Kumpel kibiców, biznesmen i szara eminencja. Wszystkie sekrety właścicieli Legii

17.02.2017

Kibic, milioner i szara eminencja. Przebojowy frontman, ułożony Pan i cwany biznesmen. Bogusław Leśnodorski, Dariusz Mioduski i Maciej Wandzel – legijne trio, które od pewnego czasu stało się opcją dwa plus jeden. Z jednej strony doprowadzili klub do mitycznej Ligi Mistrzów. Z drugiej, wspólnymi, ale niekoniecznie równomiernie rozłożonymi siłami, szkodzą klubowi sporem właścicielskim.

Przyjrzyjmy się im bliżej, każdemu z osobna. I postarajmy się ustalić, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Zaczynamy cykl #PrawdaOLegii – serię artykułów, wywiadów na temat sporu właścicielskiego. Obiektywnie i rzetelnie. 

Zacznijmy od frontmana. Osoby najbardziej eksponowanej, najbardziej charakterystycznej i najbardziej się wyróżniającej. Zdaniem wielu, a już na pewno opinii publicznej, najważniejszej z całego tria. Bogusław Leśnodorski rzeczywiście jest z nich najbarwniejszy. Od garnituru woli bluzę z napisem CWKS, a od trybuny VIP, trybunę kibiców Legii, co pokazał podczas meczu z Ruchem Chorzów.

– Przesiadł się do kibiców po pierwszej połowie, bo już nie mógł wytrzymać. W Chorzowie na VIP-owskiej trybunie trzeba stać z parasolem, bo kibice plują na ciebie popcornem, rzucają niedopałkami. No więc wkurwił się i poszedł do chłopaków. Byli zachwyceni – mówił „Newsweekowi” jeden z pracowników Legii.

Ekscentryczny styl bycia i luz to nie poza. Już jako młody chłopak od siedzenia w domu wolał imprezy, a od wyjść do cyrku czy zoo – sporty ekstremalne. Motocross, kolarstwo górskie czy narciarstwo ekstremalne. Nie był typem kujona, w polskim liceum jego frekwencja była daleka od stuprocentowej.

Od siedzenia w szkolnej ławce wolał zarabianie jako instruktor narciarstwa w Alpach, gdzie – jak sam deklarował – spędzał minimum sto dni w ciągu roku. Potem na chwilę wyemigrował za Ocean. Szkołę średnią kończył prawie 8,5 tysiąca kilometrów od naszej stolicy – w Kingsley w stanie Kansas, w Stanach Zjednoczonych. Jeśli ktoś wyobraża sobie metropolię, jest w błędzie. To mikroskopijne miasteczko, dziś niespełna 1500 mieszkańców. Słynie z tego, że leży w równej odległości od Nowym Jorkiem i San Francisco – dokładnie 2512 kilometrów. I chyba tylko z tego.

Po roku w USA, gdzie wchłonął go chociażby futbol amerykański (był całkiem niezły, miał opcję przejścia na zawodowstwo), trafił na Uniwersytet Warszawski, gdzie skończył prawo. O starej uczelni nie zapomniał. Ponad rok temu Legia nawiązała z nią współpracę. Nieprzypadkowo, bo w 2016 roku Legia świętowała setne, a UW dwusetną rocznicę istnienia.

Leśnodorski, jak wspomina w „Newsweeku” jego znajomy, nie pochodził z bogatej rodziny, ale – mówiąc wprost – miał smykałkę do robienia pieniędzy. Do wszystkiego doszedł sam, zaczynając od kiedy skończył 22 lata. W roku 1998 założył Kancelarię Prawną "Leśnodorski, Ślusarek i Wspólnicy", która funkcjonuje do dziś. Maciej Ślusarek, współpracownik prezesa Legii, w mediach znany jest jako „mecenas gwiazd”. Sam za tym określeniem przepada ponoć niespecjalnie, ale fakty są takie, że prowadził chociażby sprawę piosenkarki – Justyny Steczkowskiej – której „Super Express” zrobił nagie zdjęcia na wakacjach.

Zaczynali od małej kancelarii, a dziś zatrudniają blisko pięćdziesięciu prawników w całej Polsce. Brali udział chociażby w głośnych przejęciach spółek państwowych – Stoczni Gdańskiej czy polskiej huty stali. Co ciekawe, jeden z prawników z firmy Leśnodorskiego, Krzysztof Laskowski, zasiada w Radzie Nadzorczej legijnej sekcji koszykówki.

