiałem go, ale sprawdziło się, była tak mocna.

Ale na treningach pito już wodę, prawda?

Nic z tych rzeczy. Także herbatę, zieloną, gorącą. Na początku byłem nieugięty i wlewałem w siebie hektolitry wody, ale jak się okazało, zielona herbata zatrzymuje wodę w organizmie, przez co po treningach nawet w pełnym słońcu, razem z całą drużyną niemal w ogóle się nie pociliśmy. W Szwecji piłem dużo mleka, tutaj herbaty. Co kraj, to obyczaj.

Na początku przeżył pan szok, ale jak się okazało, pod względem piłkarskim nie było tak źle.

Piłka nożna w Azerbejdżanie wbrew pozorom stoi na bardzo wysokim poziomie. Przechodzi tam dużo zawodników z ekstraklasy rosyjskiej, ukraińskiej, tureckiej. Kiedy grałem w tamtejszej lidze to Azerom zdarzało się przecież spuszczać łomot polskim ekipom w europejskich pucharach. Rosyjska szkoła, strasznie ciężkie treningi, codzienne biegi po plaży, a po nich granie sparingów, byliśmy cały czas w hotelach, już 3 dni przed meczem trzeba było przenieść się do klubowego hotelu. Nic dziwnego, jeśli naszym trenerem był Azer rosyjskiego pochodzenia. W pewnym momencie na plan dnia składało się tylko spanie, jedzenie granie; spanie, jedzenie, granie. Harowałem w Azerbejdżanie jak nigdy.

Nie spodziewał się pan, że będzie tak ciężko.

Nie tylko ja. Raz przyjechał taki młody Brazylijczyk z afro, tego samego dnia chciał zagrać mecz. Tłumaczymy mu, że to bez sensu, żeby sobie odpoczął, odpuścił. Ale nie, on zagra i pokaże wszystkim. No, to pokazał. Przez cały mecz kopał się po czole. Parę dni później widzę tego samego chłopaka na stołówce, tylko tym razem już bez tej bujnej fryzury. Ogolił głowę. Nie wiem, czy było mu za gorąco, czy to może na znak pokory (śmiech).

Natomiast jeśli chodzi o życie codzienne, nie było już pozytywnego zaskoczenia, jak w przypadku poziomu gry, prawda?

Warunki do życia były tam ciężkie, nie da się ukryć. Zupełnie inna mentalność. Po państwie prawa w Skandynawii, gdzie wszystko jest zgodnie z przepisami a ludzie mili i sympatyczni, przeniosłem się do Azerbejdżanu, gdzie panowie ze złotymi zębami w białych Ładach przywozili nam premię pieniężne w workach. Czasami wkładali je do kanapek na stole. Przepaść. Polska jest gdzieś pośrodku tego wszystkiego.

Będąc w Azerbejdżanie czasami nie wiedziałem co się dzieje, pamiętam jak przedłużałem umowę będąc u prezesa w gabinecie. Mówię mu, że chciałbym kopię swojego kontraktu, a on na to „ale po co Ci? U mnie masz jak w banku, przecież się znamy.” Taką tam ludzie mają mentalność. Pod tym względem trzeci świat. Nie mieliśmy nawet z chłopakami z drużyny co zrobić z zarobionymi pieniędzmi w Kabali, to była wieś. Ciężko było otworzyć konto, a posiadać przy sobie wedle prawa można tylko 10 tysięcy euro… masakra, kombinacje. Teraz się z tego śmieje, wspominam bardzo pozytywnie, ale wtedy człowiek był trochę zestresowany.

Kultura muzułmańska też musiała zrobić swoje. Miewał pan nieprzyjemności?

Zdarzało się, że ludzie pluli mi pod nogi, jeśli nie założyłem długich spodni. Taka kultura. Musieliśmy się dostosowywać do tamtejszych zasad. Bywało też nieciekawie ze względu na kobiety. Jeśli wychodziliśmy się rozerwać z chłopakami, to oczywiście zero dziewczyn. Jedyne panie, jakie można było spotkać w klubie, to panie lekkich obyczajów. Kobiety nie mogły tam przebywać samemu, dla zabawy. Gdybym mieszkał w Baku, może byłoby inaczej, ale mieszkałem w tej Kabali, ponad 200km od Baku. Jedyną „atrakcją” był 5-gwiazdkowy hotel.

