Zeznania kadrowicza: Radosław Matusiak. "Alkohol kupowaliśmy na rachunek PZPN"

30.03.2017

Leo Beenhakker powiedział o nim, że ma nieograniczony talent i jest przyszłością polskiej piłki. Tymczasem jego licznik zamknął się na 15 spotkaniach w reprezentacji i absencji na wymarzonym Euro 2008. W coczwartkowych „Zeznaniach kadrowicza” przyszła kolej na Radosława Matusiaka. O tym dlaczego nie pojechał na Mistrzostwa Europy, o jego stosunkach ze słynnym Leo i jak niepostrzeżenie wybrać się na miasto.

Pierwsze powołanie

O powołaniu dla mnie mówiło się dużo wcześniej. W mediach upominano się również o Łukasza Gargułę. Wyróżnialiśmy się w tamtym okresie w Ekstraklasie co ostatecznie zaprocentowało zaproszeniem na kadrę. Dlatego nie było to coś czego się nie spodziewałem, ale pamiętam jak dziś to zdjęcie i informację: panowie Radosław Matusiak i Łukasz Garguła zostali powołani na mecze reprezentacji Polski z Finlandią i Serbią.

Wejście do drużyny

Chrztu nie było, ale wystarczyło, że byłem niesamowicie zestresowany. Zresztą, każdy chłopak z takiego klubu jak GKS Bełchatów byłby zdenerwowany. Mam wejść do szatni pierwszej reprezentacji? Grali tam przecież świetni zawodnicy, których wtedy znałem tylko z gazet. Jurek Dudek, Michał Żewłakow, Jacek Krzyżówek czy Jacek Bąk. Największe gwiazdy polskiej piłki. Szczególnie Jurek był postacią znaną i lubianą. Najbardziej zapamiętałem właśnie Dudka, który okazał się być bardzo sympatycznym facetem. Opowiedział nam kilka historii, żeby nas wprowadzić nas w atmosferę. Z kolei na treningu nie dało mu się strzelić żadnej bramki. Bronił niesamowite strzały. W życiu bym nie przypuszczał, że można coś takiego obronić, a on odbijał wszystko.

Podziwiałem naprawdę wszystkich. Żewłaka, Mariusza Lewandowskiego. Goście, którzy grali w wielkich klubach. Poza tym mieli po kilkadziesiąt występów w kadrze więc i to zrobiło na mnie największe wrażenie. Ale nie mogę powiedzieć, że inni nie byli w porządku. Każdy kto był na kadrze zasługiwał na szacunek. W końcu znalazł się tam nie bez powodu.

Pod względem żartów od samego początku wyróżniał się Michał Żewłakow, ale nie tylko on był dowcipnisiem. Kroku dotrzymywali mu Jacek Krzynówek, Mariusz Lewandowski czy Artur Boruc. Zawsze było wesoło.

Z kim trzymałeś się na kadrze?

Wiadomo, że w trakcie kolejnych zgrupowań stosunki między piłkarzami stawały się lepsze, ale przede wszystkim trzymałem się z Łukaszem Gargułą. Zawsze byliśmy razem w pokoju. Do dziś często rozmawiamy. Dobry kontakt miałem z Jackiem Bąkiem, z którym nieźle się dogadywałem, mimo sporej różnicy wieku jaka nas dzieli. Moim dobrym kompanem był także Maciek Żurawski.

Mieliśmy świetną atmosferę. Beenhakker spowodował, że nie było żadnych grupek. Traktował wszystkich tak samo co pomogło w zbudowaniu atmosfery. Nawet jeśli ktoś siadał na ławce i nie grał to nie miał żadnych pretensji. Nikt się nie obrażał, omijały nas kłótnie. Na kadrę przyjeżdżaliśmy z wielką chęcią.