Prawnikiem, jak sam przyznaje, został trochę przez przypadek. Jeszcze na studiach nie był przekonany, czy jest to jego powołanie. Jako dzieciak chciał być strażakiem. Co ciekawe, jego dziadek – również Bogusław Leśnodorski – w latach 60-tych był dziekanem wydziału, na którym studiował. W maju ubiegłego roku media obiegła informacja o tym, że adwokatem nie będzie przez najbliższe trzy lata. Nie miało to jednak nic wspólnego z piłką. Poszło o "nieprawidłowości postępowania z klientem". 

Bogusław Leśnodorski w 2009 roku (fot. Fotorzepa)

Z Legią, jako rodowity Warszawiak, zżyty od zawsze. Jako student był ponoć częstym gościem „Żylety”. Nieprzypadkowo ma doskonały kontakt z kibicami Legii, których zdecydowana większość stoi za nim murem. Widzą w nim swojego. Może nie doskonałego, ale takiego jak oni sami. Jedni chwalili za to, że się z nimi dogadał, drudzy ganili, że w ogóle z nimi rozmawia. Sam wojewoda mazowiecki nazywał go "kibolem z Żylety". Nieżyczliwi zarzucali mu zbyt bliskie kontakty z Piotrem Staruchowiczem, szefem warszawskich kibiców. Według plotek to "Staruch" miał zrobić Leśnodorskiemu tatuaż: Don Vito Corleone z "eLką" w klapie. 

– Nie chce się odnosić do tych doniesień. To oczywiste, że każdy klub ma kontakt z kibicami. Czym bliższy jest dialog, tym kontakt jest częstszy. To całe story, nie ma tu żadnej sensacji – mówił "Polska The Times". 

Jako dzieciak trenował w jej akademii, ale prezesem został trochę przypadkowo, głównie dzięki… FC Barcelonie. Podczas studiów w szkole biznesowej mieszkał właśnie w stolicy Katalonii, gdzie zafascynowała go struktura klubu. Wtedy pomyślał ponoć, że jeśli robić coś w piłce, to właśnie w Legii. Jej ówczesnych właścicieli poznał lata później, biorąc udział w spotkaniu Polskiej Rady Biznesu.

– Pamiętam jedną ze wspólnych kolacji. Byłem wówczas mocno sfrustrowany sytuacją Legii i powiedziałem, że tak dalej być nie może. W odpowiedzi usłyszałem, że skoro jestem taki mądry, to może sam powinienem zająć się klubem. I tak właśnie zostałem prezesem Legii – mówił w wywiadzie dla strony twarzebiznesu.pl.

A jak w Legii znalazł się Dariusz Mioduski – kiedyś wspólnik, a dziś przedstawiciel drugiego obozu? Może oddajmy mu głos, ostatni odcinek "Stana Futbolu". 

– Zakup Legii to jest moja wizja, mój projekt, który opracowałem nie trzy lata temu, tylko dużo wcześniej. To ja zrobiłem ten deal, to ja nakreśliłem sposób działania klubu. Gdzieś na końcu tego był Boguś Leśnodorski, któremu zaproponowałem uczestnictwo w projekcie. I się nie pomyliłem, bo rzeczywiście się do tego nadawał. Świetnie się uzupełnialiśmy, do momentu, kiedy moje zaufanie zostało nadużyte – powiedział.

Mało kto wie, że Mioduski również nie miał najłatwiejszego wejścia w dorosłe życie. Nie odziedziczył fortuny po rodzicach, a dorabiać zaczynał się... na kasie w McDonaldzie. Podobnie jak Leśnodorski, będąc młodym, siedemnastoletnim chłopakiem, trafił do Stanów Zjednoczonych. Film jego życia na początku nawet nie stał obok tych z serii american dream. Kiedy po wielu próbach jego rodzinie w końcu udało się dostać wizę, mieli sto dolarów w kieszeni. W Polsce byli nieźle sytuowani. Ojciec inżynier, mama pracująca w biurze projektów. Problem w tym, że za Oceanem trzeba było zacząć wszystko od nowa.

– Trochę mną wstrząsnęło, gdy zrozumiałem, że w USA moi rodzice są robotnikami. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ojciec miał brudne ręce. A tu nagle pan inżynier, dyrektor z Bydgoszczy, remontuje domy. Mimo to Ameryka była miłością od pierwszego wejrzenia. W Polsce nie chciałem mieszkać — nie w tamtym systemie. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek upadnie. Stany były ideałem – mówił w wywiadzie dla "Pulsu Biznesu". 