Chyba najciekawszą historią odnośnie zwyczajów religijnych w Azerbejdżanie, był rytuał zabijania krowy. pan w białym fartuchu wbił jej nóż w szyję, przedtem ją związali, następnie odcięli głowę, krew musiała ujść, żeby mięso było „czyste”. Jakieś małe dziecko potem woziło tę głowę krowy na taczce… masakra. Oglądaliśmy to siedząc w autokarze, wszyscy bladzi, paru osobom się zrobiło niedobrze, niektórzy wymiotowali.

Wspomniał pan o jegomościach ze złotymi zębami przynoszącymi pieniądze w workach. Takie podejście było tam na porządku dziennym?

Tak, właśnie najśmieszniejsza w Azerbejdżanie jest chyba ta nonszalancja ludzi w stosunku do zasobów finansowych. Jak byliśmy na zgrupowaniu w Turcji, schodzę na śniadanie w hotelu, siadamy wśród innych, widzimy, że ludzie wokół mają klubowe dresy. Wszystko na miejscu, tylko że ja nikogo stamtąd nie znałem, nie rozpoznawałem twarzy, a to był któryś z kolei dzień zgrupowania. 10-15 chłopa, nie znam żadnego. Zastanawiamy się z kolegą, czy to aby na pewno nasza drużyna. Okazało się, że jednego dnia na testach potrafiło być 30 nowych zawodników. Bywało tak, że w hotelu przebywało 17 piłkarzy z kadry i dwa razy tyle na testach. Średnio co dwa dni wymiana.

Pana przygody w Azerbejdżanie to prawie materiał na książkę.

Nierealne rzeczy się tam działy. Na przykład, zabierali chłopakom paszporty i chowali do sejfu. Dla bezpieczeństwa, na wszelki wypadek, żeby na zgrupowaniu jakiś rywal nie podkradł nam zawodnika. Tam się nie dało zrozumieć wielu rzeczy, zupełnie inny sposób myślenia. Bywało czasem śmiesznie, czasem ciężko.

Pierwszy raz widziałem też w Azerbejdżanie, żeby po meczu ktoś był w stanie tyle wypić. Byli to Ukraińcy. To autentycznie wzbudzało podziw. Było widać, że to piłkarze doświadczeni, starsi. Nie pili nigdy przed meczem. Natomiast po meczu, to już całkiem inna historia, wszystko jest dla ludzi. Ja czasami szedłem na kolację z żoną, wypijaliśmy wino, normalnie. Ale to, co robili Ukraińcy… po meczu mieliśmy dwa dni wolnego w hotelu w Baku, kilka razy zdarzyła się taka sytuacja. Oni całe te dwa dni chlali. Nie wyszli z pokoju. Musieliśmy ich przenosić do taksówki, sprzątać butelki, ze 30 tych butelek chyba było. Obaj nawaleni, a my wieczorem mamy mieć trening. Jeden z nich założył potem dwie różne skarpetki, jedną żółtą drugą czarną.

Ale trzeba właśnie temu jednemu przyznać, że gdy przychodziło do meczu, dawał z siebie wszystko, zapierdalał jak mało kto, za dwóch. Zawsze się go pytałem, jak można tyle pić i tyle biegać?

Jak poradził pan sobie na boiskach Azerbejdżanu? Zostawiając na boku przygody innego rodzaju.

Na początku były ze mną wiązane duże nadzieje. Szło mi całkiem nieźle, tylko brakowało bramek. Wymagali ode mnie goli, zawsze powoływali się na mój kontrakt i zarobki. W końcu się zaaklimatyzowałem i zacząłem strzelać, wykręciliśmy niezły wynik w tamtym sezonie, skończyliśmy na 4 czy 5 miejscu. Ta drużyna miała olbrzymiego sponsora, ponieważ matka drugiej osoby po Prezydencie tego raju mieszkała w Kabali. W pewnym momencie wszystko zaczęło się w klubie dynamicznie rozwijać. Drużynę przejął Tony Adams, specjalnie ściągnięci angielscy robotnicy budowali stadion.