Pozycja w szatni

Oczywiście na początku nie można było szaleć. Jako że dopiero wchodziłem do kadry, to nie wychylałem się. Z czasem, z racji mojego charakteru, byłem w tej grupie… „żyjącej” (śmiech), która wolała się rozerwać niż stać z boku i siedzieć w hotelu, kiedy inni wychodzili. Na przykład Ebi Smolarek zawsze siedział sam i nie miał potrzeby wychodzenia z kimkolwiek. Ja byłem inny. 

Największy walczak

Chyba Arek Głowacki. Nie lubiłem grać przeciwko niemu. Strasznie nieprzyjemny obrońca. Swoje robił też Jacek Bąk. Granie naprzeciwko niego to była prawdziwa udręka. Miał takie długie nogi, że zawsze tę piłkę potrafił wyciągnąć. To były takie harpagany, które nie pozwalały łapać oddechu. Walczyli zawsze do końca, nigdy nie odstawiali nogi.

Najlepszy kadrowicz z jakim grałeś

Jacek Krzynówek. Miał doskonałą technikę, niesamowitą lewą nogę i uderzenie w punkt. Widać było, że jest najbardziej zaawansowany zarówno technicznie jak i taktycznie. Nie tracił piłki, miał lekkość w grze. W tamtym momencie to on wywarł na mnie największe wrażenie.

Czas wolny i imprezy

Nasze wyjścia ograniczały się w dużym stopniu do wolnego popołudnia albo wolnego dnia w trakcie zgrupowania. Mogliśmy pojechać do jakiegoś miasteczka obok. No, chyba, że zgrupowanie było we Wronkach. Wtedy jechaliśmy do Poznania. Chodziliśmy po centrach handlowych, oglądaliśmy coś w kinie. Wszystko po to, żeby przełamać tę monotonię na zgrupowaniu.

Imprezy odbywały się po ostatnim spotkaniu. Zwłaszcza kiedy wygraliśmy można było sobie usiąść przy winie albo piwie, pogadać i poświętować dobry wynik. Wtedy mieliśmy ich całkiem sporo więc okazji do zabawy było niemało.

Gdy zgrupowanie się kończyło mogliśmy robić co chcieliśmy. Beenhakker nam ufał i jeśli planowaliśmy coś po ostatnim meczu, to nigdy nie robił problemów. Niektórzy szli na miasto, inni do klubu, jeszcze ktoś do restauracji. Trafiali się też tacy co wracali od razu do domów. Pamiętam, że kiedy byliśmy w Moskwie Beenhakker ten jeden raz zabronił nam wychodzić z hotelu. Niektórzy byli bardzo zawiedzeni, ale jakoś sobie poradzili. Dwóch kolegów postanowiło uderzyć na miasto, a z budynku uciekli schodami przeciwpożarowymi. Wszystko w tajemnicy przed Leo. Rano wrócili cali i zdrowi, ale Leo do tej pory nie wie, że coś takiego miało miejsce.

Chłopaki opowiadali, że było bardzo sympatycznie. Pozwiedzali kluby, zobaczyli różne ciekawe miejsca. Podobno spotkali bardzo fajne koleżanki, ale żaden z nich nie chciał wchodzić w szczegóły. To co było w Moskwie, zostało w Moskwie.

Karty czy alkohol - czego było więcej na zgrupowaniach?

Lubiliśmy się napić, ale nikt nigdy nie przesadził. Nie było mowy o żadnym pijaństwie. Kiedy mogliśmy pozwolić sobie na chwilę relaksu, to z Łukaszem Gargułą zawsze piliśmy jakieś winko. Tym bardziej, że można to było zrobić na koszt związku (śmiech). Tak było. Kupowaliśmy coś dobrego i zapisywaliśmy to na rachunek PZPN.

Czas na grę w karty również się znalazł. Miałem nawet przyjemność znaleźć się w grupie karcianej razem z Grześkiem Rasiakiem czy Mariuszem Lewandowskim. Z tym, że nasza gra to tak naprawdę zabawa. Nic wielkiego. Spotykaliśmy się czysto towarzysko i nie przychodziliśmy grać z nie wiadomo jakimi pieniędzmi.