W Polsce nie był święty. Lubił poimprezować, co jednak nie przeszkadzało mu w nauce. Zdarzyło się też narozrabiać, na przykład biegając po Bydgoszczy z solidarnościowymi ulotkami. Kilka razy trzeba było odbierać go z komendy milicji. Najpierw studiował na Uniwersytecie św. Tomasza w Houston, gdzie ukończył fakultety z filozofii i nauk politycznych. – Przełamałem strach outsidera i nawet skutecznie wystartowałem do szkolnego senatu. Na trzecim roku byłem już prezesem samorządu studenckiego, założyłem klub partii republikańskiej – mówił dla "Tygodnika Przegląd". 

Po pięciu latach mieszkania w Houston, wysłał aplikację na Uniwersytet Harvarda. To był esej, zaczynający się od słów „Pięć lat temu przyjechałem do Ameryki, nie mówiąc po angielsku. Przez te lata zdołałem…”. Jak sam wspomina, był nastawiony na sukces. Mioduski, w przeciwieństwie do Leśnodorskiego, był przekonany, że prawo to jego powołanie. 

Gmach słynnej uczelni robi wrażenie. 

Przed wyjazdem do USA, jako nastolatek, kibicował. Nie Legii, a Polonii. Tej bydgoskiej, żużlowej. No i piłkarskiemu Zawiszy. Po jednym z meczów zorganizowano pochód pod siedzibę bydgoskiej "Solidarności". Wśród manifestantów był 17-letni Mioduski. Skończyło się policyjną pacyfikacją. Dziś kibicuje Legii, Realowi Madryt i Houston Rockets. Kiedyś sam próbował grać w koszykówkę. Udało się nawet dostać do szkolnej drużyny. Drugim Michaelem Jordanem co prawda nie został, ale przynajmniej poznał ciekawych ludzi. Na przykład... Barracka Obamę, z którym – studiując na Harvardzie – grał trzy razy w tygodniu. 

Po najsłynniejszym uniwersytecie na świecie, jak nie trudno się domyślić, nie pozostał bezrobotny. Najpierw pracował w USA. O, dokładnie tutaj. 

Znalezione obrazy dla zapytania 1155 6th Ave, New York, NY 10036

A od 1997 roku współpracował z tym panem. Najbogatszym Polakiem – Janem Kulczykiem. Był jego prawą ręką. W rzeczywistości to on zarządzał jego majątkiem i dopinał deale warte miliardy. To, że w ogóle wrócił do Polski, było – jak sam mówi – dziełem przypadku. Na Okęciu wylądował 10 lipca 1991 roku, rok po ukończeniu studiów, żeby załatwić drobną sprawę. I został aż do dziś. W międzyczasie przez dziesięć lat budował i zarządzał firmą CMS Cameron McKenna, z biur w Warszawie i Londynie. 

– Marzenie o posiadaniu własnego klubu sportowego towarzyszy mi od młodzieńczych lat i odegrało kluczową rolę przy podejmowaniu decyzji o zakupie Legii. Równie ważne jest jednak moje przekonanie, że mam kompetencje, aby sprawić, że ten Klub będzie dobrze i mądrze zarządzany. Jestem zawodowym menedżerem i mam pomysł, jak uczynić z Legii klub na europejskim poziomie – mówił w wywiadzie dla Legia.com. 

Maciej Wandzel do Legii dołączył jako trzeci, więc zostawiliśmy go na ostatek. Na pewno ma największe doświadczenie w samej piłce. Już kilka lat temu prasa rozpisywała się, że za jego wkładem polski klub w końcu może wrócić na salony i spełnić marzenia o Lidze Mistrzów. Nie chodziło jednak o Legię, a Lecha Poznań. 

– Legii jest nieco łatwiej, bo ma stadion w stolicy, gdzie znajdują się centrale korporacji. My jesteśmy nieco na uboczu. Dlatego musimy starać się bardziej i być niczym Bayern Monachium – mówił Wandzel ponad sześć lat temu "Wirtualnej Polsce".

Z Jackiem Rutkowskim, właścicielem Lecha i prezesem Amiki, prężnie współpracował już wcześniej. Znali się od kilkunastu lat. To on posłał jego firmę na giełdę. Do tego był członkiem Rady Nadzorczej Kolejorza, a także pomagał Lechowi w przejęciu stadionu przy Bułgarskiej. Już osiem lat temu dziennikarze Polsatu sugerowali, że Wandzel lada chwila może przejąć 25 procent akcji klubu. Sam zainteresowany zaprzeczał i rzeczywiście – mimo namów ze strony Rutkowskiego – do związku kapitałowego nigdy nie doszło. 

