Zeznania kadrowicza: Marcin Baszczyński. "Na kadrze mieszkaliśmy w hotelu z kibicami"

06.04.2017

Tym razem w coczwartkowych "Zeznaniach Kadrowicza" na spytki wzięliśmy 35-krotnego reprezentanta Polski, Marcina Baszczyńskiego. O fatalnej organizacji przed Mundialem w 2006 roku, o stosunkach z Leo Beenhakkerem i o szczególnym zadaniu, jakie wyznaczył mu podczas debiutu w kadrze Jerzy Engel. 

Pierwsze powołanie

To była nagroda za występy w Ruchu Chorzów. Nieco później dowiedziałem się, że byłem oceniany jako wyróżniająca się postać w olimpijskiej kadrze Pawła Janasa. To też był plus. O powołaniu dowiedziałem się tradycyjną drogą. Ktoś z klubu poinformował mnie, że przyszła wiadomość od Jerzego Engela.

Debiut traktuję jak dobry dowcip. Graliśmy z Hiszpanią, wynik był niekorzystny (spotkanie skończyło się przegraną Polski 0:3 - przyp. red.), a do końca zostało niewiele minut. Wtedy trener Engel zawołał mnie, a kiedy szykowałem się do wejścia, powiedział: 

– Baszczu, wejdziesz do środka.

Nieźle się zdziwiłem, bo moja pozycja na boisku jest w zupełnie innym miejscu. Mimo to on mówił dalej: 

– No, wejdź do środka i poukładaj to.

Wszedłem i wylądowałem tam, gdzie wylądowałem. Przegraliśmy, aczkolwiek byłem mu wdzięczny za sam debiut i możliwość rozegrania choćby kilku minut.

Jedyny gol w reprezentacji

Moja pierwsza i ostatnia bramka (śmiech). To był niesamowity gol. Bardzo się z niego ucieszyłem, bo nigdy nie miałem ich zbyt wiele. Pamiętam, że graliśmy z Islandią na stadionie Legii Warszawa. Pierwsza połowa nie była dla nas najlepsza, ale w drugiej ruszyliśmy. Dużą pracę wykonał wtedy Radek Sobolewski, który zrobił wyblok w polu karnym. Żewłak do mnie podał, a ja uderzyłem. Piłka siadła mi soczyście. Naprawdę fajnie to wyglądało. Dzięki temu wyrównaliśmy, więc gol padł w dobrym momencie. Komentowano to jako pozytywny sygnał dla drużyny i podbudowę psychologiczną, przed wylotem do Anglii.

Wejście do szatni

Razem ze mną do kadry wchodziło wielu nowych zawodników. Na początku miałem tylko dotknąć reprezentacji, poznać ją od wewnątrz. W szatni byli ludzie, których oglądałem i darzyłem wielkim szacunkiem. Oczywiście, trafili się i tacy, których dobrze znałem, ale od początku zawróciłem uwagę na tych, którzy grali za granicą i występowali w Lidze Mistrzów. Tomek Hajto, Jacek Bąk czy Jurek Dudek. Ten ostatni był wielką osobowością. Z niektórymi mam kontakt do dziś. Często rozmawiam choćby z Michałem Żewłakowem. Pierwsza kadra miała swoją hierarchię, ale wszystkich zawodników traktowano na równi. Niektórzy skromnie wchodzili w nowe progi, ale każdy kto dostawał powołanie do pierwszej reprezentacji był traktowany z szacunkiem.

Największy walczak

Bywało różnie. Między innymi Piotrek Świerczewski grał ostro. Jego znakiem charakterystycznym były szeroko rozstawione łokcie, ale to nie była złośliwość z jego strony. Taki miał po prostu styl. 

Mundial 2006

Wewnątrz naszej drużyny wszystko było w porządku. Gorzej wyglądała sytuacja wokół nas. W kontekście reprezentacji wytworzyła się negatywna otoczka. Brakowało jakiegoś głosu, który poniósłby nas do przodu. Zamiast tego wracano do tematu powołań na mundial.

Bardzo dużo działo się również przed meczem z Kolumbią w Katowicach. Wtedy zawiodła logistyka. Do Katowic przyjechaliśmy na dzień przed meczem. Zameldowano nas w jedynym przyzwoitym hotelu, w którym mieszkali także kibice. Było ich mnóstwo. Ludzie przyjechali z całej Polski, żeby zobaczyć jak gra reprezentacja. Nie mieliśmy nawet odrobiny spokoju, było wielkie zamieszanie. Różne sprawy miały być dograne właśnie w tamtym momencie i przez to nikt nie skupił się na spotkaniu, a na całej otoczce wokół.  Dlatego wyszło jak wyszło. Do tego doszło to nieszczęśliwe zdarzenie z Tomkiem Kuszczakiem. Publika nas nie wspierała i jazda była konkretna.

Po mistrzostwach nastroje były koszmarne. W reprezentacji mieliśmy grupę kilku zawodników, dla których była to ostania szansa, żeby zabłysnąć. Chcieli się cieszyć i celebrować mundial jeszcze długo po jego zakończeniu. Sytuacja wymknęła się jednak spod kontroli. Zabrakło nam jakiegoś spektakularnego wyniku. Nie mówię o samym awansie, bo tego oczekiwali wszyscy, czuliśmy tę presję. Mam na myśli na przykład mecz z Niemcami. Pamiętamy w jakich okolicznościach straciliśmy gola, który przesądził o porażce. Przez długi czas reprezentacja nie mogła im dorównać, a my byliśmy naprawdę blisko, o kilka minut od dobrego wyniku. Było tam widać ten polski charakter, walkę, zaangażowanie. Być może zabrakło tego punktu, który zmieniłby odbiór tamtego turnieju.