Leo Beenhakker

Pierwsza myśl? Duża klasa. Od razu było widać, że jest to człowiek, który trenował Real Madryt czy Feyenoord Rotterdam i najlepszych piłkarzy świata. Czuliśmy przed nim respekt, ale to działało w obie strony. Bardzo nas szanował. Był uczciwy, rzetelny. Nikt nie kwestionował jego decyzji, jakakolwiek by ona nie była. To duże szczęście, że mogliśmy go poznać.

W szatni nie był, kimś kto wydziera się na piłkarzy i wyskakuje z pretensjami. Mówił jakie ma założenia i oczekiwał, że je wykonamy. Pytał nas czy wszystko jest ok, jak się czujemy. Jeśli był jakiś problem to robił zmianę, tyle. Pokazywał przez to jak powinny wyglądać nasze stosunki. Traktowaliśmy się po partnersku.

Czułem, że we mnie wierzy. To, że mam praktycznie nieograniczony talent i inne tego typu pochwały... Miło było tego słuchać. Skoro wyłowił mnie z polskiej ligi i powołał po raz pierwszy, to musiał coś we mnie widzieć. Odpłacałem mu się za okazane zaufanie. Strzeliłem gola w debiucie, a łącznie trafiałem siedem razy w 15 meczach. To nie wygląda źle. Na końcu na pewno zawiodłem jego, ale i siebie. Zdaję sobie sprawę, że mogłem osiągnąć zdecydowanie więcej.

Brak powołania na Euro 2008

Miałem żal do Beenhakkera o to, że nie pojechałem. Wtedy uważałem, że to z powodu nagonki medialnej jaka wytworzyła się wokół mojej osoby. Nie miałem lekko z dziennikarzami, bo nie grałem w klubie, a mój poziom był nieco niższy niż w trakcie eliminacji. Leo wiedział, że i tak nie grałbym w pierwszym składzie na Euro i zamiast Matusiaka siedzącego na ławce wybrał spokój. Miałem do niego żal, bo wiedziałem, że mimo gorszej dyspozycji dalej byłem wartościowym graczem i mogłem dać więcej niż ktoś, kto pojechał za mnie i też nie zagrał w tych mistrzostwach.

Myślę, że nawet będąc w gorszej formie, dawałem drużynie sporo opcji i szans na strzelenie bramek. W końcu zdobyłem te siedem goli w 15 występach. Beenhakker musiał widzieć, że potrafię strzelać i że mogę pomóc drużynie w tej kwestii. 

Kadra - spełnienie czy niedosyt?

Niedosyt. Nie chciałem kończyć przygody z kadrą na 15 meczach. Chciałem więcej grać, więcej strzelać, ale w życiu nie zawsze jest tak jak się chce. Z jednej strony, wiele osób zupełnie inaczej wyobrażało sobie moją karierę w kadrze, ale mając 16 lat nigdy bym nie pomyślał, że zagram z orzełkiem na piersi i strzelę kilka bramek. Że w pewnym momencie będę w reprezentacji wiodącą postacią. Mogę powiedzieć, że nie spełniły się moje wszystkie nadzieje i plany, ale na pewno znajdą się piłkarze, którzy chcieliby trafić do kadry choćby na chwilę.

Radosław Matusiak w dzisiejszej reprezentacji - ławka, boisko czy trybuny?

W tej kadrze nie byłoby dla mnie miejsca. Chłopaki robią takie rzeczy, że mieszanie mną czy kimś innym byłoby nie na miejscu. Ja miałem swoje czasy. Teraz za stary na piłkę, tym bardziej na tę reprezentacyjną (śmiech). Miałem kilka fajnych meczów, w znacznym stopniu pomogłem drużynie pojechać na Euro, mimo że ostatecznie nie zostałem powołany.

MACIEJ WAŁĘKA

Maciej Wałęka
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...