– Rozmowy z Jackiem Rutkowskim rzeczywiście prowadziliśmy ponad sześć lat temu. Na ich podstawie miałem kupić jakąś porcję akcji, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, iż to nie jest dobry deal. Przynajmniej dla mnie – mówił, już jako akcjonariusz Legii, w wywiadzie dla "Piłki Nożnej". 

– Z Lechem Poznań jestem związany emocjonalnie, o czym wszyscy wiedzą i zamierzam nadal wspierać ten klub swoją wiedzą i doświadczeniem, oczywiście dopóki jest wola z obu stron i wspólne cele – mówił przed czterema laty "Przeglądowi Sportowemu". 

Według innej wersji wydarzeń, to Wandzel zabiegał o to, żeby stać się udziałowcem Lecha, a transakcję, mimo długoletniej znajomości – głównie z powodu różnicy wizji – zablokował sam Rutkowski. Ale tak naprawdę są to wyłącznie spekulacje i domysły. 

Wandzel – tu ogromna niespodzianka – też skończył studia prawnicze. Dla odmiany: nie na Uniwersytecie Warszawskim, nie na Harvardzie, a w Poznaniu. Oprócz tego zahaczył o tę samą szkołę biznesową, co Leśnodorski – IESE Business School w Hiszpanii. Jest prezesem Black Lion Fund do którego należy między innymi warszawskie Soho Development, w którego radzie nadzorczej zasiada między innymi Bogusław Leśnodorski. 

Podobnie jak Mioduski, Wandzel pochodzi z Bydgoszczy, gdzie mieszkał do ósmego roku życia. Podobnie jak rywal w sporze, chodził na żużlową Polonię i piłkarskiego Zawiszę. – Co ciekawe, mój ojciec pracował w jednym z bydgoskich zakładów pokój w pokój z ojcem Zbyszka Bońka – mówił w wywiadzie dla Sport.pl. 

Później, przez Słupsk, trafił do Poznania, gdzie skończył wspomniane studia. Kilka razy zdarzyło mu się też gościć na Bułgarskiej w roli kibica Lecha, ale – jak sam przyznaje – niespecjalnie go to porwało. Bywał też na spotkaniach Amiki Wronki, gdzie zapraszał go Rutkowski. Miał inne priorytety. Zaczęło się od baru, który stał się jednym z modniejszych w Poznaniu. Potem przyszedł czas na poważniejsze biznesy – firmę przeprowadzającą fuzje przedsiębiorstw, biuro maklerskie czy własny fundusz inwestycyjny. 

Jako biznesmen dał się poznać jako twardy i kontrowersyjny. Zdaniem niektórych mediów odegrał rolę chociażby w najgłośniejszej próbie przejęcia jubilerskiej firmy W.Kruk. Ostatecznie Wojciech Kruk rzeczywiście utracił kontrolę nad nią kontrolę.

Śledząc archiwalne wydania prasy i portali internetowych można wysnuć, że w przeszłości zdarzało mu się wchodzić w głośne, biznesowe konflikty. Poza wspomnianym Wojciechem Krukiem skonfliktował się z Jerzym Mazgajem, który zarzuca mu niedotrzymywanie umów, a także z Ryszardem Krauze, z którym inwestował w spółkę Polnord. W kolejnych latach ponoć regularnie kłócił się ze swoimi partnerami. Kulminacją było głośne rozstanie ze wspólnikiem w spółce Supernova Capital, Maciejem Zientarą.

Co na to sam zainteresowany?

– Zaprzeczam tym informacjom. To wiadomości kolportowane przez nieprzyjaznych mi ludzi i media. Z Panem Ziętarą doskonale się rozumiemy i współpracujemy do dziś  – powiedział nam Maciej Wandzel.

I obiecał, że aby wyjaśnić wszelkie niejasności, udzieli nam obszernego wywiadu. 

Co ciekawe, mało brakowało, a poszedłby nie w biznes, a... politykę. Na przełomie lat 80. i 90. podczas studiów działał w NSZ i przewodniczył studenckiemu parlamentowi. Działał też w duszpasterstwie oo. Dominikanów, w Klubie Inteligencji Katolickiej, potem tworzył w Poznaniu struktury Partii Konserwatywnej Aleksandra Halla. 

Kibic, milioner i szara eminencja. A może narciarz, mistrz robienia hamburgerów i katolik? Dla większości kibiców pewnie i tak nie ma to istotnego znaczenia. Jak powtarza każdy z właścicieli – w tym momencie najważniejsze jest dobro Legii. 

Piotr Borkowski
Breaking
Pierwszy gol Cristiano Ronaldo w barwach...