Cały turniej traktowaliśmy jako porażkę. Zarówno indywidualnie jak i drużynowo.

Paweł Janas

To przede wszystkim świetny selekcjoner. Potrafił dobrać ludzi i stworzyć grupę, która ze sobą współpracowała, a jej członkowie pasowali do siebie. Nie był wybitnym taktykiem, który rysował schematy i przedstawiał nam jakieś rozwiązania. Potrafiliśmy odnaleźć  z nim wspólny język, umiał dotrzeć do każdego. Często rozmawiał z nami indywidualnie. 

Przed mundialem dużo mówiło się o naszym przygotowaniu fizycznym. Niektórzy twierdzili, że pracowaliśmy za dużo. Po latach przeanalizowałem to i szukałem winy głównie u siebie. Ciężko było mi się do tego przyznać, ale doszedłem do wniosku, że przegrała moja głowa. Motywacja, chęć udowodnienia czegoś więcej niż się potrafi, wyrosła ponad umiejętności i miało to zły wpływ podczas meczów.

Pamiętam moment, w którym wychodziliśmy na stadion Schalke, gdzie graliśmy pierwszy mecz z Ekwadorem. Wydawało się nam, że gramy ten mecz u siebie. Widzieliśmy tylko nasze barwy. Człowiek myślał, że to jest ten czas, że będę w stanie przenosić góry i robić cuda. Analizując to na chłodno stwierdziłem, że trzeba było skoncentrować się wyłącznie na grze i nie szukać niczego więcej.

Leo Beenhakker

Nie wiem dlaczego na mnie nie stawiał. Być może miał na to wpływ Bogusław Kaczmarek, który był jego asystentem. Kilka razy dostawałem powołanie, bardzo chciałem grać i pokazać mu swoją dyspozycję na boisku, ale nie dostałem takiej szansy. Nie rozmawiał ze mną za wiele, z reguły dziękował. Ja traktowałem to profesjonalnie i na kadrę przyjeżdżałem zawsze, bo dla mnie było to duże wyróżnienie. Ale takie jest prawo trenera. On budował tę reprezentację bazując na innej grupie ludzi, która dobrze się ze sobą rozumiała. Mogłem wyczuć, że ktoś inny przejmuje wiodącą rolę w reprezentacji i musiałem to po prostu zaakceptować.

Adam Nawałka

Za moich czasów nie brał czynnego udziału w treningach. Zbierał wtedy obserwacje i przemyślenia. Doskonale znałem go z Wisły Kraków, więc jego warsztat nie był mi obcy. Często opowiadał o włoskim stylu gry w piłkę, na którym opierał swój pomysł na futbol. Piłkarze lubili i akceptowali jego styl pracy. Nasza współpraca wyglądała bardzo dobrze.

W trakcie zgrupowań był skupiony na zbieraniu doświadczeń i być może snuł w głowie jakieś plany na przyszłość. Na pewno nie wychodził przed szereg, bo o wszystkim decydował Beenhakker. Wydaje mi się, że przejął od niego styl prowadzenia grupy i budowania atmosfery. Widzieliśmy jak do Euro przygotowywała się obecna kadra. Przyjechały żony, odbyło się kilka spotkań z rodzinami. Piłkarze mieli dużą swobodę. Powiem uczciwie, że zabrakło mi czegoś takiego przed Mundialem w 2006 roku.

Czego więcej na zgrupowaniach - gry w karty czy alkoholu?

Z tym, że alkoholu było dużo, to jakieś mity (śmiech). Były grupy, które grały w karty i znajdowali się tacy, którzy chętnie napili się piwa. W te opowieści o ogromnej liczbie trunków nie ma co wierzyć.

Imprezy na kadrze

Zawsze integrowałem się z grupą. Kiedy umówiliśmy się na wspólne wyjście, a w planach była biesiada, to uczestniczyłem w niej. Grupa musi się zintegrować, żeby dobrze funkcjonowała, a wszystko odbywało się na zdrowych zasadach. Towarzystwo lubi sobie dopowiadać pewne rzeczy, że kiedyś na kadrze to się działo. Naprawdę, nie było aż tak źle.

Kiedyś dostaliśmy od jakiejś firmy ubrania. Koszule, które nam przysłano miały bardzo szerokie kołnierze. Wyglądaliśmy w nich jak muzycy z Czerwonych Gitar. To były nasze stroje wyjściowe, ale kiedy mieliśmy taki luźniejszy termin, to wszyscy się w nie przebraliśmy. 

Marcin Baszczyński w dzisiejszej reprezentacji - boisko, ławka czy trybuny?

W obecnej sytuacji, nawet biorąc pod uwagę moją szczytową formę, musiałbym przyjąć rolę zmiennika Łukasza Piszczka. Tak by to zapewne wyglądało. Gdyby trener potrzebował kogoś, kto lepiej broni niż atakuje, to może mógłbym rywalizować z Łukaszem. Jednak mówiąc o pełnej grze, to grałby on.

***

W ostatnim odcinku cyklu Zeznania Kadrowicza naszym gościem był Radosław Matusiak. O alkoholu kupowanym na rachunek PZPN czy relacjach z Leo Benhakkerem - jeśli przeoczyliście, klikajcie w obrazek i życzymy miłej lektury!

Maciej Wałęka
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...