Mieliśmy zgraną ekipę, bardzo fajny team. Mimo tego, dochodziło do wielu sprzeczek, często bójek. Mieszkaliśmy w jednym hotelu, codzienne treningi, jazda autokarem. No i mieliśmy kilku Gruzinów w drużynie, emocje gwarantowane.

Niestety, powrót do Polski nie był podyktowany jedynie względami sportowymi.

W Azerbejdżanie mieszkałem pół roku sam, córka zachorowała mi na salmonellozę, razem z żoną wróciła do kraju. Były częste braki w dostawie prądu, po mięso szło się do rzeźnika. Wisiały za ladą trzy barany na haku, gość wycinał kawałek tasakiem, wokół wszędzie muchy… Nie mogłem już dłużej znieść tych warunków i rozłąki z rodziną, dlatego wróciłem do Polski. Miałem jeszcze możliwość przejścia do szkockiego Kilmarnocku, czy Wietnamu, ale sytuacja była niepewna, na kilka dni przed zamknięciem okienka transferowego. Zdecydowałem się zostać w Polsce i podpisać kontakt z Zagłębiem, za śmieszne pieniądze. Chodziło mi po prostu o to, żeby grać. Rodzina nigdy nie miała problemu z przenosinami z miejsca na miejsce, czasami nawet żona mnie do nich przekonywała. Tym razem uznaliśmy, że wystarczy. Mieliśmy chorą córeczkę, potrzebowaliśmy stałego miejsca zamieszkania.

Gdy podsumowuję pan swoją karierę, czuje pan niedosyt?

Myślę sobie, że gdybym w wieku 20 lat miał taką pewność siebie i taki spokój wewnętrzny, jaki mam teraz, zaszedłbym o wiele dalej. Tego mi brakowało, nie miałem od kogo tego wziąć. Bardzo chciałbym nadal grać, ale nie narzekam, mam uśmiech na twarzy, jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam dziewczynę, dwie piękne córki, wszystko czego mi potrzeba. To, co mnie boli, to fakt, że takie problemy jak mnie mogą spotkać kogoś, kto sobie z nimi nie poradzi. Okej, ja mam pieniądze, doświadczenie, ale gdyby ktoś dopiero zaczynał swoje życie? Tacy ludzie jak pan biegły czy prezes Zagłębia, swoim zachowaniem mogli je komuś zrujnować.

Kariera piłkarza jest bardzo ulotna, sam powoli zapominam, że grałem w piłkę. Pokazuje moim dwóm córkom mecz tatusia za czasów gry w ekstraklasie szwedzkiej, one znudzone mówią „nie tato, puść nam kucyki Pony” (śmiech). Niestety nie dorobiłem się jeszcze syna, ale nadal będę się starał.

Podejście do życia zaczerpnięte od Skandynawów procentuje w Polsce?

My, Polacy, mamy złą mentalność. Wolimy zrównać sąsiada do naszego poziomu, żeby on miał gorzej, a nie my lepiej. Nam się po prostu nie chce. Cieszy mnie to, że sytuacja się zmienia, nowe pokolenie myśli bardziej „europejsko”. Idziemy w dobrym kierunku, ale potrwa to jeszcze troszeczkę. U mnie każda osoba ma białą kartkę. Nieważne, czy to milioner z Azerbejdżanu, dziennikarz czy sprzątaczka. Wszystkich należy traktować tak samo, bo każdemu należy się szacunek.

Zawsze też warto spojrzeć na coś od strony drugiego człowieka. Wracając do mojego procesu, taki sędzia, przecież on nie czyta wszystkich akt każdej rozprawy, tego jest za dużo. On też chce mieć swoje życie. Czytają te, które są „ważniejsze”. A to, że jakiś piłkarz kłóci się o odszkodowanie? Co za różnica. Przez takie coś niestety dzieje się krzywda ludziom, tak nie powinno być. Żeby było jasne, mnie na takie przepychanki sądowe na szczęście stać, ale przecież nie wszystkich. Zdarza mi się oberwać w Polsce za to moje podejście, ale nie interesuje mnie, co ludzie o mnie mówią. Ja jestem szczęśliwy i żyje w zgodzie z samym sobą, to jest najważniejsze.

ROZMAWIAŁ: ADRIAN GĄTAREK

Redakcja
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...